„Wybaczam ci” Remigiusz Mróz

WYBACZAM CI

Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data premiery: 2021-07-14
Liczba stron: 432

Ile ja już książek @Remigiusz Mróz przeczytałam😊. Sporo, całkiem sporo. Całą serię o Chyłce i Forście, wszystkie książki serii Parabellum i serii w Kręgach Władzy. Oczywiście nie zapomniałam o „Osiedlu Rzniw” i „W Cieniu Prawa”, był jeszcze „Hasztag” i…. No dobrze, nie będę Was zanudzać moimi osiągnięciami czytelniczymi i osiągnięciami samego Autora. Wszystko znajdziecie na moim blogu. Jednego możecie być pewni, po moim zainteresowaniu planami wydawniczymi Autora i Wydawnictwa @Czwarta Strona Kryminału widać ewidentnie, że mam słabość do publikacji tego duetu. Niewiele ponad tydzień od premiery, która miała miejsce 14 lipca br., prezentuję Wam moją opinię na temat najnowszego thrillera Remigiusza Mroza pt. „Wybaczam ci”.

A wszystko zaczęło się od słów „Wybaczam ci”. Te słowa przeczytała Ina Kobryn w wiadomości na Facebooku skierowane do swego męża Rafała. Męża, który spowodował, że jej życie nabrało sensu, a każdy dzień wydawał się jak wycięty z romantycznego serialu. Młody, przystojny, wysportowany, finansista. Do tego zakochany w niej na zabój. Chwilę później Ina dowiaduje się, że tajemnicza nadawczyni wiadomości ginie na środku placu Konstytucji w Warszawie, a jej mąż znika. Ina się nie poddaje i wraz z partnerem jej siostry, Gracjanem zaczyna na własną rękę odkrywać to, co spowodowało takie, a nie inne zachowanie Rafała. I te odkrycia w ogóle się jej nie podobają.

Uwielbiam te wstawki z innych książek autora

Zawsze się zachwycam, gdy w czytanej powieści odnajduję cienie bohaterów z innych książek Autora. Tym razem – a jakże !- Mróz wspomina pracowników kancelarii Żelażny&McVay z serii o Chyłce. No i oczywiście, samą Asieńkę.  Takie wstawki są jak wisienka na smacznym torcie. Chyłka i jej współpracownicy ze względu na swoją profesję wszak mogą być wszędzie. Szkoda z tej możliwości nie skorzystać.

Sama fabuła nie jest niczym wyjątkowym. Mróz wykorzystał motyw niewiedzy, życia w kłamstwie, odkrywania kolejnych informacji, które wszystko burzą. Burzą dotychczasowe życie. Z takim zabiegiem mamy do czynienia w przypadku życia Iny. Okazuje się, że jej mąż ukrył przed nią wiele sekretów. Okazuje się, że i ona wiele przed wszystkimi skrywała. Zaczyna się więc pościg, szaleństwo, poszukiwania i przeszukiwania. Do tego dochodzą spotkania z mężczyznami o krótkich karkach i brak szczerości z mężem. Sama Ina jako bohaterka da się lubić. Szczególnie jej relacja z Gracjanem jest wyjątkowo udana. Natomiast kompletnie nie przekonała mnie w relacji ze swoim mężem. Taka przebojowa, taka inteligentna, a nie zastanowiły jej oczywiste fakty z przeszłości, które powinny być znakiem ostrzegawczym. Ślub kościelny – tak, konkordatowy – nie. Wakacje – tak, ale tylko samochodem. Dopiero pierwsze odkryte kłamstwo, które prowadzi do kolejnego odkrycia, otwiera jej oczy. Oczy na to, co udawała że nie istnieje.

Bardzo dobrze została poprowadzona narracja. Książka składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Niektóre z nich noszą tytuły imion głównych bohaterów. Narracja jest pierwszoosobowa, raz z perspektywy Iny, raz z perspektywy Gracjana. Mróz, jako sprawny pisarz,  umiejętnie przechodzi z narracji kobiecej w męską nie tracąc na jakości. Dodatkowo narrację wzbogacają fragmenty z pamiętnika młodej dziewczyny.

Wartości książce dodają dwa wątki społeczne, z którymi – dzięki Autorowi – czytelnik musi się zmierzyć. Jeden związany jest z molestowaniem seksualnym dzieci. Drugi dotyczy amnezji psychogennej, która jest nagłym zanikiem pamięci spowodowanym silnym urazem psychicznym. Obie te kwestie dotkliwie mną wstrząsnęły i spowodowały chwilowe zatrzymanie się. Chwilową kontemplację. Zastanowienie się nad mechanizmami, które zadziałały u sprawcy, a nie zadziałały u ofiary. Próbę odpowiedzi na pytanie, gdzie w tym wszystkim są i byli rodzice, rodzeństwo. Gdzie opieka psychologiczna? Mimo, że te fragmenty niepokoją, są bez wątpienia ważnym elementem tej pozycji. Powodują emocje. Duuuużo negatywnych emocji, ale nie tylko. Chwilami nawet czułam ulgę.

Okazuje się, że nawet Wielkim zdarzają się drobne niedociągnięcia. Wielokrotnie przeczytałam zdanie: „(…) Mimo to nie potrafiłam sobie odmówić sprawdzenia w internecie dziewczyny, z którą Rafał zdradził moją siostrę.”. Kombinowałam na wszystkie sposoby. Przecież siostra to Julia, a Julii chłopak to Gracjan. Rafał to mąż Iny, która właśnie wypowiada w myślach to zdanie. Miszmasz. W końcu zrozumiałam, że na stronie dwieście osiemdziesiątej zdarzyło się małe niedopatrzenie. Ot, nic wielkiego. Wszak  „Errare humanum est, sed in errare perseverare diabolicum”, czyli „Mylić się jest rzeczą ludzką” a dalej chyba szło jakoś tak:„jednak obstawanie przy błędzie jest diabelską pomyłką”.

Z pomyłką czy bez, jest to historia niezwykle wciągająca. Jak to u Mroza bywa, tajemnica goni tajemnicę, zagadka goni zagadkę. Do tego Autor zaserwował nam trochę gangsterki, świata ogromnych finansów i wietnamskiej kuchni. Koniec, no cóż. Zostawił z jednej strony niedopowiedzenie, z drugiej nadzieję, że jeszcze spotkam się z Iną i Gracjanem. Ta para – dla mnie – okazała się najbardziej udana.

