„Milczący zamek” Kate Morton

MILCZĄCY ZAMEK

  • Autor: KATE MORTON
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron:560
  • Data premiery:14.07.2021r.
  • Data 1 polskiego wydania: 10.08.2011r.
  • Data światowej premiery: 01.01.2010r.

Czytaliście „Trzynastą opowieść” Diane Setterfield lutową premierę również od @WydawnictwoAlbatros ? Ja czytałam i muszę powtórzyć, że książka jest warta naszego czasu (moja recenzja na klik). Nie bez powodu dzisiejszy wpis zaczynam od wspomnień. Właśnie skończyłam książkę Kate Morton pt. „Milczący zamek”, która premierę w wydaniu butikowym nakładem @WydawnictwoAlbatros miała 14 lipca br. Jest to bez wątpienia pozycja dla zachwyconych „Trzynastą opowieścią” czytelników. Mamy tu wiele elementów wspólnych. Jest i stare domostwo, w tym przypadku tytułowy zamek. Są i trzy siostry, które łączy szczególna, bliska więź. Jest i oczywiście rodzinna tajemnica, która niszczy życie praktycznie wszystkich domowników, która ciągle wyzwala demony. Jest także motyw związany z książkami, są pisarze, redaktorzy, dziennikarze. Zaciekawieni? To poczekajcie, jak przeczytacie całą recenzję.

 Nie mogę się zgodzić z opisem Wydawcy. Nie jest to w mojej opinii „wspaniały romans”, choć owszem elementy miłosne zostały wplecione w fabułę. Są one jednak wątkiem pobocznym. Trudno znaleźć bohatera, który nikogo nie kochał lub przynajmniej nie był zauroczony, prawda? To bardziej opowieść gotycka, saga pewnej nietuzinkowej rodziny, historia pewnych nietypowych rodzinnych relacji. A wszystko zaczyna się, gdy po pięćdziesięciu latach zostaje dostarczony dawno zaginiony list. List, który otrzymuje Meredith i który wywołał wspomnienia wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, gdy Meredith jako mała ewakuantka z Londynu w czasach wojny została rezydentką w zamku Mildehurst i była goszczona przez siostry Blythe. Córki słynnego, angielskiego pisarza Raymonda Blythe’a, twórcę opowieści o Człowieku z Błota. Córka Meredith, Edith „Edie” Burchill, redaktorka w małym rodzinnym wydawnictwie zafascynowana nowymi szczegółami życia jej matki postanawia odwiedzić zamek oraz dotrzeć do spadkobierczyń słynnego Raymonda Blythe’a. Dowiedzieć się, jaka była prawdziwa geneza Człowieka z Błota i czy którakolwiek z sióstr –  bliźniaczki Percy i Saffy oraz Juniper – odziedziczyła po ojcu literacki talent.  W ten sposób Edie rozpoczyna swoją podróż. Podróż w przeszłość, tą całkiem odległą, gdy na zamku następowały różne wydarzenia. Wydarzenia, które związały życie sióstr na zawsze.

Książka składa się z pięciu części, które ułożone zostały z zatytułowanych rozdziałów. Autorka prowadzi fabułę w dwóch perspektywach czasowych. Teraźniejszość toczy się w latach dziewięćdziesiątych. Nie dziw więc, że w trakcie pracy badawczej Edie nie korzysta ze smartfona, laptopa itd. Robi po staroświecku po prostu notatki. Przeszłość to rok 1941, od czerwca do końca października. Historia relacji Juniper z Thomasem Cavillem, mężczyzną na którego Juniper czeka nawet pięćdziesiąt lat później. Narracja jest pierwszoosobowa, to Edie jest narratorką i muszę stwierdzić, że ten sposób narracji idealnie sprawdza się w powieści. Wspaniale czyta się książkę opowiedzianą ustami, myślami, dedukcją inteligentnej, młodej kobiety kochającej książki. Dla książkofila to prawdziwa uczta. Uwielbiam czytać w książkach o książkach!

Kobiety w środku nie miały szans” – „Milczący zamek” Kate Morton.

Naprawdę nie miały żadnych szans. Nie miały szans na miłość, mimo, że każda z sióstr kogoś kochała i za kimś do końca życia tęskniła. Nie miały szans na samodzielność, chociaż dwie podjęły próby porzucenia zamku i jego mrocznych tajemnic. Nie miały szans na radosne życie, gdyż obarczone chorobą najmłodszej siostry musiały trzymać się razem i chronić tą, która miewała wizyty nieproszonych „gości” i cierpiała na chwilowe zaniki pamięci. Nie miały szans na porzucenie zamku i wyzwolenie się z jego murów, murów, które z roku na rok coraz bardziej zapadały w ruinę tracąc swoją dawną świetność. Nie miały szans zmazać grzechów własnych przodków i zapomnieć o demonach, które chowają się w „naczyniach krwionośnych” zamku. I o tych straconych szansach jest ta książka. O wszystkich niespełnionych marzeniach, oczekiwaniach i pragnieniach. O wzajemnym uzależnieniu i jednocześnie ogromnej siostrzanej więzi. Więzi, aż po grób. Chwilami ciężko było mi przebrnąć przez długie opisy scenografii, przyrody, opisów ówczesnego Londynu, czy samego zamku Mildehurst, a także odwołań do poprzednich wydarzeń, dni, spotkań, dialogów. Miałam wrażenie jakby Autorka przy okazji każdego nowego rozdziału kreśliła historię na nowo, wprowadzała czytelnika w wątek. Nie czytałam innych książek Kate Morton – Australijskiej pisarki, która zdobyła międzynarodową sławę książkami „Dom w Riverton” oraz „Zapomniany ogród”.  Możliwe, że to co uznałam za mankament książki jest po prostu cechą charakterystyczną pisarza. Możliwe, ze to co uznałam za wadę okaże się ogromną zaletą dla innego czytelnika. Możliwe!

Książka została napisana pięknym, literackim językiem. Brak powtórzeń, brak nieścisłości. Opisaną historię czyta się w napięciu, ciągle czekałam na zakończenie, na ostateczne odkrycie tajemnic krążących po zamkowych, ciemnych, dusznych korytarzach. Na odkrycie, kto kryje się za zamazanymi twarzami demonów, które nie pozwalają siostrom zasnąć. W zakończeniu Autorka zamknęła nawias. Nawias pewnej historii, która rozpoczęła się i zakończyła w murach zamku Mildehurst, jakby chciała zwrócić nam uwagę na konieczność wracania do korzeni, do tego co nas ukształtowało i przed czym tak naprawdę nigdy się nie uchronimy.

Niech nie wystraszy Was ilość stron. Książkę czyta się naprawdę szybko, gdyż historia w niej opisana wciąga jak ruchome piaski, a wyjątkowo sprawnie rozrysowani bohaterowie, aż wołają by ich dotknąć. Każde kolejne otwarcie książki było dla mnie jak niesamowite spotkanie z niebanalnymi osobami, brytyjskimi znajomymi, którzy tylko czekali, by mi opowiedzieć trochę o sobie, o ich życiu. A na takie spotkania warto się wybierać. Czytajcie!!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Kwartet aleksandryjski. Clea” Lawrence Durrell

KWARTET ALEKSANDRYJSKI. CLEA.

