„Duchy Nocy Kupały” Jan Barszczewski, Theo Gift, Zygmunt Krasiński, Anton Straszimirow, Oscar Wilde, Mrs Henry Wood, Jin Yong, Roman Zmorski, Jan Łada

DUCHY NOCY KUPAŁY

  • Autorzy: JAN BARSZCZEWSKI, THEO GIFT, ZYGMUNT KRASIŃSKI, ANTON STRASZIMIROW, OSCAR WILDE, MRS HENRY WOOD, JIN YONG, ROMAN ZMORSKI, JAN ŁADA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 600
  • Data premiery: 05.07.2022r.

Przy poprzednich dwóch anologiach od  Wydawnictwo @Zysk i S-ka; „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach” oraz „Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”  bawiłam się naprawdę bardzo dobrze. Oczywiście, jedne odbiegały tematem od drugich. Niektóre oceniałam wyżej, inne trochę gorzej. Styl pisania jednych autorów mi odpowiadał, innych wręcz męczył i denerwował. Każde jednak zanurzenie się w zbiorze opowiadań, które łączy pewien temat przewodni, a wybrane zostały bardzo wnikliwie przez samego Pana Tadeusza Zysk😊, wspominam dobrze. Z tym samym zamierzeniem zabrałam się do analizowania treści w antologii, która debiutowała 5 lipca br. pt. „Duchy Nocy Kupały”. Niektórzy z autorów pojawili się ponownie. Wśród tłumaczy między innymi mój nieodzowny Zysk-owy translacyjny autorytet, mistrz tłumaczonego słowa Pan Jerzy Łoziński. Tym razem nie duchy, a wilkołaki, wiedźmaki, syrenki,  wiodą prym.

Różnie o niej mówią. Dla jednych jest Nocą Kupały. Dla innych to kupalnocka, czy  sobótka.  Dla większości z nas Noc Świętojańska. To w tą noc Krakowiacy puszczają wianki na wodzie na znak pogańskiego święta związanego z letnim przesileniem Słońca w najkrótszą noc w roku, czyli zwykle z 21 na 22 czerwca. Młode panny puszczały wianki, a młodzi kawalerowie je łapali i wyciągali z wody. Tej, który wyciągnęli należała do nich przynajmniej na tę jedną noc😊. Jakkolwiek ją jednak nie nazwiemy, ma w naszej i literackiej, i historycznej przeszłości silne znaczenie. To w tę noc wiele się działo. Wiele morderstw było popełnianych i wiele dzieci poczętych. Podobno co dzieje się w kupalnocce, zostaje w kupalnocce.

Przeszłość uczy nas, jak mamy korzystać z teraźniejszości.” – Jan Barszczewski „Włosy krzyczące na głowie” [w:] „Duchy Nocy Kupały”.

Cytat wyborny, lecz opowiadanie niekoniecznie, mimo znacznego przesłania, które ze sobą niesie związanego ze ślepym wierzeniem panicza Henryka w słowa starca, które przywiodło go tylko do zguby. Sam Jan Barszczewski nie zachwycił. Jego pozostałe dwa opowiadania „Znamię na ustach” i „Wilkołak” pełne są niedopowiedzeń, niedokończonych kwestii, niewyjaśnionych okoliczności. Oparte na wierzeniach, przesądach i ciemnocie wśród ludu. Idea kupalnocki wspaniale została rozpisana przez Jana Ładę w opowiadaniu „W nawiedzonym zamczysku”. Pewnie dlatego Tadeusz Zysk zawarł ją w tej antologii. Czytelnik zostaje literackim językiem wprowadzony w obyczaje związane z Nocą Świętojańską, w wianki, w wodę, i w starania młodych mężczyzn, którzy upodobali sobie tą czy inną dziewczynę. O klasycznych, wybitnych autorach nie wspomnę, którzy nakreślili swego czasu historie nie z tego świata, a które wybrane zostały do tego zbioru opowiadań. Oskar Wilde zachwyca swą narracją i znajomością świata i to nie tylko w jednej historii😊. Theo Gift zaskakuje, a Jin Yong i Anton Straszimirow okazali się dla mnie totalnym zaskoczeniem.

Zacznę od samego mistrza słowa, angielskiego prozaika i poety Oskara Wilde’a. W którejś recenzji na LC przeczytałam, że „Najbardziej spodobała mi się historia Wilde’a! Nigdy dotąd nie opublikowana w języku polskim!”. Zastanawiałam się, o którą chodzi autorce recenzji, gdyż ja odnalazłam w antologii więcej niż jedną historię jego autorstwa. Najmniej przekonała mnie opowieść „Rybak i dusza”. Zaskoczyła jednak dedykacja autora dla Alice, księżnej Monako. Z przypisu dowiedziałam się, że była to arystokratka francuska, która wyszła za mąż za księcia Alberta I i „było to jej drugie małżeństwo”. Zamiłowanie do dedykacji Wilde powtórzył przy okazji „Królewicza”, którego ofiarował „Margaret  Brooke, rani Sarawaku, żonie radży”. I Księżna Monako, i rani Sarawaku vel domo  Margaret Alice Lili de Windt zaciekawiła mnie ogromnie. Przeczytałam mnóstwo informacji z nimi związanych w Internecie i…. jak zwykle, wartościowe lektury uczą. Na stornie malajskiej Wikipedii (źródło: https://ms.wikipedia.org/wiki/Margaret_Brooke  ) przeczytałam, że była drugą Białą Rani Sarawak, żoną króla Karola Anthony’ego Johnsona Brooke. Swoje wspomnienia opisała w „Hidup Saya di Sarawak” („Moje życie w Sarawak”) wydane w 1913 roku, które dały obraz życia w Astanie w Kuching i kolonii Borneo. Rani stała się legendą za życia jako kobieta wytrwała i mądra. Była niezwykle kochana przez swego męża, który wybudował dla niej Fort Margherita w prezencie ślubnym, nazwany jej imieniem. Ze zdjęć spogląda na nas typowa angielska matrona, która dożyła wielu lat. Widocznie musiała być niezwykle interesującą osobą, jeśli doczekała się dedykacji od samego Oskara Wilde’a. Co do opowiada „Królewicz” niezwykle ciekawie zostały przedstawione walki toczone przez Chciwość, Głód, Śmierć, Chwałę, czy Zgryzotę w barwnych i kolorowych Indiach. Możliwe, że i z tą opinią zgadzała się sama Margaret  Brooke, że ludzkie pragnienia nie omijają nawet, a może przede wszystkim dworów królewskich.

A czyż może Chwała stroić w to, co utkała Zgryzota?” – Oskar Wilde „Królewicz” [w:] „Duchy Nocy Kupały”.