Zaliczam tę książkę do „nieodkładalnych”. Pochłonęłam ją w jeden wieczór, a to jest chyba najlepsza zachęta do jej przeczytania. Polecam!!!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Podszept” Jacek Łukawski

PODSZEPT

Autor: Jacek Łukawski

Wydawnictwo: Czwarta Strona

Cykl: Krąg Painera (tom 2)

Data premiery: 2021-06-16

Liczba stron: 427

Puk, puk! Są tu jacyś książkoholicy? Mam nadzieję, że w ten wakacyjny czas paru jeszcze zostało. Ciągle złaknionych informacji na temat świeżo przeczytanych książek. Publikowanie własnej opinii dla siebie samej jest, delikatnie mówiąc, słabe😉. Przed Wami recenzja premiery od Wydawnictwo @czwartastrona z 16 czerwca. Już w samej zapowiedzi napisałam, że „Podszept” @Jacek Łukawski – profil autorski od @Czwarta Strona Kryminału jest drugim tomem cyklu „Krąg Painera”. Natomiast pierwszy tom „Odmęt”  bardzo mi się podobał.  Jeśli nie czytaliście jeszcze niczego tego autora przypomnę, że jest to twórca lubujący się w gatunku fantastyki, z wykształcenia grafik komputerowy. Ma już sporo książek na swoim koncie, więc mamy w czym wybierać. Z dużym zainteresowaniem przeczytałam jego pierwszy kryminał i liczyłam, że „Podszept” również mi się spodoba.

Influencerzy powinni umierać online, w porze wysokiej oglądalności, lajkowani do samego końca” – „Podszept”  Jacek Łukawski

Wiem, wiem wybrałam najprostsze rozwiązanie cytując z książki pierwsze zdanie. Cóż poradzę jeśli trafiło w mój gust tak, że zlekceważyłam wszystkie inne, które również sobie zaznaczyłam jako trafne. Zdanie to oddaje współczesność naszych czasów. Tą zdolność do podglądania innych i fascynację wszystkimi streamami na żywo. Fascynację przeze mnie całkowicie niezrozumiałą. Po przeczytaniu książki mam pewność, że i prokurator Arkadiusz Painer  nie do końca rozumie tego oczarowania. To jednak nie przeszkadzało mu wgryźć się w morderstwo na wizji młodej kieleckiej influencerki. Painer wspierany przez aspiranta Dariusza Kryńskiego i Dorotę Kowalską oprócz mierzenia się z mordercą, mierzy się z zainteresowaniem mediów społecznościowych, technologicznym światem i algorytmami, o których nie ma pojęcia. Mimo ogromnego zaangażowania całego zespołu śledczego giną kolejne młode osoby. Chorą grę mordercy dodatkowo komplikują naciski „z góry”. Jednym z podejrzanych okazuje się bowiem syn wpływowego mężczyzny, którego znają prawie wszyscy, a pozostałą część zna on sam. Czy Painer  uchodzący „(…) za specjalistę od najgorszych spraw”, prokurator, którego „(…) skuteczność była ważniejsza od ekscentryzmu” poradzi sobie w tym wirtualnym świecie? Wirtualnym świecie, w którym zdarzają się prawdziwe zbrodnie.

Uwielbiam współczesne polskie kryminały

Tak, zdecydowanie. Zasadniczo lubimy to, co jest nam znane. Opisy miast, miasteczek, humor, nawiązania do przeszłości, do peerelowskiej rzeczywistości, nawet korpo-polityczny świat jest nam bliższy. Do tego te swojsko brzmiące nazwy, imiona, nazwiska. Nawet zachowania prokuratora i policyjnej grupy śledczej brzmią tak swojsko. Ta swojskość i kolejne spotkanie z bohaterami poznanymi w poprzedniej książce serii „Odmęt” przyczyniła się do tak wysokiej oceny książki. Na ocenę złożył się również ciekawy wątek kryminalny, morderstwa na streamie przedstawionego w sposób „Teatralnie brutalny i pobudzający wyobraźnię, niepozostawiający nikogo obojętnym”, dobrze skrojeni bohaterowie, nawet poboczni, te wszystkie front i back-endy, developerzy, DevOpsy, testerzy i fullstacki oraz sprawnie rozrysowana fabuła i ciekawe dialogi.

Na moją ocenę nie wpłynęła negatywnie nawet drobna nieścisłość z dwustudziestiątej strony.  W trakcie przesłuchania Bugajskiego, sam przesłuchiwany sugeruje, że jeden z podejrzanych może „(…) znów dogadał się z Bugajskim”. Ach Bugajski, Kwiatkowski, wszystkie nazwiska speców komputerowych brzmią podobnie. Chyba, że ja nie wyłapałam ukrytego przesłania i wcale Autor nie chciał w tym miejscu wspomnieć Kwiatkowskiego. Jak to mówią, „na dwoje babka wróżyła”.

Całość składa się z kolejno ponumerowanych rozdziałów, w skład których wchodzą krótkie podrozdziały prowadzone w narracji trzecioosobowej, naprzemiennie z punktu widzenia różnych bohaterów. Odnajdziemy w książce perspektywę prokuratora Arkadiusza Painera, policjantów Dariusza Kryńskiego i Doroty Kowalskiej oraz jednego z podejrzanych i samego mordercy. Ta wielość narracji wpływa bardzo pozytywnie na styl książki i jej odbiór. Nie zdążyłam się nią po prostu znudzić!

Dla mnie „Podszept”  to znakomity kryminał. Bardzo podoba mi się postać prokuratora Painera, przypomina mi trochę Kojaka. Jego metody śledcze, traktowanie współpracowników, zaduma, uzasadniona powolność w działaniu i wyciąganiu wniosków, a także sposób przesłuchiwania. Zachwyciłam się w sposobie formułowania hipotez śledczych, dla mnie wypadły wręcz mistrzowsko. Udany jest również wątek prywatny Kowalskiej i Kryńskiego. Mimo wspólnej przeszłości potrafią ze sobą współpracować. Sama Dorota Kowalska jako główna kobieca bohaterka nadal mi się podoba. Taka Dośka. Podoba mi się jej wyczucie chwili, poczucie humoru, cięty język i naturalna, unikatowa, ale jakże delikatna gburowatość. To taka Dośka, która boi się odsłonić swój chroniący ją przed światem pancerz. Przecież, złożone, nietypowe postaci są zawsze gwarantem dobrej prozy.

Jednym słowem jestem zdecydowanie NA TAK.  Po kolejną kontynuację sięgnę na pewno w pierwszej kolejności. W moim odczuciu druga część jest bowiem jeszcze lepsza od poprzedniej. Przy trzeciej możliwe, że zachwytom nie będzie końca.  

A tym, którzy jeszcze nie czytali najnowszej książki Jacka Łukawskiego „Podszept”  gorąco polecam lekturę.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki współpracy z Wydawnictwem Czwarta Strona.

„Znaleziona” Gytha Lodge

ZNALEZIONA

Autorka: Gytha Lodge

Wydawnictwo: W.A.B.

Cykl: DCI Jonah Sheens (tom 1)

Data premiery: 2021-07-14

Data premiery światowej: 2019-01-10

Liczba stron: 432

Na początek parę faktów😊. „Znaleziona”, która premierę miała 14 lipca br. to pierwsza książka @GythaLodge – dramatopisarki mieszkającej w Cambridge – opublikowana w Polsce. Jest również jej debiutem literackim i pierwszą książką z cyklu o nadkomisarzu Jonahu Sheens. Światowe premiery miały już dwie kolejne części. Już przebieram nogami czekając gdy @Wydawnictwo W.A.B., szczęśliwie dla nas czytelników, je wyda😉.