Autor: Lawrence Durrell

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Cykl: Kwartet aleksandryjski (tom 4)

Data premiery w tym wydaniu: 2021-05-18

Data 1. wyd. pol.: 1975-01-01

Liczba stron: 352

To moje ostatnie spotkanie, przynajmniej na tę chwilę 😉 z Kwartetem Aleksandryjskim Lawrence’a Durrella od @Zysk i S-ka Wydawnictwo. Przy okazji premiery w tym wydaniu z dnia 18 maja br. ostatniej części, tj. „Kwartet aleksandryjski. Clea” miałam możliwość zapoznania się również z poprzednimi tomami cyklu, dlatego publikacja recenzji premiery majowej jest opóźniona. Nie żałuję, że skorzystałam z tej okazji. „Justyna” oceniona 8/10, „Balthazar” 9/10, tak samo jak trzeci tom kwartetu „Mountolive”. Wysoki poziom zawarty w tej literaturze, zasługuje na wysokie oceny. Proste. Zaczęłam wpis początkiem zdania: „To moje ostatnie spotkanie, przynajmniej na tę chwilę ..”. Więc nie ostatnie  w ogóle. Planuję wrócić jeszcze do Kwartetu, do tego dusznego Egiptu, tych gorących nocy i bardzo wyrazistych bohaterów sprzed kilkudziesięciu lat. Kochać literaturę piękną, a nie czytać Kwartetu Aleksandryjskiego to jak być fanką Marvela i nie widzieć żadnego filmu serii. Nie da się!!! Po prostu się nie da!!!

„(…) Najtkliwszym, najtragiczniejszym ze złudzeń jest wiara, że naszymi uczynkami możemy coś dodać albo ująć od sumy dobra i zła w świecie…” – „Kwartet aleksandryjski. Clea” Lawrence Durrell.

Irlandczyk Darley po pobycie na wyspie powraca na zaproszenie Nessima do Aleksandrii. Wraca inny. Wraca nie sam. Ze sobą przywozi córkę Melissy i Nessima. Dziewczynkę, której zastępował ojca podczas pobytu na wyspie. Jego ukochane miasto, które wspomina z rozrzewnieniem czując przy tym wszechogarniającą tęsknotę spowija II wojna światowa. Nic już nie jest takie same. Nessim nie jest już przyjacielem Mountolive’a. Justyna i Nessim nie są już sprawcami spisku i nie toczą ukrytych wojen. Jedno co łączy z wydarzeniami sprzed kilku lat to „(…) Pradawne uśmiechy, archaiczne zwroty, tradycyjne żarty, kurtuazja starego świata, który już zanikał…”, ale szczęśliwie dla nas nie znikł całkowicie. Co zastał tak naprawdę Darley po powrocie do Aleksandrii? Kogo zastał Darley po powrocie do Aleksandrii? Co się stało z jego przyjaciółmi, z Balthazarem, Justyną, Nessimem i Cleą? Parafrazując; „Jakie nowe cechy odkryje w nich po tym okresie rozłąki, kiedy znów ogarnie go atmosfera miasta, miasta nowego, wchłoniętego teraz przez wojnę?”.

Nie na taką Cleę czekałam od pierwszego tomu cyklu, od książki „Kwartet aleksandryjski. Justyna”, gdy przy okazji recenzji napisałam „Miłym zaskoczeniem była poznana w połowie książki Clea. (…) Liczę na to, że Clea z czwartej, ostatniej części nie utraciła tej świeżości, tego intelektualnego wyzwolenia, tej radości” (recenzja na Kwartet Aleksandryjski. Justyna). Clea w ostatnim tomie serii jest całkowicie inna, jak inni są wcześniej poznani bohaterowie. Nessim jest bez oka i ma okaleczoną dłoń. Godzi się na sytuację w mieście, nie jest już aktywnym buntownikiem, który gromadzi wszystkich wokół siebie. Justyna po wylewie nie grzeszy już urodą. Bagatelizuje związek i gorący romans z Darleyem. Balthazar poniżany, bity i sponiewierany przez kochanka stał się wrakiem człowieka próbując nieskutecznie się okaleczyć. Clei nie przybyło tylko kilka zmarszczek. Clea stała się bardziej stateczna, mniej entuzjastyczna. Z początku Durrell zobrazował ją podobną do siebie z poprzednich części, by po chwili zmienić jej oblicze. Stała się bardziej nieobliczalna, mniej zadowolona, bardziej zamyślona, cierpiąca na niepochamowane wybuchy gniewu, jakby jej własna skóra przestała na nią pasować.

W tej ostatniej części Autor powrócił do narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia Darleya, zrobił to oczywiście w nietypowo angielskim stylu. Narracja nie jest wyważona, nie jest pragmatyczna. Jest owiana tajemnicą, nienasyceniem, niespełnionym pragnieniem. Wszystko się skończyło. „(…) Persewarden i Liza, Darley i Melissa, Mountolive i Leila, Nessim i Justyna, Naruz i Clea…”. Jakby Durrell chciał całą historię, cały kwartet zamknąć klamrą. Z jednej strony mu się udało. Poniekąd opisał, co się zadziało z głównymi bohaterami cyklu, w jaki sposób na swój sposób dojrzeli. Z drugiej niekoniecznie. Dla mnie to najsłabsza część całego kwartetu. Nie do końca emocje, wydarzenia zobrazowano w sposób konsekwentny. Autor opisał całkowicie różną, od poprzednich części rzeczywistość. Po raz pierwszy miałam wrażenie chaosu w narracji, mimo, że  w poprzednich częściach również fabuła była wielowątkowa.  

Czy warto więc przeczytać „Kwartet aleksandryjski. Clea”? Oczywiście, że tak. Nie czytając tej części, to jakby nie zjeść ostatniej gałki lodów w ulubionym smaku na dnie pucharka. Mimo, że tom ten nie spełnił moich oczekiwań jest nadal istotnym źródłem wiedzy o ówczesnej egipskiej atmosferze. To dzięki niemu dowiedziałam się między innymi, że „(…) Arabowie są nie gorsi od Brytyjczyków. Nie wolno byle jak sypać wokół siebie mnóstwa salam alejkum. Jadący na wielbłądzie powinien pierwszy pozdrowić człowieka, który dosiada konia, ten kłania się pierwszy jadącemu na ośle, który z kolei pierwszy pozdrawia idącego pieszo; idący musi pierwszy pozdrowić siedzącego, mała grupa ludzi – większą, młodzi starczych…” i tak dalej, i tak dalej. Prawda, że to unikatowa pozycja? Prawda, że to literatura wysokich lotów?

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję  Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Plan na miłość, czyli jak stworzyć fajny związek” Logan Ury

PLAN NA MIŁOŚĆ, CZYLI JAK STWORZYĆ FAJNY ZWIĄZEK

  • Autor:LOGAN URY
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Liczba stron:400
  • Data premiery:05.04.2021r.