Mój faworyt to „Merlose Square, numer dwa” Theo Gifta, również w przecudnym tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego,  który przetłumaczył wspomniane powyżej opowiadania Oskara Wilde’a. Krótka historia o pewnym domu, pisana w narracji pierwszoosobowej z perspektywy pewnej statecznej i pragmatycznej damy doświadczającej dziwnych przeżyć. Przy tej historii faktycznie czułam ciarki na plecach. Pani Mrs Henry Wood „W karierze żołnierza” znanym sobie zwyczajem pobawiła się znowu relacją z czytelnikiem zapewniając, że „Wydarzenia, o których piszę, są autentyczne, chociaż zdają się trącić romansem.” i twierdząc, że bohater o którym pisze „Na chrzcie otrzymał on imiona Henry Lynn, nie musimy tego ukrywać.”. O dziwo, wyjątkowo opowiadanie to przypadło mi do gustu, a osobiste wtrącenia i spostrzeżenia rzucone z perspektywy autorki nie denerwowały mnie, jak to czasem się zdarzało przy okazji innych publikacji. „Pałac Ramadan – beja” autorstwa Antona Straszimirowa, bułgarskiego pisarza to całkowita egzotyka. Polecam za to Jin Yonga „Narodziny bohatera” w antologii. Warto przeczytać nawet we fragmentach. Mimo, że mongolskie nazwiska, nazwy utrudniały mi podążanie sprawnie za fabułą.

Niektóre wybrane historie, które finalnie znalazły się w antologii totalnie mnie zaskoczyły. Nie odnalazłam w nich tej specyfiki i klimatu pogańskich, słowiańskich bóstw i obrzędów. Jak historia Antona Straszimirowa, czy Jin Younga, a także Oskara Wilde’a.  Najbliżej tematu przewodniego były historie Zygmunta Krasińskiego, Jana Barszczewskiego, Roman Zmorskiego i Jana Łady. Pewnie wynika to z ograniczonego horyzontu czytelniczego w którym tkwię, opartego na założeniu, jak ja sama sobie wyobrażam pisanie o sobótce😉. Możliwe. Bez dwóch zdań antologia jest warta zapoznania. Każdy z czytelników znajdzie wśród tak szerokiego spectrum historię dla siebie, którą przeczyta z zachwytem, zainteresowaniem i jednym tchem. Wszak dlatego warto czytać antologie. Każda opowieść czymś innym mnie zaskakuje. Każda ma inne tempo i inny język. Każda z nich jest z początku wielką niewiadomą, a znaki zapytania w literaturze zawsze się sprawdzają.  Miłej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Pasożyt” Alicja Horn

PASOŻYT

  • Autorka: ALICJA HORN
  • Wydawnictwo: FAROS BOOKS
  • Liczba stron: 327
  • Data premiery: 30.06.2022r.

Najpierw zastanowiło mnie co to za @Faros Wydawnictwo? Strona http://farosproza.pl/ niedostępna😉. Z informacji na oficjalnym profilu FB @Faros Wydawnictwo dowiedziałam się tylko „Wydajemy dobre książki”😊 i ani słowa więcej. Mam nadzieję, że „Pasożyt” Alicji Horn będący kontynuacją książki „Wyleczeni” (recenzja na klik) zapoczątkuje nową erę. Erę nowej jakości książek.

Wydawca wydający dobre książki obiecuje w swym opisie, że Horn „powraca z nową powieścią, by znów szokować czytelników osobliwymi metodami morderstw”. I zapewne coś w tym jest, gdyż dalsze losy lekarki Marty Wolskiej i  komisarza policji Michała Łazowskiego są równie ciekawe jak w „Wyleczonych”. Tym razem partnerzy, nie tylko zawodowi😉, natrafiają na ślad afery farmaceutycznej. Historia rozpoczyna się jednak szybką śmiercią pacjenta oddziału zakaźnego, Daniela Schulza, który był odpowiedzialny za czternaście brutalnych gwałtów i dwie śmierci swych ofiar. Przyczyna śmierci to neglerioza, wywołana przez amebę choroba pasożytnicza, która prowadzi do pierwotnego zapalenia mózgu i opon mózgowych, a w efekcie do śmierci. Potocznie mówi się o amebie „zżerającej” mózg. Do tego nagła się śmierć profesora Franczaka zasłużonego w medycynie, szczególnie w dziedzinie chorób zakaźnych i zniknięcie Leszka Skalskiego, lekarza pracującego z Martą po którym został tylko rozbity samochód na poboczu drogi. Te wszystkie wydarzenia dzieją się w tle z sexworkerkami, chemsexem i darkroomami, których fani domagają się refundacji leku przeciwdziałającemu HIV.

Spokojnie😊, lek Volanda nie istnieje. Sprawdziłam. Nie oznacza to, że podobnego leku, który stale przyjmowany przeciwdziała zarażeniu HIV nie ma i całkiem możliwe, że pewna grupa mężczyzn nie korzystających z prezerwatyw lobbuje za jego refundacją. Tym bardziej, że jest to idealny lek, jak twierdzi autorka, dla narkomanów przyjmujących narkotyki (…) dożylnie, świadczących usługi seksualne i odbywający kontakty seksualne pod wpływem substancji psychotropowych, a także fanów darkroomów, o których istnieniu nie miałam pojęcia. I za tą wiedzę, którą zdobywam lubię prozę Alicji Horn, kryjącej się pod pseudonimem lekarki. Nie tylko informacje z tematyki współczesnych zachowań seksualnych, lecz także wiadomości z meandrów życia lekarzy, zależności i nepotyzmu rządzących w środowiskach, a także trudności, z którymi stykają się młodzi i gniewni chcący być w opozycji, próbujący przynajmniej być w opozycji. Zarażenia negleriozą w Polsce też nie odnotowano. Chociaż w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wykryto amebę Naegleria fowleri w ciepłych wodach Jezior Konińskich w Wielkopolsce, które były podgrzewane przez pobliskie elektrownie. Zapewne ten fakt pobudził Autorkę do skonstruowania tak nietuzinkowej mistyfikacji, która przyczyniła się do śmierci jednego z pacjentów oddziału zakaźnego.

Odważnie pisarka nazywająca się Alicją Horn wdarła się na polski rynek czytelniczy z pomysłem na Wyleczonych. Z pomysłem układu „(…) który miał na celu eliminację niebezpiecznych przestępców. Takich, z którymi nie potrafił poradzić sobie wymiar sprawiedliwości – morderców, pedofilów, gwałcicieli.”. Zaskarbiła sobie część odbiorców, którzy cenią umiejętność łączenia życia osobistego z zawodowym, pogmatwane historie z nutką nostalgii oraz specyficzny humor. Nie wiem, czy z takimi przypadkami Autorka miała przyjemność spotkać się na oddziale szpitalnym, ale niektórzy pacjenci…..

„Pasożyt” to thriller medyczny sprytnie połączony z wątkami obyczajowymi opartymi na przeszłości, teraźniejszości i relacjach damsko – męskich, wszystko w adekwatnych dozach. Do tego umiejętnie przedstawione prawidła medyczne i ciekawostki ze świata lekarzy wciągają czytelnika od pierwszych stron. Ja nie oderwałam się od książki, gdy jej nie przeczytałam😉. A to zawsze świadczy o dobrej pozycji.

ps. co najmniej osobny rozdział należał się  Pani Strong specjalizującej się w waginizmie, która oferowała „Warsztaty wietrzenia cipek”😊.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Faros Books.

„Idealna” H.C. Warner

IDEALNA

  • Autorka: H.C. WARNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 13.07.2022r.

Nie wiem co z tymi anglojęzycznymi autorkami. Czy nie można podpisać się Hellen Warner zamiast H.C. Warner lub Cally Taylor zamiast C.L. Taylor (recenzja na klik)? Nie dziwcie się więc, że czasem można się pomylić, co do płci autora😉.