Przed rozpoczęciem czytania powieści nieznanego autora, zawsze czuję lekki dreszczyk emocji. Czy tym razem doświadczyłam „efektu rogów”, czy „efektu aureoli”? Czy znajomość z nowym śledczym w nowej literackiej serii zaczęła się obiecująco? Pięć dni po polskiej premierze przeczytałam już wiele pozytywnych opinii. Mam nadzieję, że ciekawi Was czy je podzielam. Zapraszam więc do przeczytania przygotowanej specjalnie dla Was recenzji „Znalezionej” Gythy Lodge. 

(….) Jak można się cieszyć rozkoszą bez cierpienia? (…) Gdyby rozkosz nie była ulotna, stałaby się normą, prawda? Czymś zwyczajnym. A wtedy od razu zrobiłaby się nudna. Rozczarowująca. Nieistotna.” Znaleziona” Gytha Lodge

Dawno, dawno temu na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku grupka nastolatków wybrała się na biwak. Otaczała ich piękna przyroda, chłodziła rzeka, przeszkadzała wysoka temperatura. Z niedogodnościami, jak i frustracjami radzili sobie używając wspomagaczy. Całkowicie nieodpowiednich dla kilkunastolatków. Dla Topaz, Coralie, Jojo, Connora, Aurory, Bretta, czy Daniela. To wtedy zaginęła czternastoletnia Aurora, której ciało przypadkowa rodzina odnalazła trzydzieści lat później. Sprawą zajmuje się Nadkomisarz Jonah Sheens z konstabl Hanson. Na nowo wszczęte śledztwo od początku napotyka wiele trudności. Pamięć zatarła pewne okoliczności i sytuacje. Nikt z ówczesnych uczestników biwaku nie jest już niczego pewien. Sam Sheens jest osobiście związany ze sprawą. Wiele lat temu znał uczestników biwaku. Biwaku, wokół którego ktoś jeszcze się kręcił. Do tego wychodzi na jaw podejrzenie korupcji sprzed trzydziestu lat i celowe zmylenie psów tropiących użytych w przeszłości do odnalezienia Aurory. Czy tajemnice lata osiemdziesiątego trzeciego ujrzą światło dzienne?

Konstrukcja książki pomaga czytelnikom zanurzyć się w wydarzenia sprzed trzydziestu lat. Bieżąca fabuła przeplatana jest rozdziałami z lata 1983, rozdziałami zatytułowanymi imionami uczestników, z których perspektywy czytamy o tym, co działo się na biwaku. Ten sposób zobrazowania historii potwierdza jak wiele zależy od punktu widzenia, jak wiele szczegółów było nieznanych innym biwakowiczom i jakie wydarzenia spowodowały powstanie wspólnego sekretu. Mówiąc słowami autorki, „(…) jeden człowiek tak naprawdę jest wieloma osobami” i każdy z nas chce coś przed kimś ukryć.  Gytha Lodge oprócz wątków typowo policyjnego śledztwa wzbogaciła fabułę historiami z życia tych, którzy z biwaku wrócili. Jedni żyją w świetle jupiterów, są osiągającymi sukcesy politykami, inni zdobywają sukcesy sportowe. Jeszcze inni pozostali „głową w chmurach” i nadal przeciwstawiają się uciskom, niesprawiedliwości, walczą z podziałami malując graffiti na ścianach. Bez względu jednak na to jaką drogę wybrali, tajemnica z przeszłości i odnalezienie ciała Aurory splata ich losy na nowo, spaja jak agrafka.

Trochę praca Sheensa i Hanson kojarzy mi się z kryminałami skandynawskimi. Sam sposób prowadzenia akcji i działań śledczych przywodzi na myśl skandynawskie pióro. Bez wątpienia „Znaleziona” to nie typowy brytyjski kryminał. Nie ma w nim zbyt długich opisów, ciągłych zwrotów do przeszłości, rozmieniania każdego słowa, gestu, ruchu, wyrazu twarzy na drobne. Tym Autorka mnie bardzo zaskoczyła. Tą wartkością akcji. Mimo, że fabułę przeplatają retrospekcje nie znużyły mnie odnośniki do przeszłości, do tego co się wydarzyło. W wielu miejscach brak jakichkolwiek tropów. Śledztwo na różnym etapie przywodzi na myśl innego podejrzanego. Autorka myli czytelnika, kluczy. To powoduje, że czyta się jednym tchem i trudno od książki się oderwać. To wielka umiejętność uknuć intrygę kryminalną wokół jednego zdarzenia, bez innych, kryminalnych, trudnych i pasjonujących wątków. To dowodzi, że cała fabuła została dobrze przemyślana od początku do końca. Ciekawa jestem, czy kolejne dwie części serii będę czytała tak samo z zapartym tchem.

Mówią, że „młodość ma swoje prawa”. To prawda. Młodym wybaczamy wiele. Tolerujemy przygody z alkoholem, niezobowiązującym seksem, czy próby z narkotykami. Wybaczamy słabości, błędy, zagubienie. Jak w tym wszystkim odnaleźć winnego? Kogo obarczyć odpowiedzialnością za tragedię? Miałam z tym problem. Do samego końca. Spróbujcie i Wy rozwikłać tą zagadkę, co stało się z Aurorą. 

Moja ocena: 7/10

Książkę otrzymałam od Wydawnictwo: W.A.B., za co bardzo dziękuję.

„Bieszczady. Dla tych, którzy lubią chodzić własnymi drogami” Adrian Markowski

BIESZCZADY. DLA TYCH, KTÓRZY LUBIĄ CHODZIĆ WŁASNYMI DROGAMI

Autor: Adrian Markowski

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Data premiery: 2021-05-06

Liczba stron: 244

Najpierw otrzymałam od Wydawnictwa @Proszynski książkę Adriana Markowskiego „Bieszczady. Dla tych, którzy lubią chodzić własnymi drogami”, a potem, no cóż, postanowiłam pochodzić własnymi drogami i wybrałam się w………… Bieszczady😉. Ani wycieczki, ani czasu spędzonego nad książką nie żałuję. Bieszczady to cud natury, niepokorne lasy i wysokie szczyty z cudownymi widokami. Książka, która premierę miała 6 maja br., jest za to wycieczką, wycieczką z bardzo wytrawnym bieszczadzkim przewodnikiem, wycieczką bez wychodzenia z domu. Uwielbiam odkrywać to co nieznane, to co nowe. Nie lubię siedzieć w domu, w jednym miejscu, czy to dosłownie, czy w przenośni. Zerknijcie na recenzję, czy też nie chcielibyście wyruszyć. Wyruszyć, gdzie zielono, gdzie niespokojna historia, gdzie dzika i niebezpieczna przyroda, gdzie gęsty las i bieszczadzkie zakapiory tworzą jedyną w swoim rodzaju atmosferę. Zerknijcie na recenzję i dajcie znać, czy chcielibyście tam teraz być?