Mam ostatnio szczęście do książek @wydawnictwoznakpl. Nie mogę nie wspomnieć o trylogii Grety Drawskiej (RytuałStos oraz Chichot), którą ciągle uważam za wyjątkowo udane, pierwsze spotkanie z Autorką. O ile z recenzji trylogii Drawskiej wywiązałam się bez zbędnej zwłoki, o tyle prezentowana przeze mnie książka w tym wpisie, musiała sporo czekać na swoją kolej. Nie ukrywam poradnik „Plan na miłość, czyli jak stworzyć fajny związek” Logan Ury nakładem @wydawnictwoznakpl, który premierę miał 5 kwietnia br. nie okazał się książką dla mnie. Kilka razy wracałam do niego, by w końcu skończyć go czytać. Dla kogo ta książka jest więc idealna?

Jak pisze Wydawca dla tego, kto chce znaleźć odpowiedzi na następujące pytania:

– „Jak uniknąć pułapek współczesnego randkowania.

– Jak znaleźć partnera, który w związku będzie chciał tego co ty.

– Która znajomość zawarta na portalu randkowym ma szansę przerodzić się w coś więcej.

– Kiedy zdecydować się na kolejny etap w związku.

– Jak wyleczyć złamane serce”.

Ja pierwsze zakochanie, pierwsze zauroczenie, pierwsze motyle w brzuchu i pierwszy długoletni związek mam za sobą. Wielu moich znajomych ma za sobą również nieudane randki na portalu Tinder i tym podobnym oraz niespełnione marzenia po spotkaniu z partnerem w sieci. Z poradnika nie dowiedziałam się więc niczego, chociaż jego ogromnym plusem jest odniesienie się Autorki do badań z zakresu behawiorystyki, do konkretnych zachowań człowieka. Dzięki takiemu podejściu Autorka tłumaczy i interpretuje zachowania, które pojawiają się w relacjach pomiędzy partnerami wykazującymi konkretne cechy, czasem nawet niemiłe i niespodziewane. To jest bez wątpienia najbardziej wartościowa cecha tej książki. Prawdziwe historie z życia pacjentów psycholożki, którym sama Autorka stara się pomóc, dla których stara się zaklinać ich los, ich związek, ich relację. Nie jest to łatwe, jak pewnie sami wiecie. Czasem nawet nie wiadomo, czego brakuje. Nierzadko dokładnie wiemy, co zawiodło. Nawet nie tylko my, lecz również prawie wszyscy z naszego otoczenia.

Jeszcze parę słów o stylu i języku. Jest bardzo konsekwentny. Mimo, że nie czytałam poradnika jednym „ciągiem” wracając do niego od razu wiedziałam, gdzie jestem, co przeczytałam, nad czym teraz Autorka się skupia, co chce opisać i jaką radę chce nam dać. Czytanie w częściach też ma swoje zalety. Każdy rozdział był jakby dla mnie odrębną historią. Możliwe, że to pozwoliło mi skończyć lekturę w całości i ocenić ją w bardzo przyzwoity sposób. Tylko zamknięte wątki mogą opisać całą historię!!!

Mówią „szukajcie a znajdziecie”. Parafrazując „czytajcie a dowiecie się” o co chodzi z tymi współczesnymi związkami!!! Bo, że o coś chodzi, to chyba wszyscy czujemy.  

Moja ocena: 7/10.

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Znak.

„Uratować Missy” Beth Morrey

URATOWAĆ MISSY

  • Autor:BETH MORREY
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:414
  • Data premiery:20.07.2021r.

Z wielką przyjemnością zaczęłam czytać „Jeden z najgłośniejszych brytyjskich debiutów literackich 2020 roku…” – jak wskazał Wydawca w swym opisie. Zaintrygował mnie ten opis nie powiem. „Uratować Missy”  Beth Morrey, która miała premierę 20 lipca br. i została wydana przez Wydawnictwo @zyskiska to historia o prawie osiemdziesięcioletniej kobiecie. Kobiecie, której wbrew naszemu wyobrażeniu życie nie chyli się ku końcowi. Kobiecie, którą ktoś i z jakiegoś powodu zapragnął uratować. Czy to nietypowa książka o staruszce? Na to pytanie mogłam odpowiedzieć tylko zaczynając czytać. 

(…) moja samotność, moja pustka, była balonem, który wydymał się i porywał mnie daleko. Leczy kiedy dom wypełniał mąż i dzieci, nie zauważałam tego, nie doceniałam…”– „Uratować Missy” Beth Morrey.

Missy, a właściwie Millicent Carmichael to samotna 79-letnia staruszka. Mieszka w wielkim, smutnym domu. Ukochanego męża – Leo nie ma już przy niej, z córką się pokłóciła, a faworyzowany przez nią syn zamieszkał na innym kontynencie ze swoją żoną i ukochanym wnukiem. Dzień po dniu Missy zmusza się by nie spędzić całego dnia w łóżku. „Niedospana i drażliwa” siada codziennie przy stole by napić się herbaty, przeczytać wiadomości i zacząć robić…. No co ? Cokolwiek! Byleby nie być sama. Stara się znikać wszystkim sprzed oczu, nikogo nie kłopotać, o nic nie zabiegać, aż do pewnego momentu, gdy spotyka w parku dwie energiczne kobiety, Angelę i Sylvie. Kobiety, które miały odwagę w jej imieniu powiedzieć: dość!!!  

Książka jest napisana w bardzo dobrym stylu. Narratorką jest Missy. To z jej punktu widzenia obserwujemy bieżące wydarzenia, jak i zdarzenia z przeszłości dzięki inteligentnej retrospekcji. Retrospekcji, która pozwala nam zrozumieć, co ukształtowało współczesną Missy. Patrzymy więc na Missy z perspektywy dziecka, z perspektywy ambitnej studentki,  z perspektywy młodej żony i matki, aż wreszcie patrzymy na Missy z perspektywy samotnej gospodyni domowej. Jest więc dużo historycznych wydarzeń przywołanych we wspomnieniach. Jest osnuta wojną Anglia z jej dzieciństwa, jest walka jej matki o równouprawnienie kobiet, jest konflikt grecki z lat siedemdziesiątych, jest i problem społeczny związany z samotnym rodzicielstwem i aborcją. Jest także dużo istotnych współczesnych wydarzeń i problemów. Jakby Autorka chciała nam zwrócić uwagę, że problemy społeczne nie omijają nas i w dorosłym życiu. Z przymrużeniem oka czytałam o stosunku Missy do Brexitu, starałam się zrozumieć jej stosunek do związków homoseksualnych oraz współczesnych metod wychowywania dzieci. Czytając wyobraziłam sobie Missy jako drobną, kruchą staruszkę, ubraną i zachowującą się w typowo brytyjskim stylu. Taką, jaką chciała ją przedstawić Autorka. Missy jest więc powściągliwa, stara się wszystkich i wszystko trzymać na dystans, nikomu nie chce robić kłopotu, od nikogo nie chce być zależna, wiecznie katująca się konwenansami i mówiąc wprost uważająca, że praktycznie nic nie wypada. Oczywiście momentami Missy mnie denerwowała. Zachowywała się jak dziecko, które stojąc przed półką ze słodyczami, mimo ogromnej chęci nie sięga po nie, jakby celowo chciało się ukarać, jakby celowo chciało za tymi słodyczami tęsknić. Trochę jej postać była niekonsekwentna. I to mi przeszkadzało. Chwilami miała jasne, bystre spojrzenie na otaczającą ją rzeczywistość, jakby miała czterdzieści lat. Momentami zaś zachowywała się i myślała, jakby leżała już na łożu śmierci i nie opłaca się już podejmować żadnej aktywności, bo przecież nadchodzi koniec. Taka postawa męczeńska, katująca się własnymi błędami z przeszłości, nawet bardzo dalekiej, nie potrafiąca sobie poradzić z niepowodzeniami i niewypowiedzianymi słowami.