Wracając jednak do książki zatytułowanej „Idealna”, która wyszła spod pióra Hellen Warner (a co😊), a została wydana przez @WydawnictwoAlbatros wspomnę, że nie jest to typowy thriller brytyjski. O dziwo fabuła została oparta na całkiem innym założeniu, niż dotychczas mi znane i najbardziej popularne. Mimo, że jest to pierwsza książka autorki jako pełnoetatowej pisarki i jednocześnie pierwsza, która nie jest powieścią obyczajową stwierdzam, że pomysł Warner miała wyborny. Napisać opowieść o idealnej kobiecie, która jak tornado niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze.

Ben cierpi po odejściu Charlotte zwaną Charlie po dwunastu latach wspólnego związku. Po pół roku wiąże się z nieziemsko piękną Bellą. Krótka i namiętna relacja przeradza się w małżeństwo z rozsądku. Z początku idealne życie zamienia się w toksyczny związek pełen przemocy, wzajemnej niechęci, pogardy i braku wzajemnego szacunku. Jak w tym wszystkim odnajdzie się mała dziewczynka o pięknym imieniu Elodie? Jak w tym wszystkim poradzą sobie bliscy i rodzina?

To, czego nie wiedzą, nie wyrządzi im krzywdy”. – „Idealna” H.C. Warner.

To zdanie wypowiedziane raz po raz odzwierciedla traumy, które podjęła w swej powieści Hellen Warner. Kłamstwa rodziców w stosunku do dzieci. Kłamstwa ukrywane pod płaszczykiem uśmiechu przez dzieci. Udawanie przez przyjaciół, że nic się nie dzieje i nie powinniśmy się angażować. Nie jest to jednak psychologiczny thriller, do których jestem przyzwyczajona. Czytając łapałam się na myśli o narracji jak z książki obyczajowej, z których dotychczas zasłynęła autorka. Wydarzenia relacjonowane są zwykle chronologicznie, z biograficzną estymą. Rys psychologiczny i Belli, i Bena, i innych osób z ich wspólnego otoczenia praktycznie tylko delikatnie muśnięty. O przeobrażeniu Bena autorka jakby zapomniała. Od czasu do czasu wspomniane tylko stwierdzenie o nic nie wartych kłótniach i cichych dniach w ogóle mnie nie przekonały. Doceniam jednak chęć przybliżenia czytelnikom jego postaci w różnych momentach życia, które autorka odgrodziła odznaczając kolejne, z czterech części powieści.  Zastanawiałam się praktycznie, co działo się z Benem przez te wszystkie dni i noce, w których z miłego, uroczego chłopca będącego duszą towarzystwa zamienił się w odludka bojącego się własnego cienia. Nawet odkryte karty na końcu związane z Jo potraktowałam z przymrużeniem oka. Jakby Jo z końca, była całkowicie inną Jo, niż Jo z początku i ze środka książki.

Najbardziej ciekawymi momentami były fragmenty, w których Bella była narratorką. Warner konsekwentnie pokazywała jej prawdziwe oblicza. I to były chwile najbardziej ciekawe z trzydziestu dziewięciu rozdziałów. Pozostałe wydarzenia autorka relacjonowała z perspektywy narratora trzecioosobowego, który jednak pełnił w książce bardziej rolę kronikarza, niż wszystkowiedzącego gawędziarza. Co do bohaterów to najbardziej wyrazisty wydał mi się Leo i czasem Freya. A to zdecydowanie za mało, by uznać książkę na niezwykle wartą przeczytania.

Obyłabym się bez „Idealnej” H.C. Warner😉, choć thrillery to jeden z moich bardziej ulubionych gatunków literackich. Wątki w tym wydawały mi się jednak potraktowane zbyt pobieżnie. A szkoda, bo historia jest przednia😊. Odwrócone role ofiary i sprawcy. Samotność i strach przed jutrem oraz samym sobą. I ta siła, która czasem pojawia się nie wiadomo skąd.

Moja ocena 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Nadia” Elisabeth Noreback

NADIA

  • Autorka: ELISABETH NOREBACK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 270
  • Data premiery: 28.06.2022r.

Współczesny skandynawski nurt powieści kryminalnych obejmuje twórczość autorów szwedzkich, norweskich, duńskich, fińskich oraz islandzkich. Bestsellerowa saga „Millennium” nieżyjącego już Stiega Larssona oraz  powieści kryminalne Camilli  Läckberg przyczyniły się do renesansu powieści kryminalnej na początku XXI wieku. Kiedyś zaczytywałam się w nich nałogowo. Przeczytałam prawie wszystkich dostępnych na polskim rynku autorów, aż jeden utarty szlak, powielające się schematy mnie znudziły. Aktualnie od czasu do czasu chętnie sprawdzę, co dzieje się w Sztokholmie, Oslo, czy Kopenhadze. A także zweryfikuję, czy kryminalni ze Skandynawii są nadal, z tak silnymi parytetami, skuteczni, jak dotychczas. Z takim podejściem podeszłam do książki Elisabeth Noreback zatytułowanej „Nadia”. Powieść premierę miała z końcem czerwca br. i wydana została nakładem @Zysk i S-ka Wydawnictwo. Ja do niej sięgnęłam niedawno i nie żałuję 😊.

(…) jak niewiele człowiek pamięta wraz z upływem czasu. Już dwadzieścia minut po zdarzeniu nie pamięta się z niego czterdziestu dwóch procent. Po godzinie ponad sześćdziesiąt procent. Po miesiącu człowiek pamięta niecałe dwadzieścia procent.” – „Nadia” Elisabeth Noreback.

Linda Andersson odsiaduje w Biskopsbergu wyrok dożywocia za zamordowanie swego męża Simona Hussa , który „(…) był czarującym chłopakiem o niesfornych, kręconych włosach, lubił się śmiać i uśmiechać”. Do tego był wziętym gitarzystą i wokalistą w popularnym zespole. Wychowywana przez ulubienicę szwedzkich obywateli piosenkarkę Kathy żyjąca odwiecznie w świetle jupiterów, nazywana Słoneczną Dziewczynką, aktualnie próbuje odnaleźć się w więziennych murach.
Nadia Hansen żyje na granicy półświatka. Kontaktuje się z ludźmi potrafiącymi załatwić wszystko. Pod osłoną nocy odwiedza swą młodszą siostrę starając się ją ocalić, gdyby była taka konieczność. Przemieszcza się z miejsca na miejsce szukając swego  docelowego punktu, w którym mogłaby zaznać spokoju.
Czy coś je łączy? Czy raczej wszystko dzieli?