Trudna historia, ciekawe historie, niezwykłe tradycje, zapierająca dech przyroda

Adrian Markowski dokonał czegoś niemożliwego. Zabrał mnie w Bieszczady, zachęcił do podróży i odwiedzenia ich w rzeczywistości. Nie może być lepszej zachęty do przeczytania książki, jak fakt, że czytelnik podążył za słowami autora, za jego głosem. Nie mogło być jednak inaczej. Czytając stykamy się z przewodnikiem i reportażem jednocześnie. Ciekawe historie, wątki wzbogacane są trudną historią tamtejszego regionu, ścieraniem się dwóch kultur, dwóch religii. Autor wplata w swą opowieść interesujące anegdoty i udowadnia, że czytanie o wierzeniach i codzienności, która już odeszła jest bardzo interesujące, bardzo kształcące. Chwilami Markowski obrazuje zmiany, jakie zaszły wśród społeczności, wśród bieszczadzkiego ludu. Pokazuje, czy wszystkie krzywdy zostały przepracowane, a niesnaski zażegnane. I tłumaczy. Tłumaczy wielu. Tłumaczy współczesnych i tłumaczy współczesnym, jak cierpliwy nauczyciel. Jak gość z sercem w Bieszczadach, z sercem i duszą przy ziemi, przy zielonej, bieszczadzkiej trawie. Tłumaczy ówczesnych i uzasadnia ich decyzje, czyny, tarcia. Daje do myślenia czytelnikowi, oj daje.

To lektura napisana z ogromną pasją, emocjami i zaangażowaniem. Nie znam autora i nie mam pojęcia ile jej czasu poświęcił. Podejrzewam jednak, że tak jak Bieszczady stały się sensem jego życia, tak i ta książka, mimo, że ma niespełna 250 stron, była celem samym w sobie. Celem, by zatrzymać coś, co może odejść kiedyś na zawsze. Odejść wraz z tymi, którzy jeszcze teraz pamiętają i czują, i pragną. Panie  Adrianie muszę napisać, że cel Pan osiągnął. W tak krótkiej książce zawarł Pan wszystko to, za czym tęsknią współcześni i co współcześni powinni odkryć, by zobaczyć świat, nawet ten bliski, trochę z innej strony.

Bieszczady mnie zachwyciły. Zachwyciła mnie też ta książka. Sprawdźcie, czy tak jak ja, po jej przeczytaniu wyruszycie na bieszczadzkie szlaki i bieszczadzkie wsie.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała w ramach współpracy z Wydawnictwem Prószyński i S-ka.

„Niegrzeczne last minute” Katarzyna Bester, Ewelina Dobosz , Gabriela Gargaś, Paulina Jurga, Paulina Klepacz, Anna Langner, Alek Rogoziński, Sonia Rosa, Emilia Szelest, Magdalena Witkiewicz

NIEGRZECZNE LAST MINUTE

Autorzy: Katarzyna Bester, Ewelina Dobosz , Gabriela Gargaś, Paulina Jurga, Paulina Klepacz, Anna Langner, Alek Rogoziński, Sonia Rosa, Emilia Szelest, Magdalena Witkiewicz

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Data premiery: 2021-06-16

Liczba stron: 384

Na tą pozycję czekałam z utęsknieniem, od czasu do czasu sprawdzając status przesyłki z „Niegrzecznym last minute” od @wydawnictwo kobiece, które swoją premierę miało 16 czerwca. Nie ukrywam głównie z powodu dwóch autorów😉. Ciekawiło mnie niemiłosiernie, co w tym zacnym gronie robi @Alek Rogoziński, jedyny mężczyzna, który dopiero co wydał swoją 20 książkę „Czerwono mi”. Czyżby tanie „porno dla znudzonych gospodyń domowych” – cytując samego Autora – w wykonaniu Pana Alka ? Sami przyznajcie, nie mogłam się nie oprzeć. Dużą zagadką w tej formie i w tej niegrzecznej antologii stanowiła dla mnie @Magdalena Witkiewicz Official, której „Srebrną łyżeczkę” szukali czytelnicy w Gdyni,  Gdańsku i Sopocie. Niektórzy szukali i znaleźli. Z niektórymi pozostałymi autorami opowiadań też już wcześniej się spotkałam, ale w tym przypadku ich udział w antologii uznałam za oczywisty😊. Warto wspomnieć chociażby o recenzowanej przeze mnie @Ewelina Dobosz – strona autorska, @Anna Langner – strona autorska, czy @Emilia Szelest – Strona Autorska. Niektórzy autorzy byli dla mnie zagadką. Mieszanka wybuchowa i wiele znaków zapytania. Jak to grono poradziło sobie z myślą przewodnią antologii ?

„Niegrzeczne last minute” – nie takie niegrzeczne!

I to mi się podobało. To zbiór bardzo różnych opowiadań, o różnej tematyce, różnym stopniu trudności, różnej temperaturze. Takie wakacyjne, urozmaicone last minute. W opowiadaniach odnalazłam dowcip, romans, egzotykę, spokój, melancholię, sielskość, historię Kopciuszka i nawet tajemniczość.

Bardzo podobało mi się opowiadanie @Paulina Jurga – strona autorska „Wyspa tajemnic”, autorki, której nie znałam. Autorki, która zachwyciła mnie niezwykłością i tajemniczością zawartą w swej narracji. To taka ogromna niespodzianka, która skończyła się dla mnie pozytywnie.

Alek Rogoziński w „Niech to zostanie między nami” jak zwykle, jak to już mu się w przeszłości zdarzyło nie raz, zachwycił mnie postacią, tym razem postacią babci. Uwielbiam te panie wykonaniu Rogozińskiego. Te wszystkie babcie, teściowe, autorki powieści, domorosłe i bałwochwalcze prywatne detektywki, czy chociażby celebrytki, tak przez autora zgrabnie opisywane. Chyba nigdy mi się nie znudzi spojrzenie tego Autora na kobiecość, na kobiety wokół nas.

Totalnie zaskoczyła mnie Magdalena Witkiewicz swoim „Pokojem 107″. Czytałam sporo książek Autorki, więc wiem na co ją stać. Już nawet nie pamiętam jakie miałam oczekiwania, co do opowiadania Witkiewicz, wiem za to, że ta krótka forma jest pełna szaleństwa i niezwykłości. Dodatkowo dość pikantnie zobrazowana. Lubicie historie osadzone w zamkniętych pokojach?

Moje pragnienie dojrzalszego spojrzenia na temat przewodni zaspokoiła całkowicie @Gabriela Gargaś. Opowiadanie i jego sama autorka były dla mnie niespodzianką. W „Wakacjach od życia” znalazłam uwagę, zastanowienie, moment zadumy. Przecież wakacje i lato to nie tylko uniesienia, radość, taniec, romantyczne spacery po plaży czy piękne, opalone ciała!