Bardzo podobał mi się motyw przyjaźni opisany w książce. Przyjaźni wielopokoleniowej, przyjaźni niespodziewanej i zaskakującej. Okazuje się, że wiele wspólnego mają trzydziesto i czterdziestolatkowie z prawie osiemdziesięcioletnią staruszką. Bez względu na kolor skóry, bez względu na pochodzenie, bez względu na status społeczny i na orientację seksualną. Każdy potrzebuje kogoś wokół siebie, bez względu na to, co osobiście uważa. Z perspektywy czytelnika, prawie dwukrotnie młodszego od głównej bohaterki, „Uratować Missy” to książka wielopokoleniowa. Bohaterowie są bowiem w różnym wieku, a tym samym rzeczywistość postrzegają w różny sposób. To lektura pokazująca meandry dorosłości z perspektywy kogoś, na kogo zwykle nie zwracamy uwagi na ulicy. A może właśnie mijamy taką Missy?

To niezwykle urzekająca powieść na pięćdziesiąt tysięcy słów. Bardzo udana i odświeżająca lektura. Wielość wątków nie nudzi, wręcz przeciwnie pozwoliły one poszerzyć mój, czytelniczy punkt widzenia.  Bardzo lubię lektury, które pokazują kierunki, w których powinniśmy zmierzać i które pokazują drugą stronę lustra. Stronę różną od samotności i bólu po rozstaniu. „Uratować Missy” do takich należy. Warto się w tą lekturę zgłębić i wyjść razem z Missy w dżdżysty brytyjski poranek, w tą angielską mgłę. Wyjść i zobaczyć, kogo los da nam spotkać na swojej drodze.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Fit desery z kilku składników. Jak jeść zdrowo nie rezygnując ze słodyczy.” Agnieszka Stolarczyk

FIT DESERY Z KILKU SKŁADNIKÓW. JAK JEŚĆ ZDROWO NIE REZYGNUJĄC ZE SŁODYCZY.

  • Autor:AGNIESZKA STOLARCZYK
  • Wydawnictwo:ZNAK HORYZONT
  • Liczba stron:256
  • Data premiery:07.06.2021r.

Ten tytuł wiele obiecuje. Po pierwsze obiecuje, że tytułowe desery przygotowuje się tylko z kilku składników. Wieloskładnikowość, jak pewnie się domyślacie, jest zmorą wielu gospodyń domowych. Po drugie obiecuje, że zawarte w książce przepisy są zdrowe. W erze mody na „bycie fit” w „to mi graj”!. Po trzecie, co najważniejsze, w tytule zawarto obietnicę, że można jeść desery przygotowane szybko, zdrowo, a do tego nie rezygnując ze słodyczy. Czyli, jest tu taka zawoalowana obietnica zdrowego żywienia przy jednoczesnym delektowaniu się smakiem ulubionych słodyczy. Przy takiej deklaracji zawartej tylko w jednym tytule (co będzie dalej!) nie mogłam się oprzeć i musiałam zapoznać się z czerwcową premierą od Wydawnictwa @Znak Horyzont, z poradnikiem kulinarnym Agnieszki Stolarczyk „Fit desery z kilku składników. Jak jeść zdrowo nie rezygnując ze słodyczy”.

Nie jestem niewolnicą zdrowego trybu życia, przyznaję szczerze. Do tej publikacji miałam więc dość ambiwalentny stosunek. Jestem za to niewolniczką poszukiwania tego, co nowe, co inne. Tego, co Wydawcy oferują nam czytelnikom każdego miesiąca. Uwielbiam również desery, więc te fit wydawały się wprost skrojone na moją miarę.

W ogóle się nie pomyliłam !

Tak, tak. W poradniku, oprócz ciekawych, zdrowych deserów znalazłam między innymi wkładkę z listą zamienników. Dowiedziałam się przykładowo czym zastąpić cukier. W tej skarbnicy wiedzy, Autorka wprowadza nas w meandry, której mąki używać oraz jak przeliczać zapotrzebowanie kaloryczne domowników uwzględniając nie tylko wiek i płeć, lecz przede wszystkim styl życia i dzienną aktywność. Nie cierpię tych wszystkich przeliczników, ale ten zaproponowany w książce został w całkiem znośny sposób. Dowiemy się z książki również ile kalorii znajduje się w zdrowych produktach, które napoje roślinne najzdrowiej spożywać oraz jak radzić sobie w trakcie przygotowywania dań z wagą kuchenną lub innymi kuchennymi miarami. Wszystko napisane w przystępny, łopatologiczny sposób. Sposób, który nie pozwolił mi się zniechęcić, a to już nie lada wyzwanie. Dobra treść została dodatkowo wzbogacona bardzo pięknymi zdjęciami. Oczywiście, nie będę oszukiwać, próbowałam już i moje desery nie wyglądają tak pięknie. Pocieszam się jednak, że „nie od razu Rzym zbudowano” i „wygląd to nie wszystko”. Liczy się to co w środku. Czyż nie ? Ze środka smak był zaś wyśmienity. Idealny. A nad wyglądem z fit deserami popracuję.  

Warto byście sami spróbowali. Zasmakujcie się. Zachęcam.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zaczytywania się w książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Horyzont.

„Chichot” Greta Drawska

CHICHOT

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 3)
Data premiery: 2021-07-14
Liczba stron: 352

Wiem, że od premiery trzeciej części cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem minęły już dwa tygodnie. Musicie jednak wiedzieć, że ja przy okazji premiery z 14 lipca br. przeczytałam dwa poprzednie tomy, z którymi wcześniej nie miałam do czynienia. I nie żałuję! Jeśli chcecie sobie przypomnieć moją opinię na temat poprzednich dwóch tomów to recenzje znajdziecie tutaj: „Rytuał” i „Stos”.

Greta Drawska jest nadal dla mnie ogromną niewiadomą, mimo przeczytanych już dwóch książek jej autorstwa. Nie wiem kim jest naprawdę, co lubi, jak postrzega swoje pisarstwo i skąd czerpie inspirację.  Autorka przedstawiła nam się bowiem pseudonimem zainspirowanym miejscem akcji poprzednich dwóch powieści, a mianowicie Drawska Pomorskiego, które okalają: jezioro Drawsko, Pojezierze Drawskie i sama rzeka Drawa.  Tym samym mamy Gretę Drawską. Autorka zagrała z czytelnikiem w unikatową grę na zasadzie znajdź mnie jeśli potrafisz. Ja nie znalazłam. A Wam się udało? W sumie to bez znaczenia, czy to prawdziwa Greta, czy prawdziwy Gret, czy może nowe wcielenie Remigiusza Mroza😉. Ważne, że do trzeciej części serii pt. „Chichot” zasiadłam z takim samym entuzjazmem jak do poprzedniej. Z entuzjazmem i ogromną ciekawością, by sprawdzić co też Wydawnictwo @wydawnictwoznakpl wraz z Autorką nam przygotowało.