Thriller zaczynający się tam, gdzie zwykle inne się kończą

To jest niezwykła zaleta tej powieści. Czytelnik od razu zostaje wprowadzony w świat Lindy, która ze Słonecznej Dziewczynki dorastającej i żyjącej w świetle jupiterów obok swej popularnej matki, zanurzyła się w mroku więzienia kobiecego w Biskopsbergu. Linda, która niczego nie pamięta. Linda, która została znaleziona przez swoją siostrę Mikaelę i swego chłopaka Alexa w sukience skąpanej krwią zamordowanego Simona i twierdząca, że ktoś był w pokoju, w którym zasnęła. Ktoś inny był sprawcą. Dopiero śledząc narrację pierwszoosobową Lindy czytelnik ma szansę dowiedzieć się, jak to się stało, że Słoneczna Dziewczynka znalazła się w tym miejscu. Jak przebiegały zdarzenia bezpośrednio po morderstwie, na czym śledczy oparli swoje oskarżenia, w jaki sposób adwokat jej bronił. Do tego świetnie poprowadzona narracja w aspekcie relacji z Simonem i Alexem. Nie za wiele się można dowiedzieć o łączącym ich związku, o relacjach, o problemach poprzedzających rozstanie. Czytelnik odczytuje tylko emocje, miłość i tęsknotę, jakby sam był ich częścią. Niezwykle niejasna była dla mnie relacja z siostrą Lindy, Mikaelą. Historia tajemnicza, która w pewnym momencie całkowicie się wyjaśniła. Za to świetnie autorka opisała więzienną specyfikę. Nie za bardzo przewlekle, nie za dogłębnie. W odpowiedniej dawce, która nie była w stanie mnie znudzić. Trochę na zasadzie ula pszczół, gdzie na górze zawsze jest jakaś Królowa nosząca różne imiona. Całkowicie przekonało mnie zagubienie Lindy, tak jak gorliwość Nadii by dojść do prawdy i zdemaskować męża siostry. Na tą Nadię trzeba było sporo czekać. Okazała się całkowitym zaskoczeniem. Odkrywanie skąd się wzięła było jednak mało pasjonujące. Odczuwałam momentami, że autorka nie miała pojęcia jak rozwinąć pomysł, który się zrodził w jej głowie, jak go rzetelnie i realnie opisać. Finalnie ten aspekt zawiódł mnie najbardziej. Liczyłam na bardziej dogłębną analizę jej postaci.

Ten kryminał szwedzki jest jednak bardzo udany. Nieprzegadany, nierozpisany w najdrobniejszym szczególe. Tym szczyci się właśnie ten nurt, same konkrety, bohaterowie jednorodni, bez zbędnych słów i zbędnych opisów. „Nadia” Elisabeth Noreback udowadnia, że by napisać kryminalną historię nie trzeba poświęcić 450 stron. Można o sprawcach i ich ofiarach zmieścić się nawet w niespełna 300. Polecam.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

PIANISTKA. CLARA SCHUMANN I MUZYKA MIŁOŚCI

  • Autorka: BEATE RYGIERT
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery : 27.07.2022r.

Mam nadzieję, że pamiętacie moje recenzje „Anne z Zielonych Szczytów” oraz „ Anne z Avonlea” i moje zachwyty nad całkowicie nowym tłumaczeniem z oryginału od @wydawnictwomarginesy😉. Jakoś mam szczęście od tego Wydawcy. Ostatnie jego publikacje mile mnie zaskakują. Nie tylko Ania w nowym tłumaczeniu, lecz też „Zaś słońce wschodzi” Ernesta Hemingwaya  (recenzja na klik), o nowym Chmielarzu („Długa noc”) i „Jesieni zapomnianych” Anny Kańtoch (recenzja na klik). Takie same pozytywne odczucia miałam po przeczytaniu książki gatunkowo różnej od tych, które zwykle czytam, a mianowicie; „Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki” Karolina Dzimira-Zarzycka (recenzja na klik). Książka okazała się dla mnie ciekawą, błyskotliwą opowiastką w bardzo przystępnej formie o wieloletniej partnerce Marii Konopnickiej. Nie ukrywam, że zabierając się do publikacji „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” autorstwa Beate Rygiert spodziewałam się podobnych wrażeń. Już teraz wiem, że biografie można pisać w bardzo interesujący sposób😉.

Porównałabym muzykę do miłości! Zadaje ból, gdy staje się zbyt piękna. Czasami serce chce wyskoczyć z mojej piersi.” Z pamiętnika Clary Berlin, 20 września 1839 roku – „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

Clara Wieck zakochuje się z wzajemnością w uczniu swego ojca Robercie Schumannie. Jak przystało na kilkunastoletnią pannę żyjącą w pierwszej połowie XIX wieku, zaczyna walczyć o miłość Roberta, prawo do życia z nim, a także o swoją pasję, muzykę. Równocześnie jej ojciec, apodyktyczny Friedrich Wieck osiąga stałe dochody z gry na pianinie młodej Clary. Nie chce niczego zmieniać, nie chce utracić źródła dochodu. Boi się, że wyrwana spod jego skrzydeł Clara osiągnie apogeum swoich pianistycznych możliwości na najważniejszych europejskich scenach i przestanie godzić się na nierówny podział zysków. Pasja, namiętność, muzyka. Kolejność nie ma znaczenia. Wszystkie muzy tak samo silne, tak samo obezwładniające życie młodej Clary, która zaczyna wychodzić z cienia….

Miłość musiała się udać, chociaż z biegiem lat straciła na wyrazistości. Przecież nie bez kozery młoda Clara pisała do ojca: „…od dawna czułam, że to się musi udać. Nic na tym świecie nie może mnie zwieść. Pokażę ojcu, iż młodzieńcze serce może być niezłomne! Z listu Clary do Roberta 15 sierpnia 1837 roku”. Takich pięknych słów w wykonaniu bohaterów ówczesnych czasów w książce jest niezmiernie dużo. Pamiętniki, fragmenty listów Roberta, Clary i innych nie przynudzają, lecz urozmaicają odbiór wzniecając prawdziwe emocje szczęścia, miłości, trochę nawet zazdrości za młodością, za tym przeświadczeniem, że ten właśnie jest tym jedynym i o niego trzeba walczyć do ostatnich chwil. Kolejną zaletą publikacji jest umiejscowienie w miejscu i czasie wydarzeń opisywanych w każdym z rozdziałów. Rygiert zadbała, by czytelnik nie pogubił się w zdarzeniach dziejących się na arystokratycznych dworach, poważnych i zacnych domach, a także na europejskich scenach w każdym czasie, w każdej chwili. Akcja dzieje się w Lipsku, w którym wychowała się Clara, a także w Hamburgu, w którym Clara zaczęła występować i licznych europejskich miastach. Podobało mi się nawiązanie do Fryderyka Chopina, którego Clara spotkała i poznała przy okazji licznych występów na scenach północnych Niemiec. Autorka bardzo wiernie odzwierciedliła niemiecki dryg, niemiecką jakość i niemiecki temperament, a raczej jego brak😉 i wstrzemięźliwość. Miło czytało się o dawnych zawodach, których już nie ma w dzisiejszym świecie jak: koncertmistrz, czy mecenasach muzycznych, dyliżansach pocztowych służących do podróży, a także strojach, obyczajach i wystrojach. Sam język w dialogach i narracji został dostosowany do czasów, o których opowiada książka.

„Dlaczego życie nie składa się wyłącznie z koncertów? Gdyby tylko mogła, grałaby bez ustanku. I razem z dźwiękami udała się gdzieś daleko.” – „Pianistka. Clara Schumann i muzyka miłości” Beate Rygiert

Ciekawy pogląd młodej dziewczyny, którą ojciec od piątego roku życia zmuszał do grania na pianinie. Takich nowatorskich spojrzeń na znaną postać w światowej muzyce, a także jej męża Roberta znajdziecie sporo. Tak samo jak w książce znajdziecie wiele ciekawostek. Warto wspomnieć o stowarzyszeniu muzycznym, który teoretycznie miał łączyć siły przeciwko filisterstwu konserwatystów. Członkowie stowarzyszenia nadali sobie nowe imiona, i tak; „Wieck nazwał się Mistrzem Raro, Clara – Chiariną, a Robert wybrał dwa imiona odzwierciedlające różne cechy jego charakteru – Euzebiusz oraz Florestan”. Sam wątek miłości nie jest infantylny. Został przedstawiony w sposób bardzo delikatny, wysublimowany. Początek, jak na młodzieńczą miłość przystało „Miała wówczas jedenaście lat, on – dwadzieścia; jego oblicze promieniało i wydawał się pełen werwy.”