Podsumowując tą antologię musze napisać, że ze względu na jej różnorodność jest idealna dla wielu z nas. Jest całkowicie niejednorodna, zaskakująca i pokazuje różne podejście do tematu przewodniego topowych polskich autorów powieści. Niektóre napisane z prawdziwym smakiem, inne bardziej szalone i pikantne. Cóż nam jednak potrzeba w te letnie ranki, parne dni i burzowe wieczory? Odpoczynku. A odpoczywać z książką możecie wszędzie, na leżaku, na kajaku, na łódce, na górskim szlaku i na plaży.

Nic mi nie pozostaje jak tylko zacytować z opisu Wydawcy: „Nie zapomnij wrzucić ich do walizki!”.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość okrycia wielu lubianych przeze mnie autorów w krótszej formie bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

„Mamy morderstwo w Mikołajkach” Marta Matyszczak

MAMY MORDERSTWO W MIKOŁAJKACH

Autorka: Marta Matyszczak

Wydawnictwo: Dolnośląskie

Cykl: Kryminał z pazurem (tom 1)

Data premiery: 2021-06-16

Liczba stron: 304

Nie doczekałam się na mój egzemplarz, nie doczekałam. Musiałam wesprzeć się więc publikacją książki w wersji elektronicznej na Legimi. Na szczęście słowo pisane, to słowo pisane takie samo w wersji elektronicznej, jak i papierowej. Tylko, tego zapachu brak….

Zacznę z „grubej rury” jak to mówią, od razu oceną i to nie byle jaką, bo dość krytyczną. Co mi się nie podobało w pierwszej książce nowej serii rozpoczętej przez @Marta Matyszczak? To, że miała ona tylko 304 strony😉! Tym się jednak charakteryzuje styl autorki. Zwięzły, konkretny i bez zbędnych ozdobników. Czym się różni kotka Burbur z nowej serii od psa Gucia z książek serii Kryminał pod psem? Tego musicie dowiedzieć się sami. Zapraszam na recenzję książki „Mamy morderstwo w Mikołajkach”, która premierę dzięki nakładowi @Wydawnictwo Dolnośląskie miała 16 czerwca br.

Krótko o fabule

Tym razem autorka zabiera nas do Mikołajek. W pięknym domu nad samym jeziorem mieszka rodzina Ginterów. Ona, Rozalia jest lokalną weterynarz. On, Paweł vel Pawełek jest komendantem miejskiej policji. One to siostry – bliźniaczki, młode Ginterówny Hanna i Helena. Jest jeszcze Hubert, o którym bardzo długo niewiele wiadomo. Ważne byście wiedzieli, że Hubert jest synem Ginterów. Obok Ginterów jak elektrony poruszają się inni bohaterowie, bardziej lub mniej sympatyczni. Jest i teściowa, typowo stereotypowa teściowa. Jest i sąsiadka, typowo stereotypowa sąsiadka. Jest i lokalny gangster. Nie! Tu nie ma żadnego stereotypu, wszak to prawdziwy gangster z yorkiem Pusią.

Życie mieszkańców zaburza morderstwo i to nie byle jakie morderstwo. Po pierwsze to morderstwo w Mikołajkach. Pięknym, uroczym, turystycznym miasteczku, gdzie przestępstw jak na lekarstwo, wręcz jak na naparstek. Po drugie to morderstwo na niebyle kim. Niecnym morderczym czynem życie stracił lokalny przedsiębiorca, znany i szanowany hotelarz. To morderstwo interesuje wszystkich. I sąsiadów, i policję, i cały mikołajkowski zwierzyniec. Smaczku samemu śledztwu dodaje tajemnica. Tajemnica Rozalii, która wyłania się z dalszych stron powieści. Czy ma coś wspólnego ze zgonem Adama Maniukiewicza?

Burbur versus Gucio

Nie mogłam nie zacząć inaczej. Dla mnie samej to dziwne, że czytając o Burburze ciągle porównywałam ją z Guciem. Przecież tu kot, tam pies. Przecież tu cztery łapy, tam trzy. Przecież tu kobieta, tam mężczyzna. Przecież tu… i tak mogłabym różnice mnożyć do upadłego. Ta różnorodność dość mnie zaskoczyła, oczywiście in plus dla Autorki. To duża zręczność, rozpocząć kolejną serię ze zwierzęcym bohaterem w tle i stworzyć postać zgoła inną. Owszem przekonaną o swojej wyjątkowości, czym jest podobna do Gucia, ale mimo wszystko inną. Agresywną w relacjach z ludźmi, nawet domownikami. Traktującą swoich „człowieków” jak niewolników. Zakochaną na zabój w Pawle Ginterze i żywo konkurującą o jego uczucia z jego własną żoną. Ciekawi mnie ile w tej Burbur, prawdziwej kotki autorki. Hm…  Jeśli jest na wskroś prawdziwa, to Marta Matyszczak musi mieć trudne życie we własnym domu. Oj trudne.

A teraz całkiem na serio. Gdybym miała podsumować jednym zdaniem przeczytaną książkę napisałabym: Inteligentny kryminał z prawdziwym pazurem.

Wyjątkowości narracji, która skupiona jest na Rozalii są fragmenty z pamiętniczka Burbura. Celne riposty, trafne spostrzeżenia otaczającego ją świata. Świata ludzi i świata zwierząt. Niektóre anegdoty czytałam z uśmiechem na ustach, a niektóre wręcz podśmiechując się w głos.

Bardzo podobała mi się sceneria, odwzorowanie mazurskiej atmosfery i mazurskiego klimatu. Czasem kiczowatego okrapianego lokalnym alkoholem, umilanego żeglarskimi szantami. Czyż nie stuprocentowe odwzorowanie? Dodatkowo atmosferę Matyszczak podgrzała odzwierciedlając polsko – niemieckie nastroje. Całkiem na poważnie opisała wątek wysiedleń po II wojnie światowej, utraty niemieckich majątków. Mimo, że dialogi okraszone zostały specyficznym, matyszczakowym humorem, momentami z dodatkiem śląskiej groteski, problem został opisany bardzo dobrze. Czy odzyskać, czy zostawić? Czy zawalczyć, czy poddać się?

Autorka potrafiła zaciekawić mnie maksymalnie. Najpierw nie mogłam się doczekać wątku z synem Ginterów Hubertem. Z utęsknieniem czekałam, kiedy o nim przeczytam trochę więcej. Gdzieniegdzie tylko wspomnienie, nienachalnie wspomniane imię, zdawkowo wspomniana choroba.  Później osiągnęłam szczyty zniecierpliwienia, kiedy nie mogłam doczekać się na rozstrzygnięcie tajemnicy. Tajemnicy, która ściąga Rozalii sen z powiek i nie pozwala jej być szczęśliwą do końca.