(…) Pisarz nie pisarz, leniwy to on był, pani prokurator, jak wszystkie chłopy” – „Chichot” Greta Drawska.

I ten leniwy pisarz staje się pierwszą ofiarą. Używający pseudonimu (prawda, że brzmi znajomo😉) Pan Tom, który „Pisał kryminały z parą przewidywalnych bohaterów, którzy ni to się czubią, ni to lubią, a w to wszystko wplatał wątek historyczny. W ostatniej części trylogii wziął na warsztat temat pochówków antywampirycznych w Polsce. Część książki dzieje się w siedemnastym wieku”. Teraz to na pewno brzmi znajomo!!! Prokurator Wanda Just i podkomisarz Piotr Dereń odkrywają w trakcie śledztwa kolejne sekrety pewnych dwóch rodzin, w których dzieci, jak się okazuje, miały wspólnego ojca.

Dokładnie w taki sposób Greta Drawska puściła oko w stronę czytelnika. Umieszczając w powieści pisarza chowającego się pod pseudonimem i piszącego kryminały z wątkiem historycznym. Pisarz okazał się twórcą bestsellerów. Powieści Drawskiej też na takie pretendują i to całkiem słusznie. Książka przeczytała się sama! Nie mam pojęcia kiedy, ani jak. Zaczęłam czytać ciekawa dalszych losów głównych bohaterów i zanim się obejrzałam już byłam na 200 stronie. Odkładać książkę w tym momencie byłoby ogromną zbrodnią, więc dotrwałam migiem do końca. Nie dziwcie się, że piszę o potencjale na bestseller. Przecież tylko książki, które czyta się jednym tchem, które nie męczą, które wciągają mają szansę na czytelniczy sukces.

Tym razem Drawska zabrała nas w nie tak odległą podróż w czasie. To czasy całkowicie współczesne, gdy Borne Sulinowo okupowane było przez żołnierzy radzieckich. Gdy Polacy mieszali się z  Sowietami, gdy komunizm panoszył się wszędzie. Na te tereny zaglądamy i współcześnie, gdy Borne Sulinowo  straszy miastami widmo i w czasy dawne, gdy stacjonowała tam Armia Czerwona. Ten bardziej współczesny wątek historyczny nakreślił fabułę  w nieco inny sposób. Mniej w niej oniryzmu, zagadkowości, czarów i magii, więcej zdrad, trosk, przynależności i ciągłych pytań, kto obcy, a kto swój. Nie każdy Sowiet to gwałciciel i morderca. Nie każdy Polak jest dobroduszny i oddany sprawie. Szukanie mordercy Just i Dereniowi idzie jak przysłowiowa „krew z nosa”. Wydaje się, że nigdy nie zbliżą się nawet do rozwiązania zagadki. Do tego sytuację utrudnia ich osobista relacja oraz problemy w całej grupie śledczych. Szczególnie wątek Agaty i Tobiasza zasługuje na wspomnienie. W intrydze kryminalnej jest i morderstwo, i utracone dochody, i walka o majątek, i zdrada małżeńska, o której wiedział sam małżonek. Wielu więc wydaje się podejrzanych, wielu mogło zależeć na śmierci Pana Toma. Rozwiązanie nie jest więc tak oczywiste. Autorka nie rzucała mi kół ratunkowych, po których mogłabym szczęśliwie dotrzeć do brzegu, którym okazałoby się rozwiązanie zagadki. Oj nie. Gmatwała, mąciła, naprowadzała na mylny trop do samego końca. Zagadka niby rozwiązana, ale na samym końcu więcej pytań niż odpowiedzi. Pytań na które mam nadzieję jeszcze Drawska udzieli nam kiedyś odpowiedzi.

To nie kryminał gdzie trup ścieli się gęsto, a krew tryska z czterech stron świata. To kryminał, gdzie ważni są ludzie. Ważni są tak samo śledczy, jak i podejrzani. Faktycznie, jest tak jak przeczytałam w jej krótkiej notce biograficznej, Autorka lubi ludzi. Lubi też bez wątpienia czytelnika rozpieszczając go mądrą fabułą, ciekawymi wątkami pobocznymi oraz bardzo dobrym, lekkim stylem. Lubicie być rozpieszczani przez autora? Ja baaaaardzo. Dlatego zachęcam Was do przeczytania nie tylko tej trzeciej części cyklu, lecz całej serii. Zacznijcie proszę od „Rytuału”, zanurzcie się potem w historię opisaną w „Stosie”, a na końcu pochichoczcie z „Chichotem” w ręku. Na dobrą książkę zawsze jest czas!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.

„Samotna” Lisa Gardner

SAMOTNA

  • Autor: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: Detektyw D.D. Warren. TOM 1
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 14.07.2021r.
  • Data 1 polskiego wydania: 01.01.2004r.

Jak się czyta pierwszy tom serii, gdy dopiero co recenzowało się 10 i 11 książkę cyklu? No to Wam powiem, że jest to doświadczenie naprawdę interesujące. Po Powiem tylko raz oraz Czyste zło od @WydawnictwoAlbatros sięgnęłam do pierwszego tomu z cyklu thrillerów kryminalnych z detektyw D.D. Warren, książki pt. „Samotna”, która premierę miała 14 lipca w tym wydaniu. Po raz pierwszy polscy czytelnicy z serią mogli spotkać się w 2004. Ja wtedy, noooooo cóż, w pieluchach to może nie chodziłam, ale zaczytywałam się w innych gatunkach. Nie sposób nie nadrobić więc thrillerów kryminalnych wchodzących w skład cyklu, jeśli Wydawca daje nam taką możliwość. 

Nie mogę nie zacząć od Detektyw D.D. Warren

Nie mogę. W recenzji „Powiem tylko raz” napisałam, że „Czuję jednak ogromny niedosyt postacią detektyw D. D. Warren. Jej postać jest najsłabiej zarysowana, jakby D. D. w kolejnych odsłonach serii rozwijała się i dojrzewała w kierunku szczęśliwej żony, matki i właścicielki psa”. W tej części postać D. D. została skonstruowana całkowicie inaczej. W pierwszej odsłonie jest bardziej agresywna, zdecydowana, zmotywowana. Strzela w kierunku przesłuchanych jakby z pistoletu maszynowego, pozwala sobie nawet na naciski. Zachowuje się jak łowczy polujący na zwierzynę. Jej charakter nie jest zdominowany domem, szczęśliwym związkiem, psem i kuchennymi sprawami. Tak ją sobie nawet wyobrażałam, taką ją chciałabym widzieć. Niestety, co nie jest obojętne dla oceny tej książki, jej iskra z biegiem czasu gaśnie. D. D. staje się bardziej spokojna, jakby śledczą pracę zrealizowała z zadowoleniem w pierwszej części.