No tak😊, zaczęłam już lekko spojlerować i opowiadać Wam całą książkę. Nie mogę zepsuć Wam zabawy podczas czytania, więc podsumuję mój wpis następująco: opowieść o romantycznych kochankach, wirtuozach pianina w prozie wspólnego życia. Napisana w bardzo stonowany, płynny sposób z perspektywy Clary Schumann, z perspektywy kobiecej. Idealna lektura dla ciekawskich świata i uwielbiających powroty do przeszłości, w których mnóstwo koronek, halek, sal balowych i scen teatralnych oraz operowych. Gdzie liczyły się binokle, cygaro, perfumy, a także długa łabędzia szyja. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Nie ma tego złego” Lauren Weisberger

NIE MA TEGO ZŁEGO

  • Autorka: LAUREN WEISBERGER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Cykl: DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY (tom 3)
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 27.07.2022r.
  • Data premiery światowej: 7.05.2019r.

Lauren Weisberger była przez niecały rok osobistą asystentką samej Anny Wintour szefowej „Vogue”. Swoje doświadczenia opisała w błyskotliwej  książce „Diabeł ubiera się u Prady”, której ekranizacja podbiła serca odbiorców z rewelacyjną rolą Meryl Streep oraz Anne Hathaway. Film oglądałam, pierwszą część dawno temu czytałam. O drugiej nie miałam pojęcia😉. Tym chętniej sięgnęłam do książki „Nie ma tego złego”, która premierę nakładem @WydawnictwoAlbatros miała 27 lipca br. Spodziewałam się ciekawej fabuły, kobiecych problemów w stylu bardziej „Zmowy pierwszych żon”, niż „Wielkich kłamstewek”, a także mile spędzonego czasu.

Karolina Hartwell, była supermodelka, aktualnie żona pretendującego do funkcji prezydenta Stanów Zjednoczonych senatora Grahama Hartwella zostaje zatrzymana za jazdę po pijanemu, z synem męża i jego kolegami w samochodzie. Dramatyzmu dodaje fakt, że policja dostrzega na tylnym siedzeniu puste butelki po alkoholu, wskutek czego Karolina spędza noc w areszcie. Wspierana przez Miriam Kagan, przyjaciółkę, byłą prawniczkę, a teraz gospodyni domową i matkę trójki dzieci, prosi o pomoc Emily Charlton. Byłą asystentkę Mirandy Prestly wydawczyni modowego imperium „Runwaya”, aktualnie konsultantkę wizerunkową celebrytów, która zaczyna tracić klientów. Kobiety wspierają się wzajemnie w trakcie swych życiowych zakrętów i starają się ze wszystkich sił, by wyjść z życiowych zawirowań obronną ręką.

Niestety zawiodłam się. Książka jest bardzo przeciętna, czułam się przytłoczona nieprawdopodobnymi sytuacjami i słabymi fragmentami, które miały wywołać u czytelnika emocje. Sama kwestia związana z aresztowaniem Karoliny z początku książki okazała się wyjątkowo naciągana. Dzieci na siedzeniach z tyłu, z pustymi butelkami po alkoholu! Do tego brak badania alkomatem i noc w areszcie! Gdzie komórka, z której Karolina nagrywa nieregulaminowe zachowania policjantów? Gdzie dzieci, które reagują? Gdzie jest jej adwokat, jeśli rodzinny się nie spisuje ?  Autorka jakby zapomniała o podstawowych kwestiach, o których wie każdy czytelnik. To już niestety spowodowało silną moją reakcję obronną. Nie cierpię wręcz, gdy autor robi z czytelników bezmyślne mięso czytelnicze, które łyka wszystkie absurdy. Bohaterki też mnie nie zachwyciły. Nie ma w nich drapieżności. Kompletnie nie są podobne do postaci z „Wielkich kłamstewek”, już o „Zmowie pierwszych żon” nie mówiąc. Intrygi nie okazywały się rzeczywiście intrygami, tylko słabo skonstruowanymi elementami fabuły. Akcja często wydawała mi się rozwleczona, a bohaterki w różnych aspektach życia bezwolne. Karolina jako supermodelka zawiodła mnie najbardziej. Wydawała się praktycznie bezmyślna od początku do końca. Jej infantylność i naiwność wydawała mi się wręcz patologiczna. Najbardziej przekonała mnie Miriam. Kobieta, która zrezygnowała z kariery prawniczej dla rodziny, ale która powraca na rynek pracy. Chociaż jej powrót na rynek pracy też wydaje mi się totalnie odjechany. Sposób prowadzenia sprawy Karoliny….. ech, aż szkoda komentarza jak wydaje się być kierowany bez sensu, po omacku i bardzo pospolitymi metodami nie przystającymi na działalność prawniczą.

Książka ma jednak ciekawe momenty. Niezwykle podobały mi się nazwy rozdziałów, które okazały się niestety najciekawszym fragmentem. „Znowu kostium nazisty?”, „Zwykły kolega i niebieski kondom z brokatem”, „Powrót do dopasowanej waginy” brzmią wspaniale.  W niektórych rozdziałach, których jest łącznie trzydzieści jeden, autorka wprost odniosła się do rozdziałów, których nazwa wydaje się jakby wprost wycięta z treści zawartych w poszczególnych częściach. Gdzieniegdzie autorka wplotła ciekawe spostrzeżenia związane z funkcjonowaniem bogatych kobiet z przedmieścia jak: operacje plastyczne, wszechobecne nianie, dzieci jako element statusu społecznego, zdrady, znudzenie własnym życiem, ekskluzywne ciuchy, drogie siłownie itd. Wielokrotnie wspomniała uwielbiany swego czasu przeze mnie serial „Gotowe na wszystko” stwierdzając, że serial był kiepski, a fabuła słaba. Dla mnie życie Gabrielle, Susan, Bree, Lynette i Edie było o wiele ciekawsze. No cóż, ale każdy ma swój gust😊.

Podsumowując; niewymagająca lektura, która nie pozostawiła po sobie żadnej refleksji. No może tylko jedną:

Liczą się emocje, nie fakty! Nikogo nie obchodzi, co się naprawdę wydarzyło. Nikt nie dba o to, czy jesteś niewinna. Nikogo nie interesują aspekty prawne i szczegóły. Najważniejsze, jakie wzbudzasz uczucia. Jak ludzie na ciebie reagują, gdy cię widzą, słyszą, spotykają. Cała reszta to szum.” -„Nie ma tego złego” Lauren Weisberger.

Moja ocena 5/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Jej ostatnie wakacje” C.L. Taylor

JEJ OSTATNIE WAKACJE
  • Autorka: C.L. TAYLOR
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 1.06.2022r.