To nowa jakość. Nowa seria i nowe życie. Życie literackich bohaterów z energiczną i zadufaną w sobie kotką. Nigdy bym nie uwierzyła, że Gucia może mi jakiś inny zwierz zastąpić. Zastąpić w roli zwierzęcego narratora, niekoniecznie detektywa. Wydawać by się mogło, że tylko Gucio ma ten humor, ten swoisty pogląd na otaczający go świat, te unikatowe spojrzenie na to, co go otacza. Nic bardziej mylnego. Burbur jako postać literacka nadaje się tak samo dobrze, jak sam Jaśnie Pan Gucio.  Wszak duch Gucia pobrzmiewa w książce.

Uwielbiam książki, które jednocześnie bawią, z drugiej zaś strony podejmują liczne społeczne kwestie, roztrząsają liczne problemy. Marta Matyszczak potrafi o sprawach ważnych, trudnych pisać z przymrużeniem oka. Robi to wyśmienicie. Czytanie jej książek, to dla mnie jak jedzenie najpyszniejszego deseru. Deseru po którym pozostaje cudowne uczucie. Uczucie właściwie spędzonego czasu. Uczucie zaspokojenia. Czy Gucio, czy Burbur? Po „Mamy morderstwo w Mikołajkach” wiem, że to nie ma znaczenia. Zrozumiałam też, że to nie Gucio jest największą wartością serii Kryminału pod psem (wiem, wiem, przepraszam Guciuniu, Guciaczku, Guciusiu). To Autorka. Po prostu Martę Matyszczak czyta się tak samo świetnie z psem, czy kotem u boku !!!

Moja ocena: 8/10

Recenzja dzięki wydaniu  Wydawnictwa Dolnośląskiego

„Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji” Sean Hepburn Ferrer

AUDREY HEPBURN. UOSOBIENIE ELEGANCJI

Autor: Sean Hepburn Ferrer

Wydawnictwo: Albatros

Data premiery: 2020-08-28

Data 1. wyd. pol.: 2005-01-01

Liczba stron: 253

Pamiętacie moją niedawną recenzję „Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu” od @WydawnictwoAlbatros, recenzję fantazji Robert Matzena na temat wojennych losów Audrey Hepburn? Fakt, nie była zbyt przychylna, ale mam nadzieję, że nie zraziłam Was do czytania o ciekawych osobistościach😉. Ja Audrey Hepburn po prostu uwielbiam. To klasa sama w sobie. Z chęcią sięgnęłam więc do publikacji tego samego Wydawnictwa sprzed prawie roku, by osobiście sprawdzić, czy „Audrey Hepburn. Uosobienie elegancji” Seana Hepburn Ferrera zaspokoi mój głód ciekawości i ukoi moją fascynację nietuzinkową kobietą. Kobietą na miarę wszechczasów.

„Słynna aktorka, ikona kina, jako matka, żona i córka” – z opisu Wydawcy.

Czy matka chciałaby, by jej osobisty portret stworzył jej własny syn? O tym myślałam zaczynając czytać. Przecież w relacjach rodzinnych wiele jest nieporozumień, wiele wypowiedzianych słów, nie przeżytych właściwie wspólnych chwil i dużo zmarnowanego czasu. Czasem dochodzi do tego zwykła, ludzka niechęć i niedopasowanie charakterów. Nie wiem, czy Audrey Hepburn chciałaby by jej syn opisał ją w subiektywnej biografii. Nie wiem. Wiem tylko, że to ćwiczenie się udało😊.

Sean Hepburn Ferrer stworzył w swej książce obraz kobiety niezwykłej. Kobiety tak nietuzinkowej, jak nietuzinkowy był jej wizerunek sceniczny stworzony kilkadziesiąt lat temu. To nie historia o kinie, o jego cieniach i blaskach. W książce nie znajdziecie interesujących smaczków, o których swego czasu huczało w prasie lub wręcz przeciwnie, o których nikt wtenczas nie wiedział, nikt nie mówił. Znajdziecie za to emocje, znajdziecie miłość i mocno nacechowany emocjonalnie prywatny pamiętny, który jakiś mądry wydawca zdecydował się opublikować. Jako czytelnik uwielbiam książki pisane bardziej sercem niż piórem. Książki, które nie powstają na potrzeby wydawnictw, a na potrzeby własnego człowieczeństwa. Tak jakby autor miał zaraz umrzeć, jeśli nie przeleje na wydawniczy papier to, o czym śni, o czym pamięta, co nie daje mu spokoju. Wspomnienia syna aktorki zostały wzbogacone zdjęciami, urywkami wywiadów i cytatami. To wszystko spaja się w całość, a tak wydana książka jest kompletna. Nie napiszę, o czym możecie przeczytać. Treść w książkach jest przecież najbardziej interesująca. Napiszę tylko, że warto po nią sięgnąć, jeśli uwielbiacie tego Anioła kina XX wieku (ależ brzmi poważnie!) i  kochacie czytać osobiste relacje. Jeśli dodatkowo lubicie odczuwać emocje, emocje autora, to ta książka jest na pewno dla Was. 

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Kwartet aleksandryjski. Mountolive” Lawrence Durrell

KWARTET ALEKSANDRYJSKI. MOUNTOLIVE

Autor: Lawrence Durrell

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Cykl: Kwartet aleksandryjski (tom 3)

Data premiery w tym wydaniu: 2020-02-04

Data 1. wyd. pol.: 1974-06-01

Liczba stron: 390

Pewnie się zastanawiacie, czy już mnie nie znudził ten eksperyment literacki. Otóż nie. Niby jedna historia, niby ci sami bohaterowie, ten sam autor, ale jednak inne książki. Inne historie, inne punkty widzenia, inne tło fabularne i inne zakończenia. Po recenzjach Justyny i Balthazara przyszedł czas na recenzję trzeciej części cyklu „Kwartet aleksandryjski. Mountolive” autorstwa Lawrence Durrell wydanej przez @zyskiska. Czy odnalazłam i w tej części ten sam duszny klimat, gorącą atmosferę i egipskie zapachy?

Człowiek towarzyski zdążył aż nadto dojrzeć, nim człowiek wewnętrzny zaczął dorastać”. „Kwartet aleksandryjski. Mountolive” Lawrence Durrell

Tym razem Lawrence Durrell skupił się na relacjach pomiędzy przyjaciółmi, braćmi, rodzicami, małżonkami. Nie jest to historia miłosna oparta na pragnieniach i oczekiwaniach kochanków, czasem jakże różnych. To historia o dojrzewaniu i dorastaniu. Historia Nessima z okresu przed Justyną oraz jego brata Naruza. Historia ich matki z romansu z młodym, aspirującym do stanowiska ambasadora angielskim dyplomatą Mountolive.  Historia sprzed sześćdziesięciu lat, ciągle aktualna, ciągle inspirująca, ciągle zaciekawiająca. Historia inna, niż poprzednie.