Fabuła toczy się wokół czynu Bobby’ego Dodga, snajpera policji stanu Massachusetts. Czynu ratującego życie kobiety i jej czteroletniego synka, którego tuliła, gdy jej przemocowy mąż celował do niej z broni. Dodg traktując Jimmiego Gagnona jako agresora zdolnego zabić własną żonę i własnego syna, zdecydował się na strzał. Strzał kończący życie Gagnona i stawiający jego własne oraz jego karierę na szali sprawiedliwości, szali wpływowego sędziego Jamesa Gagnona Seniora. Kolejne fakty z życia żony ofiary  – Catherine Rose Gagnon, jej syna, czy małżonków Gagnon jeszcze bardziej komplikują śledztwo, w które włączona została D.D. Warren. Nieprzypadkowe śmierci kolejnych osób również nie pozwalają zbliżyć się do sprawczy. Wszyscy kogoś podejrzewają. Śledczy Catherine, Catherine jej teściów. Gdy śledztwo toczy się swoim torem i napełnia się kolejnymi wzajemnymi oskarżeniami do akcji wkracza tajemniczy Pan Bosu.

 

Fabuła mocno mną wstrząsnęła, szczególnie na początku. Tak zawsze jest, gdy czytam o krzywdzie dziecka, jego porwaniu, przetrzymywaniu przez dwadzieścia osiem dni i wykorzystywaniu. Ta tragedia z perspektywy bezbronnego dziecka, cierpiącego, samotnego, wykorzystywanego do granic bólu wprowadziła napięcie, którego nie umiałam się pozbyć do momentu zakończenia, do momentu rozwiązania sprawy i zagadki tajemniczego Pana Bosu.  Gardner, czego ślady znalazłam również w 10 i 11 książce cyklu, umiejętnie zbudowała postać na jej traumatycznych przeżyciach. Podobnie jak Flora i tu Catherine mimo upływającego czasu nie potrafi otrząsnąć się z trudnych przeżyć. Ciągle pamięta, wręcz rozpamiętuje. Własną słabość i cierpienie przekuła w chłód, w umiejętność wykorzystywania. Ten wątek gdy ofiara staje się w niektórych okolicznościach katem, mimo, że powtarzający się w książkach tego gatunku, zawsze zaskakuje, zawsze się sprawdza, daje bowiem do myślenia.

Ogromny plus tej książki do bez wątpienia sposób rozwiązania kwestii nieznanej choroby syna  Catherine. Ten pomysł mocno mnie zaskoczył, a ja w książkach zaskoczenie wręcz uwielbiam! Z wszystkich charakterów spodobała mi się natomiast najbardziej dr Lane. Psychiatra u której pomocy szukał Bobby, pechowy snajper, który tylko wykonał swoją pracę, zrobił to do czego go wielokrotnie szkolono. Spotkania psychiatry z pacjentem pełne były ciętych ripost, słusznych uwag, bez żadnej taryfy ulgowej. Lisa Gardner przedstawiła psychiatrę z jej wszystkimi ciemnymi stronami, jej porażkami, uczłowieczyła ją. To nie wszystkowiedząca encyklopedia, to kobieta z krwi i kości. Kobieta, która zaprezentowała dojrzałe podejście do pacjenta nie obiecując mu „złotych gór”, potrafiąca jednocześnie chwilami zdobyć się nawet na czarny humor. Postać mocno mnie zaciekawiła. Szkoda, że nie zabrała książce więcej stron.

Mimo, że pierwsza książka z serii o Detektyw D.D. Warren nie jest zachwycająca, warto ją jednak przeczytać.  Lisa Gardner zobrazowała w niej bardzo dobrze tragedię ludzką. Tragedię małej dziewczynki, której odebrano nie tylko dojrzewanie, lecz również całe życie. Tragedię bohatera, który ocalił życie niewinnych i ma za to zostać ukarany. Tragedię, którą spowodowały inne osoby.

Książka jest pełna emocji. Kipi od cierpienia, żalu, troski, poczucia krzywdy, zawiści, podniecenia, czasem wręcz chorego. To thriller o bezradności wobec atakujących, o przygnębieniu, gdy dobrze wykonało się powierzone zadanie i pustce, gdy wokół nagle zaczyna brakować dobrze życzących nam osób.  Emocje mają różne odcienie. „Samotna” nie nazywa ich wszystkich. Nazywa ich jednak całkiem sporo. Wystarczająco, by i emocje, i fabuła momentami wbiły nas w fotel.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Stos” Greta Drawska

STOS

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 2)
Data premiery: 2021-01-04
Liczba stron: 368

Uwielbiam urlopy! Wy pewnie też. To czas odpoczynku, relaksu, chwil z najbliższymi, a dodatkowo możliwość realizacji swoich pasji. Jedni przemierzają kilometrowe szosy i drogi rowerami, inni przekraczają własne słabości wspinając się na wysokie szczyty, jeszcze inni wypijają hektolitry…hm… czegoś tam, a ja w każdej wolnej chwili czytam. Dzięki temu na urlopie nadrobiłam kilka czytelniczych zaległości😉. Ale najbardziej cieszę się, że również opublikowałam kilka recenzji. Wiele recenzji jeszcze przede mną. Wiecie jak jest, „co się odwlecze to nie uciecze”. Na wszystkie recenzje przyjdzie czas. Bądźcie cierpliwi😊.

Udowadniając, że nie próżnuję, prezentuję Wam recenzję drugiego tomu cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem. Cyklu, który rozpoczęłam wysoko przeze mnie ocenioną książką pt. „Rytuał”. Książką, która zachwyciła mnie niespieszną akcją, przemyślaną fabułą i wzbogacającymi wątek kryminalny motywami historycznymi. Nie mogłam się oprzeć dalszemu czytaniu. Ciągle myślałam o tym, czy drugi tom pt. „Stos” Grety Drawskiej wydany nakładem Wydawnictwa @wydawnictwoznakpl powieli sukces pierwszej części. Jak myślicie?

W sercu czarownicy nigdy nie wypali się gniew – z opisu Wydawcy

I gniew jest w tej części kluczowy. Gniew za dawne krzywdy, niezabliźnione rany, niewysłuchane skargi i wypowiedziane w kierunku niewinnych pogróżki. Tym razem prokurator Wanda Just i podkomisarz Piotr Dereń zmagają się z morderstwem miejscowej kosmetyczki, która zginęła w niecodziennych okolicznościach. Jej ciało znaleziono na zamarzniętym jeziorze. Jej usta spięte zostały gospodarczą kłódką, zaś stopy….no cóż, nie wyglądały na stopy trzydziestoparoletniej kobiety. Dziwne okoliczności przypominają śledztwo, z którym Just i Dereń mierzyli się ponad rok temu, śledztwo w sprawie stomatologa z Czaplinka. Czy i tym razem dla rozwikłania zagadki kryminalnej znaczenie będą miały duchy przeszłości i regionalne wydarzenia sprzed kilkuset lat? Morderca zdaje się nie odpoczywać. Gdy giną kolejne osoby, Just i Dereń zaczynają podążać śladami z przeszłości. Śladami sprzed wieków.