Czytałam już dwie książki Cally Taylor – publikującej jako C.L. Taylor –  brytyjskiej autorki thrillerów psychologicznych. Zarówno „Zanim powróci strach” i „Nieznajomi” oceniłam wysoko. „Jej ostatnie wakacje” to trzecia książka Taylor, która trafiła w moje ręce dzięki prezentowi od @WydawnictwoAlbatros, za który niezmiernie dziękuję. Zaintrygował mnie motyw zaginionej siostry Jenny, której szuka Fran. Po ciekawych kreacjach bohaterów, o których rozpisywałam się w recenzji „Nieznajomi”, liczę również na ciekawych bohaterów, a raczej bohaterki. Cóż może być bardziej interesującego niż siostra szukająca tej zaginionej, znajdująca się w tym samym miejscu. Czyż nie 😉. Tym bardziej, że zdaniem innych autorów, jak przeczytałam w opisie Wydawcy, książka oceniana jest jako: „(…) Niepokojąca powieść o gęstej atmosferze” oraz (…) Pasjonująca i znakomicie skonstruowana historia”. Czytacie? Czytaliście?

Kiedy już myślałem, że nie możesz upaść niżej (…) ty przebijasz dno.” – „Jej ostatnie wakacje” C.L. Taylor.

Jenna skorzystała z oferty Toma Wade’a, właściciela firmy LekarzDuszy, który w trakcie egzotycznych wakacji na Maltę obiecywał relaks, odkrycie siebie na nowo i całkowity restart. Jenna zaginęła, a dwoje innych uczestników straciło życie w nieszczęśliwym wypadku. Skazany na dwa lata więzienia wyszedł właśnie na wolność, by wraz ze swoją żoną Kate na nowo zacząć oferować wakacje dla osób z obciążeniami psychicznymi, którzy potrzebują wytchnienia i zrozumienia, jak funkcjonuje świat wokół nich. Fran, siostra Jenny, postanawia skorzystać z oferty  LekarzaDuszy, by odnaleźć siostrę, by dowiedzieć się, co stało się w trakcie tej zorganizowanej wycieczki.

Bardzo zawiodła mnie ta książka ☹. Fanów Cally Taylor przepraszam, że zaczynam recenzję z tak przysłowiowej grubej rury, ale kompletnie historia mnie nie przekonała. Pomysł na LekarzaDuszy był naprawdę dobry. Guru motywacyjne organizuje warsztaty terapeutyczne dla osób potrzebujących wsparcia. Jak to w thrillerach psychologicznych bywa, w takiej działalności nie trudno o nadużycia, oszustwa, manipulacje. Koncepcja tego opiera się na założeniu, że osoby potrzebujące wsparcia psychologicznego są bardzo łatwymi ofiarami, które można złowić na czułe słówka, uwagę, poklepywanie po ramieniu. Kompletnie jednak zatraciła się w fabule granica kto jest ten zły, a kto dobry. Autorka mieszała emocje czytelnika na prawo i na lewo. Antypatie i sympatie przeplatały się ze sobą, co sprawiało wrażenie, że postaci nie są do końca przemyślane. Nawet Jenna, od której wszystko się zaczęło, kompletnie mnie nie przekonała. Jej opowiedziana historia jawiła mi się jako wyjątkowo naciągana trochę na zasadzie z igły widły, a w thrillerach tego wyjątkowo nie lubię. To samo, albo jeszcze silniej, odczuwałam czytając o rodzinie Fitzgerald. Jedyną bohaterką, która zdawała mi się w pełni przemyśla, co do jej osobowości i jej roli w fabule, to była Fran. „(…) pięćdziesięcioletnia kobieta z krótkimi włosami…”. Jej relacje z Jenną, siostrą o dwanaście lat młodszą, również odebrałam jako realne, jako dopracowane. Dużo w nich poczucia winy, dużo zazdrości i współzawodnictwa. Jak to wśród rodzeństwa.

To nie thriller. To bardzo słaby thrillerek. Praktycznie bez aspektu psychologicznego. Odzwierciedlający koleje losów Jenny i Fran rozpisane w pięćdziesięciu sześciu rozdziałach. Plusem jest konstrukcja książki, często powielająca się w tym gatunku, wręcz wyświechtana. W rozdziałach autorka określiła czasoprzestrzeń, przez co czytelnik nie musi zastanawiać się kiedy się dzieje akcja, czy terazmaj , czy wtedy-dwa lata wcześniej, czy teraz – dwa miesiące później. Dodatkowo opatrzyła imionami Fran lub Jenny każdy rozpoczynający się rozdział chcąc skupić uwagę odbiorców na konkretnej postaci i jej punkcie widzenia, a także wydarzeniach, w których brała udział.

Mam problem z tymi anglojęzycznymi (angielskimi i amerykańskimi) thrillerami. Gatunek ten rości sobie swoje prawa. Ma być sporo emocji, dużo niezgody na opisywane wydarzenia, napięcie i niepokój. Żadnych z tych uczuć nie doświadczyłam przy czytaniu książki „Jej ostatnie wakacje”. Dla mnie powieść okazała się lekką, przydługą historią z totalnie odpalonym zakończeniem. Jesteście jego ciekawi? Nic nie stoi na przeszkodzie, sięgnijcie po ostatnią powieść Cally Taylor😉. A mi nie pozostaje nic innego jak życzyć Wam tylko; miłej lektury.

Moja ocena 5/10.

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Tajemnice Fleat House” Lucinda Riley

TAJEMNICE FLEAT HOUSE

  • Autorka: LUCINDA RILEY
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery: 1.06.2022r.

O Lucindzie Riley, zmarłej ubiegłego roku pisarce zafascynowanej tajemnicami przeszłości pisałam już niejednokrotnie na moim blogu. Ci, co go śledzą wiedzą, że jestem fanką cyklu „Siedem sióstr”. O niektórych tomach z nich przeczytacie na moim blogu: Tom 1 i 2, „Siostra cienia”, „Zaginiona siostra”. Oprócz wspomnianej serii przeczytałam również „Pokój motyli”  i najsłabiej przeze mnie ocenioną; „Dziewczyna z Neapolu”. Rodzina Lucindy zadziwia czytelniczy świat. Wygrzebali z opasłych szuflad autorki kryminał osadzony w małym, angielskim miasteczku, który napisała w 2006 roku😊, czyli pięć lat po swoim literackim debiucie. Powieść wydało @WydawnictwoAlbatros, a premiera „Tajemnic Fleat House” odbyła się 1 czerwca br. Zdaniem syna autorki Harry’ego Whittakera, który zwrócił się do czytelnika na początku książki opowieść „(…) w dużym stopniu została zainspirowana szkołą, do której uczęszczaliśmy my, dzieci Lucindy.” Bo właśnie takie miejsce stało się osią fabuły jedynej powieści kryminalnej autorstwa Lucindy Riley.

W renomowanej prywatnej Szkole Świętego Szczepana w Norfolk w styczniu 2005 roku umiera osiemnastoletni Charlie Cavendish. Syn wpływowego ojca wywodzący się z arystokratycznego roku. Teoria o śmiertelnym napadzie padaczkowym zostaje odrzucona, gdy patolog w organizmie zmarłego znajduje ślady aspiryny, na którą Charlie był uczulony. Czy śmierć w wyniku wstrząsu anafilaktycznego mogła być spowodowana morderstwem? Czy to kolejny nieszczęśliwy wypadek? Tego stara się na miejscu dowiedzieć londyńska komisarz Jazmine Hunter – Caughlin, dla przyjaciół Jazz.