Mimo, że temat przewodni to „(…) plątanina sprzecznych intryg i mylących manewrów” i w tej części odnalazłam egipski klimat z barwnymi opisami gościnności u egipskiego szejka, opisami codzienności z jej zapachami, napojami, potrawami, ceremoniami życia i śmierci, która jest klamrą „Kwartetu aleksandryjskiego. Mountolive”. Zaciekawiły mnie poruszone wątki poboczne takie jak: tradycja i sposób opieki nad małymi dziećmi przez piastunki, prawa mniejszości, tarcia między muzułmanami i chrześcijanami  – Koptami, stosunek Egipcjan do Żydów, czy niechęć do brytyjskiej władzy i zawiedziona braterska miłość. Jedyny miłosny wątek został tym razem sprowadzony do kwestii mniej istotnej. Chociaż autor opisał go z niezwykłą delikatnością i tylko sobie właściwym wyczuciem. W opisywaniu miłości skomplikowanej, nieoczywistej, Durell jest wszak mistrzem. Nawet jeśli jest ona nieszczęśliwa, czyta się o niej w skupieniu, z nostalgią.

To wyjątkowa odsłona cyklu. W tej części cyklu Lawrence Durrell nie powielił narracji pierwszoosobowej. Narrator jest trzecioosobowy i to całkowicie zmienia odbiór powieści. Mimo, że podtytuł wskazuje na Davida Mountolive’a tak naprawdę inne zagadnienia są od niego ważniejsze, nawet inni bohaterowie.  Mountolive jest tylko osią czasu wokół której toczą się historie, ważne polityczne wydarzenia z radykalizującymi się ruchami koptyjskimi i arabskim w tle. To w tej części autor najbardziej rozbudował wątki społeczno – polityczne i opisał trawiące ówczesny świat niepokoje, troski i stereotypy.

Pomimo smutnego zakończenia, wielu niepowodzeń i zakrętów w życiu bohaterów książki uważam tą część za najbardziej ciekawą. Łączy ona wszystkie poprzednie części cyklu zapewniając czytelnikowi świeżość i nowy kierunek w obserwowaniu miłości autora do Egiptu i Aleksandrii. Przyznaję, że ta część podoba mi się najbardziej. To na nowo odkryty Kwartet aleksandryjski, aż sama nie wiem, co będę czuła w trakcie czytania ostatniej części „Kwartet aleksandryjski. Clea”.

Lubicie podróżować? Ja bardzooooooo, chociaż w Egipcie jeszcze nie byłam, a w takim sprzed kilkudziesięciu lat tym bardziej. Mówią, że „podróże kształcą”. To pewne. Kształcą też książki, wymagające książki, które karmią czytelnika smakami, zapachami, emocjami, nietuzinkowymi  okolicznościami i głębokimi wydarzeniami. Taką książką jest właśnie „Kwartet aleksandryjski. Mountolive”. Takim cyklem jest cykl aleksandryjski. Czytajcie i zanurzajcie się w podroż za horyzont, ten czasowy i ten geograficzny.

Miłej lektury!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu” Robert Matzen

AUDREY HEPBURN. TANCERKA RUCHU OPORU

Autor: Robert Matzen

Wydawnictwo: Albatros

Data premiery : 2020-10-28

Liczba stron: 408

„Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu” autorstwa Roberta Matzena to – jak napisał Wydawca – solidna publikacja o „(…) młodości w ogarniętej wojną Holandii” z perspektywy losów Audrey Hepburn. Książka zawiera „nieznane fakty na temat jej rodziny”, gdzie część była „(…) zatajana nawet przez FBI”. Z opisu Wydawcy wynika, że „Hepburn pomagała działaczom ruchu oporu, pracowała jako wolontariuszka w szpitalu, przeżyła bitwę o Arnhem i prawie umarła z głodu w czasie ostatniej wojennej zimy”. Żyła „(…) ze świadomością, że jej ojciec był nazistowskim szpiegiem, a matka wspierała Hitlera przez pierwsze dwa lata okupacji”.

Obiecałam sobie kiedyś, że jak tylko znajdę chwilkę czasu wracam do książek, których recenzje jeszcze nie znalazły się tutaj, gdzie ich miejsce. Niektóre z nich przeczytałam, lecz notatki, cytaty nie przekułam na czas w treść mojej opinii. Niektóre z nich czytam dopiero teraz. Tak jest z premierą z 28 października 2020 od @WydawnictwoAlbatros, która już samą okładką zachęciła mnie do przeczytania. Czy można przejść obojętnie obok tej kobiety? Tej nieziemskiej istoty o wyjątkowej, ponadczasowej urodzie? Nie sądzę.

„Ciekawość to pierwszy stopień do piekła”

Tak mówi przysłowie, ale dzięki tej ciekawości sięgam do książek, które zwykle omijam szerokim łukiem. Do takich zaliczają się sfabularyzowane biografie, nawet jeśli dotyczą bardzo ciekawych postaci. Opis Wydawcy był tak interesujący, że nie mogłam się oprzeć i skusiłam się na tą książkę. Muszę przyznać, że trochę się zawiodłam. Audrey Hepburn w tej publikacji było jak najmniej. Okładkę nie powinna zdobić jej postać lecz raczej zdjęcie wojennej Holandii i bitwy o Arnhem. Przeszkadzał mi chaotyczny styl autora, który nie uniemożliwiał mi stworzenie sobie w głowie obrazu głównej postaci, nie pozwalał ulokować Hepburn w fabule i opisywanych wydarzeniach. To raczej historia o wojennej zawierusze z jej ciemnymi stronami, niż o trudnych początkach dorosłego życia jednej z najciekawszych aktorek w historii. Nie w takim celu sięgałam po tą książkę. Nie po to kartkowałam ją strona po stronie czekając na szukając interesujących kąsków z życia Audrey Hepburn. Mimo, że poruszone wojenne zagadnienia bardzo mnie poruszyły, jak zwykle bywa w przypadku książek o tej tematyce, nie zaliczam lektury do udanej. Nie mogę jej z czystym sercem polecić fanom historii wojennej, ani do końca sympatykom Audrey Hepburn. Chyba to książka dla czytelnika, który nie jest ukierunkowany w danym momencie na żadną kategorią, który lubi improwizować i zdobywać nowe czytelnicze szczyty. Jeśli szukacie książki trochę z wojną i aktorstwem w tle, to sięgajcie po „Audrey Hepburn. Tancerka ruchu oporu”. 

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Dziewczyna w drugim rzędzie” Aurelia Blancard

DZIEWCZYNA W DRUGIM RZĘDZIE

Autorka: Aurelia Blancard

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Data premiery: 2021-06-29

Liczba stron: 376

Niech nie zmyli Was obcobrzmiące imię i nazwisko autorki😉. @BlancardAurelia jest polską emigrantką, notabene urodzoną na Śląsku  piszącą kryminały we francuskich klimatach. Czytaliście „Uściski”, jej pierwszą powieść, której bohaterką jest Lidia? Ja nie miałam przyjemności, ale po przeczytaniu premiery z 29 czerwca chętnie nadrobię. „Dziewczyna w drugim rzędzie” jest propozycją wydawniczą od @zyskiska, w której tajemnica z przeszłości kładzie się cieniem na sielankowe życie Lidii i Vincenta.