Zdecydowanie ta seria jest dla mnie odkryciem tego roku. Nic o Drawskiej nie słychać, nie kojarzę nawet żadnych reklam serii. A szkoda, bo serię czyta się wyśmienicie. I tym razem Autorka sięgnęła po sprawdzony scenariusz. Motywem przewodnim „Stosu” jest toczące się śledztwo. Śledztwo, w którym poboczne wątki schodzą na niepowodzenia rodzinne i Derenia, i Just. Obraz śledczych nie zostaje jednak zachwiany. Nadal Just jest poświęcającą się pracy skuteczną prokurator, a Dereń poczciwym podkomisarzem, który potrafi czasem pokazać pazurki. Oboje dają się lubić. Oboje tworzą zgrany zespół wspierany kolejnymi ciekawymi postaciami. Mnie osobiście zachwyciła postać Babuni, okolicznego morsa. Szkoda tylko, że tej Babuni tak mało. Chętnie o niej przeczytałabym znacznie więcej. Sama relacja Just i Derenia chyba zaczyna zmierzać w jakimś konkretnym kierunku. W wielu miejscach więcej sympatii i wsparcia, niż niechęci i trzymania się na dystans. No cóż, zobaczymy. Przyjdzie i czas na trzecią część serii. „Chichot” już na mojej półce.

Teraźniejszość przeplata się, jak to było w pierwszej części cyklu „Rytuale”, z wydarzeniami sprzed czterystu lat. Zaczynamy śledzić losy miejscowej ludności z XVI wieku, gdy na okolicznych dworach szlachcianki kąpały się jeden raz na dziesięć tygodni, a częstsza kąpiel powodowała dotkliwe konsekwencje. Kobiecość miała określone cnoty, których brak doprowadzał do mocnych i nie dających się oddalić oskarżeń.

Plusem tej części bez wątpienia jest wprowadzenie do fabuły siostry Wandy Just, Natalii, która finalnie nie okazała się tą, za którą brałam ją na początku. Tylko ciągle nie wiem, czy była mężatką, czy jednak nie. Najpierw przeczytałam, że „Jej siostra nigdy formalnie nie wyszła za mąż i nadal nosiła nazwisko Just”, by potem przeczytać słowami Natalii „Mam małe dziecko i sfiksowanego ojca po udarze. Mam męża, który apetytu nabiera na mieście, ale stołuje się w domu”. Później wiele razy Autorka odnosi się do męża Natalii, per szwagier Just. Jak już pewnie zdążyliście się połapać, na takie nieścisłości jestem wyczulona. Dziwnym trafem wyłapuję je z meandrów fabuły i przyznaję, przeszkadzają mi później w finalnym odbiorze powieści.

Na okładce „Stosu” znajduje się jedna z dwóch opinii, która brzmi „Kryminał dla uważnego czytelnika, dla którego ważne są konteksty i pejzaż otoczenia”. Z opinią zgadzam się w 100%. Drawska udowodniła, że kryminał można napisać trochę inaczej wzbogacając go kulturoznawczo i historycznie odniesieniami do dalekiej przeszłości bez jakiejkolwiek szkody dla wątku kryminalnego. To jest cecha charakterystyczna tej serii. Cecha, która sprawia, że powieść jest ciekawa i intrygująca w unikatowy sposób. A ja wprost uwielbiam unikaty. Uwielbiam zaskoczenia i nietuzinkowe podejście do znanego mi gatunku. Szczególnie jeśli napisane są bardzo przyjaznym i lekkim językiem. Przecież o trudnych sprawach nie trzeba od razu pisać literacko! Wrzućcie książkę na swoją półkę, koniecznie.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.

Recenzja przedpremierowa: „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward

OSTATNI DOM NA ZAPOMNIANEJ ULICY

Autorka: Catriona Ward
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 2021-07-28
Liczba stron: 400

Dopiero co publikowałam recenzję lipcowej premiery Remigiusza Mroza od Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału, a już jestem po lekturze kolejnej książki tego samego Wydawnictwa, która premierę będzie miała 28 lipca br. Wiem, wiem muszę uważać, by w recenzji za bardzo nie pospojlerować. Tym bardziej, że z dotychczasowych opinii (na LC średnia 8/5 brzmi obiecująco😊) wynika, że jest to thriller niezwykle trzymający w napięciu. Obiecuję solennie nie zepsuć Wam przyjemności z czytania i nie przemycić w recenzji istotnych wątków z „Ostatniego domu na zapomnianej ulicy” Catriony Ward

Rzadko dosłownie cytuję opis wydawcy. Ten jednak brzmi tak nieszablonowo, że nie mogłam się oprzeć pokusie i nie zostawić przynajmniej jego fragmentu tutaj😉. Sprawdźcie sami: „Oto historia seryjnego mordercy, ale nie tylko. To także opowieść o porwanym dziecku, zemście i śmierci. Oraz o pewnym zwyczajnym domu na końcu zupełnie przeciętnej ulicy. Wszystkie te historie są prawdziwe, a jednocześnie w każdej z nich kryje się kłamstwo…” – z opisu Wydawcy.  Prawda, że brzmi intrygująco? Już sam opis Wydawcy wywołuje ciarki na plecach.

„(…) Oceniam ludzi na dwa sposoby – pod kątem tego, jak traktują zwierzęta i co lubią jeść. Jeśli czyimś ulubionym daniem jest sałatka, wiadomo, że to zły człowiek. A jeśli coś z serem, raczej jest w porządku.” – „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward.

Tak naprawdę to historia nie tylko – cytując samą autorkę, „(…) o kotce imieniem Olivia, dziewczynce imieniem Lauren i mężczyźnie imieniem Ted”. Historia, która rozpoczęła się zaginięciem sześcioletniej Lulu. Dziewczynki, której siostra Dee Dee poszukiwała przez całe jej dorosłe życie. To nawet nie historia o nieudolnych policjantach, którzy nie potrafią odnaleźć dzieci ginących w okolicy miejscowego jeziora. To historia o cierpieniu tych co odeszli i tych, co zostali. I jedno i drugie cierpienie jest niewyobrażalne. I jedno i drugie cierpienie powinno być opisane w sposób, w który zrobiła to Catriona Ward.

Oklaski należą się autorce z wielu powodów. Po pierwsze idealnie wkomponowana w gatunek i treść narracja. Czasem pierwszo, czasem trzecioosobowa. Wszystko zależy z perspektywy, które bohatera relacjonowane są wydarzenia, myśli, czyny. Sposób narracji odznaczony został rozdziałami nazwanymi poszczególnymi bohaterami. Mamy więc rozdziały zatytułowane Dee, Olivia, Lauren, Ted. Dzięki tej narracji autorka sportretowała w bardzo profesjonalny sposób porwaną dziewczynkę, krzywdzonego w dzieciństwie chłopca, szukającą siostrę, czy kotkę Olivię widzącą i czującą wszystko nawet to, czego nie potrafi zrozumieć. Po drugie bohaterowie. Idealnie rozrysowani. Mimo, że momentami wątki poszczególnych postaci bardzo mnie męczyły i utrudniały zrozumienie, to jednak wszystkie opisy splotły się w jedną, komplementarną całość. Po trzecie zaskakujące tematy poboczne. Dość, że cała fabuła utkana jest jak pajęcza sieć, gdzie nie widać ani początku, ani końca, ani tego od czego się zaczęło, ani – bardzo długo – tego jak się skończyło, to dodatkowo Ward wprowadziła bohaterów będących dodatkową zagadką, jak Bogacz, jak Pan Nocny. Po czwarte tajemnicza, nienazwana choroba o której wspomina matka jednego z bohaterów. Choroba, która pustoszy. Po piąte małomiasteczkowa amerykańska społeczność. Społeczność, w której ktoś coś widzi, coś podejrzewa, niby się interesuje, niby jest zaciekawiona, a tak naprawdę nic nie robi, nie bierze sprawy w swoje ręce. Typowo amerykańskie podejście, które piętnuje wtargnięcie do czyjegoś domu, na czyjąś posesję, do czyjegoś życia. Bez względu na okoliczności, bez względu na pozytywne skutki, które mógłby przynieść ten czyn. I po szóste, może najważniejsze, odwaga. Odwaga Catriony Ward, że w taki sposób opisała temat przewodni książki. Jestem pełna podziwu dla niej za przemyślane do samego końca wątki, które potwierdzają jak wiele pracy autorka włożyła w napisanie tej powieści. Przecież musi być niezmiernie trudno skonstruować powieść z tak różnych bohaterów, o tak trudnej, wymagających i niepokojącej fabule. A niepokoje powodują smutne nastroje, gniew, strach, niezgoda, niezrozumienie itd. Takie uczucia głównie mi towarzyszyły. Możliwe, że z tego powodu momentami książka mnie męczyła. Miałam wrażenie, że czytam ją ciężko i mozolnie.