Ciekawe doświadczenie czytać kryminał napisany lata temu przez autorkę bardzo dobrej serii obyczajowej „Siedem sióstr”😊. Naprawdę ciekawe. Tym bardziej, że Lucinda Riley miała potencjał i w gatunku powieści kryminalnych. Z obawą sięgnęłam po ten egzemplarz, a tu okazało się, że historia się układa jak typowo Lucindowa opowieść z istotną przeszłością z ciekawymi wątkami kryminalny. Tak😉. Musicie wiedzieć, że młody Charlie to nie jedyny trup. Morderca sieje swe żniwo i kolejno tracą jeszcze życie dwaj mężczyźni, z pozoru ze sobą nie za bardzo powiązani.

Najpierw parę słów o stylu zawartym w trzydziestu trzech rozdziałach. Sformułowania, język, tempo akcji, sposób narracji jest charakterystyczny dla autorki. To trochę jej wada, że nie potrafiła stworzyć dzieła totalnie innego, od innych. Równie dobrze powieść mogła zostać osadzona w końcówce dziewiętnastego wieku. Gnuśne angielskie społeczeństwo. Szkoły z internatem od najmłodszych lat. Szacunek do tradycji i arystokracji. Wysławianie się wykwintnie nawet w trakcie ostrej, kłótliwej wymiany zdań. To cechy charakterystyczne dla jej pisarstwa. Tylko takie aspekty jak liberalne podejście do aborcji, czy do związków tej samej płci wskazują czytelnikowi, że akcja dzieje się jednak w czasach współczesnych. Jeśli lubicie styl autorki nie zawiedziecie się. Jest typowo jej.

Co do wątku kryminalnego to mam, co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony fajnie została umiejscowiona akcja śledztwa. Pomysł, by osadzić ją w szkole prywatnej z tradycjami, gdzie każdy udaje i jest możliwy do ukrycia wszelki grzech, był bardzo dobry. Opisy scenografii są barwne i mnie przekonują. Samo społeczeństwo szkolne również zostało odzwierciedlone w sposób bardzo realistyczny. Widać, że z towarzystwem pedagogów, dyrektorów, opiekunów Riley miała sama do czynienia. Z drugiej śledztwo zostało do niebosiężnych rozmiarów rozwleczone. Jazz odebrałam jako śledczą szukającą po omacku. Autorka nie zostawiła znaków, po których mógłby podążać czytelnik, by choć trochę przybliżyć się do rozwiązania.  Żadne tropy nie wysuwały się na światło dzienne w trakcie toczącego się śledztwa. Chwilami wszyscy wydawali mi się podejrzani. Komisarz Hunter z miejscowym sierżantem i londyńskim śledczym Milesem oparli detektywistyczne działania na przesłuchaniach, niektórych świadków po wielokroć, jakby ich tryby myślowe zadziałały dopiero po wypuszczeniu ze swoich rąk przesłuchanego. Trochę taki motyw jak z Poirota Agathy Christie, gdzie mało się dzieje, a dużo mówi.

Bardzo dobry motyw z Rorym Millarem, trzynastoletnim uczniem szkoły. Zdecydowanie słabszy z jego ojcem Davidem. Zbyt oczywisty, zbyt naciągany i zbyt prosty. Obraz kobiet również zasługuje na wspomnienie. W tym Riley jest mistrzynią. Stworzyła cały gwiazdozbiór kobiet, zdecydowanie różnych od siebie, ze zdecydowanie różnymi doświadczeniami i pochodzeniem. Postać Jazz wydaje mi się najsłabiej zaprezentowana, szczególnie w aspekcie jej relacji z byłym mężem. Za to wieloletnia sekretarka dyrektora szkoły Jenny to co innego, czy chociażby Angelina Millar, zaborcza, kłamliwa, zafałszowana i walcząca do ostatniego o swoją, jak najlepszą, pozycję.

Dla mnie typowo gotycka powieść Riley mimo, że osadzona w 2005 roku. Atmosfera duszna, język wysublimowany, delikatny. Za mało emocji, za mało akcji i za mało sensacji. Wątek kryminalny wręcz przesądzony aspektami obyczajowymi, które mnożyły się jak grzyby po deszczu, tak jak bohaterowie poboczni, ale oczywiście z najlepszym skutkiem. Obyczajowość to zaleta tej powieści. W „Tajemnicach Fleat House” Lucinda Riley wodzi czytelnika za przysłowiowy nos, jednak gdy już odkrywa przed nim motyw wszystko wydaje się składać w jedną całość. Ale tylko pozornie. Pozornie…

Książka dla fanów Lucindy Riley, zafascynowanych jej stylem, jej kwiecistymi opisami i jej literackim językiem, a także miłujących zagadki z przeszłości, od których aż roi się w jej prozie. Miłej lektury!

Moja ocena 7/10.

Książka trafiła do mnie dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Anne z Avonlea” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z AVONLEA

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 2)
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery w tym wydaniu: 1.06.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1924r.  
  • Data premiery światowej: 1909r.

Opinię o „Anne z Zielonych Szczytów” umieściłam na moim blogu we wczorajszej recenzji (recenzja na klik). Nowe tłumaczenie serii z języka angielskiego w wykonaniu Anny Bańkowskiej na zlecenie @wydawnictwomarginesy mnie nie zdruzgotało, czego się szczerze spodziewałam😉, lecz ukazało Anię w nowej, odświeżonej formie. Przygotowując się do recenzji drugiego tomu serii będącej ogromnym sukcesem Lucy Maud Montgomery pt. „Anne z Avonlea” przeczytałam, że Anię z Avonlea polski czytelnik poznał „(…) po raz pierwszy w 1924 roku, w tłumaczeniu Rozalii Bernsztajnowej. Znane jest także tłumaczenie Marcelego Tarnowskiego z 1930 roku pod tytułem „Ania z Wyspy”. Obecnie wydawana najczęściej w powojennym tłumaczeniu Janiny Zawiszy-Krasuckiej” (cyt. za: https://pl.wikipedia.org/wiki/Ania_z_Avonlea z dnia 2.08.2022r.). Okazało się więc, że druga część serii o Ani Shirley już w przeszłości, a dokładnie 92 lata temu, dzięki wydawcy Drukarni Państwowej w Łodzi otrzymała inny tytuł😊. Zerknijcie w wolnej chwili na to polskie wydanie sprzed prawie sto lat (link) To prawie jakbym odwiedzała Cuthbertów osobiście😉. Jakie to ma znaczenie więc, czy Ania lub Anne z Avonlea mieszka na Zielonych Wzgórzach, czy Zielonych Szczytach? To ciągle ta sama Ania😊.

Tym razem Anne wchodzi już w dorosłość. Marzy o studiowaniu, jednak los postanawia inaczej. Tracąca wzrok Marilla wymaga jej pomocy. Anne realizuje swoje marzenia o nauczaniu w lokalnej szkole, zakłada Koło Entuzjastów Avonlea i podejmuje nowe wyzwania. Czy opieka nad kilkuletnimi bliźniętami Davym i Dory przerośnie kompetencje Anne?

W wydanej praktycznie rok po pierwszej części kontynuacji Lucy Maud Montgomery przedstawiła czytelnikom proces dojrzewania Anne, która wchodzi w dorosłości, mimo swej krnąbrności, odwagi i nietuzinkowych, jak na ówczesne panny, wypowiedzi. Ta Anne już mniej mi się podoba, ale bynajmniej to nie wina nowego z oryginału tłumaczenia😊. Po prostu znajomość temperamentu Anne w każdej kolejnej części, spowodowała stratę tego zachwytu ze świeżości patrzenia na coś po raz pierwszy. Znana mi i dojrzewająca Anne nie jest już taka atrakcyjna. Niestety, tak miałam zawsze. Uwielbiałam czytać pierwszą część w nieskończoność, a kolejne czasem w przeszłości nawet nie umiałam zdzierżyć😉.