Nikt nie lubi być drugim, a już naprawdę nikt nie lubi zawsze być tym drugim. Stanie w drugim rzędzie też nie jest przyjemne, niby z przodu, a jakby z tyłu. Zawsze za kimś, zawsze w ogonie, zawsze z zasłoniętym widokiem.

Taką „drugorzędówką” zawsze była Cathy, paryska dziennikarka „Nowej Kroniki”. Niezauważalna, zabezpieczająca tyły. Od czasu do czasu ta z pierwszego rzędu odwracała się w jej stronę i… no w czasie gimnazjum nie było przyjemnie, zrozumie ten kto był kiedyś nastolatką. Tylko, że dziewczynom z pierwszego rzędu też czasem się nie udaje być całe życie na piedestale. Przekonuje się o tym Samantha, mężatka, która traci życie wskutek morderstwa. Kto chciał zabić pogodną, empatyczną, sympatyczną i inteligentną młodą kobietę? Komu zależało, by Samantha zamilkła na zawsze? Musi się tego dowiedzieć Cathy, która wraca do swego rodzinnego miasta by odkryć w dziennikarskim śledztwie tajemnice swojej szkolnej koleżanki.

Dziennikarskie śledztwo

Uwielbiam w kryminałach wątek dziennikarskiego śledztwa. Dziennikarze wszystko mogą. Ktoś wyrzuci ich drzwiami wejdą oknem. Nie obowiązują ich śledcze techniki, sposoby, przepisy. Zwykle dochodzą do prawdy szybciej wykorzystując półlegalne lub nawet nielegalne metody. Tego dziennikarskiego śledztwa w powieści mi zabrakło. Jak napisałam na wstępie Autorka kreśli fabuły w delikatnym, francuskim stylu. Wszystko musi mieć swój czas, swoją porę. Nawet sceneria musi się zgadzać i pogoda być odpowiednia, by obraz został dopełniony w całości. Cathy kompletnie nie nadaje się na śledczą. Momentami denerwowała mnie jej niezdarność, niezdecydowanie, obiekcje. Mieć wątpliwości w pracy dziennikarskiej to ogromna zaleta, ale żeby aż takie by nie napisać słowa!!! Kompletnie mnie do siebie Cathy w roli dziennikarki nie przekonała. Krążyła wokół osób znających ofiarę z przeszłości jak samotny elektron odbijając się od jednej informacji do drugiej, ale nie próbując złapać i zatrzymać na dłużej żadnej. Taka bardziej znajoma z przeszłości, pytająca o wszystko, po prostu nad wyraz ciekawska.

Lubię polskość w akcji toczącej się za granicami naszego kraju, nawet jeśli został wpleciony w fabułę jakby od niechcenia. Wątek Polki – Lidii oraz Antoniego, syna Polki oceniam za bardzo udany. Cudownie czytało się o polskich specjałach, polskich kolędach i kołysankach. O tym poszukiwaniu polskości na obcej ziemi. Autorka lubi jednak skomplikować nawet z pozoru prostą relację. Chwilami czułam dreszczyk emocji zastanawiając się co robi ciężarna tłumaczka ze starszym Pół-Polakiem na spacerach w lesie. Kołatały mi się pytania: po co tam idzie, czego tam szukają i co tam zostanie znalezione? Antoni ze strony na stronę robił się coraz bardziej zaborczy, jakby Blancard chciała udowodnić, że nie każdy starszy pan jest godny zaufania, bo „nie wszystko złoto co się świeci”.

Tak naprawdę bohaterki są dwie; to Cathy i Lidia. Każda z nich miała do odegrania ważną rolę. Cathy miała za zadanie zdemaskować idealną Samanthę, którą rodzice chronili „(…) przed wszystkim, a zwłaszcza przed nią samą”. Samanthę, która „(…) miała w sobie siłę. Siłę destrukcyjną, która niszczyła ludzi wokół niej”. Lidia spokojnie dotrwać do rozwiązania, błogo żyjąc u boku męża w wynajętym od przyjaciela z przeszłości domku na francuskim przedmieściu, w wolnej chwili pracując jako polska tłumaczka. I jedna, i druga dowiaduje się, że pamięć bywa zawodna, a losy przyjaciół nie zawsze są takie, jakie nam się wydawały. Tłuste gołębie również nie trzepoczą nad głowami bez przyczyny, a staruszek spacerujący po lesie jest jednak czymś niezwykłym.

Zakończenie mnie zawiodło. Nie będę ukrywać. Tyle wątków pobocznych, tyle tajemnic i pytań wokół których kluczyła Cathy i Lidia, nie zostało dopowiedzianych. Ciekawa postaci Vincenta, Manuela nie zostały wykorzystane w pełni. Nie zrozumiałam w ogóle roli matki mordercy. Nie wyłapałam bezpośredniej przyczyny zabójstwa Samanthy. Chyba, że to celowy zabieg literacki. Pozostawić tyle pytań czytelnikowi w głowie, wzbudzić niedosyt, by z utęsknieniem czekał na następną część, na kontynuację. Wszak o Lidii piórem Aurelii Blancard czytamy po raz drugi.

To książka o tym, że chyba nikt nie chciałby mieć znowu czternastu lat. Być wyśmiewanym, szykanowanym ze względu na wygląd, na trudniejszą sytuację materialną, za słabości i na błędy własnych rodziców, na które dzieci nigdy nie mają żadnego wpływu. To książka o tym, że często chroniąc najbliższych tworzymy złudne, nieprawdziwe obrazy, które nie mają żadnego związku z rzeczywistością. Tym samym oszukujemy i siebie, i innych. Tak często, że chwilami zaczynamy być przeświadczeni o ich prawdziwości. To książka o kłamstwach i niedopowiedzeniach między najbliższymi, nawet pomiędzy małżonkami. To książka wreszcie o przyjaźni, o zwieraniu szyków,  nawet po latach, przeciwko jednemu wspólnemu wrogowi. Przeciwko temu, kto tak naprawdę częściej krzywdził, niż pomagał.

Powieść oceniam pozytywnie mimo, że w kilku miejscach nie spełniła moich oczekiwań. Napisana jest bardzo dobrym stylem. Czyta się ją szybko, mimo niespiesznej, typowo francuskiej fabuły.  Duży plus za ładnie odwzorowaną scenerię miejsca, chrupkość i smak prawdziwej francuskiej bagietki. Z utęsknieniem wyglądam już kolejnej książki autorki. Muszę sprawdzić, czy faktycznie miało znaczenie ułożenie fotela kierowcy w samochodzie oraz rozmiar śladów buta na miejscu zbrodni. Możliwe, że te pytania nie pojawiły się w powieści bez przyczyny.

Lubicie nieoczywiste rozwiązania zagadek kryminalnych? Sprawdźcie, czy to Wam się spodoba i pamiętajcie proszę, że „Dziewczyna w drugim rzędzie” to powieść inspirowana prawdziwymi zdarzeniami”.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.