Reasumując, „(…) zawsze dążymy do czynienia dobra. Zawsze próbujemy chronić dziecko” – „Ostatni dom na zapomnianej ulicy” Catriona Ward. Czy zawsze? Czy wszędzie? Czy tylko?

Dajcie się zaskoczyć i wciągnąć!!! Zapewniam, że takiego rozwinięcia się nie spodziewacie.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Rytuał” Greta Drawska

RYTUAŁ

Autorka: Greta Drawska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Cykl: Wanda Just i Piotr Dereń (tom 1)
Data premiery: 2020-09-02
Liczba stron: 368

Ponad tydzień temu, bo dokładnie 14 lipca br. miała premierę trzecia odsłona cyklu z Wandą Just i Piotrem Dereniem pióra Grety Drawskiej od Wydawnictwa @wydawnictwoznakpl. Wielu, którzy już przeczytali uważają, jest ona tą najlepszą. Ja jeszcze zdania nie mam, bo „Chichot” ciągle przede mną. Za to z przyjemnością prezentuję Wam recenzję pierwszego tomu serii pt. „Rytuał” autorki, która jest dla mnie wielką niewiadomą. Z krótkiej notki biograficznej dowiedziałam się, że to „Pisarka, anglistka, nauczycielka jogi, kolekcjonerka historii utraconych i ciekawych rozmów. Lubi ludzi. To oni są zawsze w centrum jej zainteresowań” (cyt. za: Greta Drawska). Czytajcie szybciutko, a dowiecie się, czy debiut Grety Drawskiej mi się spodobał i czy warto przeczytać całą serię. Tym bardziej, że książki zachwycają już samą szatą graficzną. Prawda, że mają piękne okładki?

Prokurator Wanda Just wraca do rodzinnych stron, po przyjęciu oferty pracy na stanowisku prokuratora rejonowego w Drawsku Pomorskim.  Zostawiła za sobą Poznań, a wraz z nim byłego męża. W nowym miejscu pracy czeka na nią dawny kolega ze szkoły – podkomisarz Piotr Dereń oraz rytualny mord na miejscowym stomatologu, miłym i przyjaznym wszystkim Maurycym Kalickim. Kto chciał zabić sympatycznego stomatologa i co wspólnego z jego śmiercią ma tajemnica o ukrytym skarbie sprzed trzystu lat?

Pierwsze spotkanie z Autorką i serią zaliczam do bardzo udanych. Już okoliczności śmierci ofiary są nietuzinkowe. O mordach rytualnych nie czyta się przecież codziennie. Dodatkowo wysoką ocenę uzasadnia sposób prowadzenia narracji i bohaterowie. Narracja jest trzecioosoobowa pisana z punktu widzenia różnych bohaterów. W wielu miejscach przeplatana jest opowieściami z dawnych czasów, nawet sprzed trzystu lat, gdy okoliczny majątek wraz z pałacem przechodził z rąk do rąk, a włości były grabione przez kolejnych najeźdźców. Bohaterowie nakreśleni bardzo konsekwentnie i dopieszczeni do ostatniego szczegółu. Spodobała mi się postać zarówno prokurator Wandy Just, jak i Piotra Derenia. Ona skrupulatna w prokuratorskiej robocie, on doświadczony policjant znający się na swoim fachu. Ona starająca się zagłuszyć głosy z przeszłości, on borykający się z odejściem żony. Ona i on nastawieni na odnalezienie sprawcy tak bardzo, że sami zanurzają się co chwila  w opowieściach o bóstwach chtonicznych, czy uranicznych. Wzbogacenie postaci dodatkowo problemami rodzinnymi Derenia i Just, czyni bohaterów bardziej ludzkimi, bardziej swojskimi. Okazuje się, że można być efektywnym w pracy zawodowej skrywając za sobą własne, trudne przeżycia. Przeżycia, z którymi co świt trzeba się mierzyć na nowo.

Niezwykle inspirujący dla mnie był wątek historyczny. Jak sama Autorka napisała w podziękowaniach, w „Rytuale” pragnęła „(…) posłużyć się intrygą kryminalną i przybliżyć czytelnikom ciekawą historię Pojezierza Drawskiego”. Udało się jej to pierwszorzędnie. Dzięki wprowadzonym ciekawym postaciom jak chociażby historyczki Julii Ogrodnik, profesora doktora habilitowanego Stempniewskiego, doktor Ilony Kubiak dowiedziałam się wielu interesujących faktów historycznych. Nie tylko regionalnych, lecz również wykraczających poza Pojezierze Drawskie, sięgających nawet Dzwonu Zygmunta, czy włóczni Świętego Maurycego.  Element historyczny wręcz mnie zachwycił. Dowiódł, że nie jest to książka tylko dla fanów kryminałów, fanów zagadek, pościgów i samych znaków zapytania. Nie jest to książka także tylko dla historyków, kulturoznawców, religioznawców, czy mówiąc bardziej ogólnie – humanistów. Jest to książka dla tych, którzy we współczesnej prozie szukają wielowymiarowości, nietuzinkowego połączenia. Książka, w której brawurowo Greta Drawska połączyła zbrodnię z historią jest więc warta ich uwagi.

A do tego jak ta książka jest napisana! Czyta się ją ekspresowo, język nie męczy. Słowo po słowie narracja płynie jak ulubiona piosenka. Fabuła przemyślana i niekomplikowana na siłę. Nie ma tu zwrotów akcji strona po stronie i wskazywania podejrzanego za podejrzanym, aż w końcu czytelnik zaczyna podejrzewać samego siebie. Jest tu opisana w sposób bardzo przyjemny mrówcza prokuratorsko – policyjna praca z wkładką w postaci wątków historycznych, przekazanych w bardzo przejrzysty i lekki sposób. Chyba już nic więcej pisać nie muszę? Liczę, że to co napisałam zachęci Was do sięgnięcia po tę pozycję. Naprawdę nie pożałujecie!!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Znak Literanova.