To inna Anne, dojrzalsza. Od momentu, gdy po raz pierwszy zawitała na Zielone Szczyty minęło już kilka lat. Stara się zachowywać przykładnie, choć – jak się pewnie domyślacie- nie zawsze jej się to udaje. Przyjaźń w tej części nabiera już innego znaczenia, nie jest taka dziecinna. Autorka skupiła się w tym tomie na odnajdywaniu siebie i pokrewnych sobie dusz, na zdobywaniu nowych znajomość, na rozwijaniu swoich umiejętności. No i oczywiście Gilbert, którego relacja zaczyna z Anne się rodzić w bardziej dojrzałej formie.

Cudowna powieść nacechowana samymi pozytywnymi przesłaniami. Trochę ku przestrodze, trochę ku nadziei. Idealna dla młodego czytelnika, który nie znudzi się językiem i wcześniej używanymi w tłumaczeniu polskim sformułowaniami. Milej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co niezmiernie dziękuję.

„Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą” Claire Ragozzino

AJURWEDA. ŻYCIE W ZGODZIE ZE SOBĄ

  • Autorka: CLAIRE RAGOZZINO
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery: 13.07.2022r.

Moja przyjaciółka ma cechę, przez którą przy zamawianiu restauracyjnych dań musi próbować czegoś nowego. Wyobrażacie sobie w XXI wieku zjeść czarną polewkę? Ja nie. Za to moja przyjaciółka jak najbardziej. Czytając menu zawsze sprawdza czego w życiu jeszcze nie próbowała😊. Doceniam jej odwagę, chociaż nie zawsze wychodzi jej to na dobre😉. Ja mam bardzo podobnie z książkami. Dobierając kolejne tytuły na moją półkę, która definiuje najbliższe plany czytelnicze przy nieznanym słowie zapala mi się zielona lampka, że ta pozycja na pewno będzie interesująca. Im trudniejsze słowo, tym pozornie bardziej ciekawa książka mi się wydaje. Co powiecie więc na tytuł „Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą”? Prawda, że zaciekawia?  Książkę ofiarowało mi Wydawnictwo @Znak, a premierę miała 13 lipca br. Z tematem życia w zgodzie ze sobą zmierzyła się Claire Ragozzino, certyfikowana instruktorką jogi i nauczycielka ajurwedy. Ragozzino prowadzi również stronę https://vidyaliving.com/ poświęconą życiu, posiłkom, medytacjom, czy korzystnym dla organizmu technikom oddychania. Strona wygląda bardzo elegancko i profesjonalnie. Czy książka jej autorstwa też zrobiła na mnie takie samo wrażenie?

Pod pojęciem ajurwedy kryje się „(…) tradycyjna medycyna indyjska, zapoczątkowana w XII w. p.n.e. (…) Światowa Organizacja Zdrowia w pełni uznaje ajurwedę (tak samo jak tradycyjną medycynę chińską) za naukę medyczną. Jest jednym z niewielu systemów medycyny tradycyjnej, wykorzystujących chirurgię. System ajurwedy jest przez medycynę konwencjonalną (zachodnią) uznawany za medycynę komplementarną lub pseudonaukę w związku z łączeniem zjawisk empirycznych z koncepcjami metafizycznymi.” (cyt. za https://pl.wikipedia.org/wiki/Ajurweda z dnia 2.08.2022r.) Ja do tych tematów podchodzę zawsze sceptycznie. Już sam podtytuł publikacji Życie w zgodzie ze sobą zbił mnie z przysłowiowego pantałyku. Jak to zrobić? Próbuję całe moje ponad czterdziestoletnie życie i jakoś nie zbliżyłam się chyba do poziomu 20%. Czy da się tego nauczyć?

Wspólne przeżywanie ciszy jest w naturze głębokim doświadczeniem.” -„Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą” Claire Ragozzino.

Tak twierdzi Claire Ragozzino. W książce serwuje masę rad jak możemy ułożyć się w swoim życiu, by czuć harmonię, nie tylko z własnym ciałem, ale przede wszystkim z umysłem. Jak to w książkach tego typu w „Ajurweda. Życie w zgodzie ze sobą” czytelnik znajdzie receptę na praktyki jogi, która wyciszy go w dzisiejszym świecie. Zaznajomi się z licznymi przepisami na dania wegetariańskie. Jest ich ponad osiemdziesiąt😊. Ragozzino podzieliła się także wypracowanymi przez siebie trikami kuchennymi, dzięki którym zdrowe odżywianie staje się prostsze i bardziej intuicyjne.

Praktyka czyni mistrza jest moim pierwszym skojarzeniem po zapoznaniu się z propozycją. Gdybym poświęciła doskonaleniu siebie, swego otoczenia, swojego jadłospisu tyle czasu co Claire Ragozzino to możliwe, że osiągnęłabym pełną zgodę ze sobą i moim życie. Dla mnie pewne kwestie podjęte w książce, z jednej strony wydają się zbędne, jak na przykład cykl pór roku, z drugiej niezwykle skomplikowane i czasochłonne. Łatwo mówić trudno zrobić to moje drugie skojarzenie. Przepisy zaprezentowane w książce wymagają czasu i zaangażowania. Generalnie przeznaczone są dla młodych dorosłych, możliwe, że singli lub bezdzietnych par, których celem jest zdrowe odżywianie. Kiełki z fasoli mung? Szafranowa komosa☹? Polenta jaglana? Rustykalna galette z figami? Brzmi dziwne, obco, czasochłonnie i drogo. Triki kuchenne zapowiedziane w opisie nie zastosowałam do tej pory ani razu, mimo, że z książką zapoznałam się już jakiś czas temu. Możliwe, że jestem bardzo opornym czytelnikiem ☹ i nie jest podatnym gruntem na takie nowości. Koncepcji Buddda bowl nie skumałam do tej pory, mimo wielokrotnego czytania.

Wracając jednak do waloru wydawniczego przyznaję, że książka jest wartościowa dla pewnego grona odbiorców, do którego ja nie należę. Autorka nostalgicznie opowiada o swoim świecie. Przez co ma się wrażenie, że chciałoby się do niego koniecznie dołączyć i osiągać korzyści, którymi się dzieli. Poradnik uzupełniają przepiękne, trafione w punkt rysunki oraz urocze zdjęcia. Całkowicie przekonała mnie za to filozofia zwolnienia. Autorka przemyciła w książce trochę ciekawostek, na przykład ile, jakie nacje przeznaczają na odpoczynek, na posiłek. I z tego wiem, ja zdecydowanie za mało, zdecydowanie za mało.

Książka dla chętnych zrewolucjonizować swoje życie. Pragnących żyć wolniej i zdrowiej. Dla tych, co dla dobrego samopoczucia chcą i mogą poświęcić sporo czasu. Książka dla odważnych i szukających nowych koncepcji do wdrożenia. Skłaniająca do zastanowienia, do przemyśleń. Idealna na deszczowe wieczory.

Moja ocena: 7/10

Recenzja dzięki Wydawnictwu Znak.