„Wśród gwiazd” Brandon Sanderson

WŚRÓD GWIAZD

  • Autor: BRANDON SANDERSON
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Cykl: SKYWARD (tom 2)
  • Liczba stron: 550
  • Data premiery: 17.08.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 14.04.2020r.
  • Data premiery światowej: 26.11.2019r.

17 sierpnia br. premierę miała druga część cyklu „Skyward”. Dzięki Wydawnictwu @Zysk i S-ka mogłam zanurzyć się w kontynuację powieści „Do gwiazd” z gatunku do którego sięgam niezwykle rzadko. Tak😊. „Wśród gwiazd” Brandona Sandersona to książka fantasy, science fiction w najlepszym wydaniu. Ci co czytali pierwszą część – ja do nich nie należę 😉 – twierdzą, że „Wśród gwiazd”, utrzymał na szczęście poziom części pierwszej i okazał się równie fenomenalny”.

Spensa spełniła swoje marzenie od dzieciństwa i została pilotem. W trakcie różnych misji poznała prawdę o swoim ojcu, którego od wielu lat uważała za niezwykłego bohatera. Dzielnego żołnierza, do którego chciała się od zawsze upodobnić. Teraz nadszedł czas, że musi zmagać się z informacjami o jego tchórzostwie, o jego dezercji. Zaczyna obawiać się o swoją przyszłość. Prawda, którą odkryła po przedostaniu się za pierścień fortów broniących planetę zaczyna jej ciążyć. Pociąga ją do bitwy o ocalenie ludzkości. Skłania ją do podróży na koniec galaktyki, z której nie wiadomo,  czy powróci żywa.

Książki tego gatunku to zwykle nie moja bajka. Piszę zwykle, bo okazuje się, że młodzieżowe science fiction może nawet mi się podobać, o ile jest dobrze napisane. Mój syn podziela moją opinię, mimo, że dzieli nas prawie pokolenie😉. Tak jak ja, zwrócił uwagę na oryginalną, wciągającą fabułę. Zachwycił się wyrazistymi bohaterami, do których również zaliczyliśmy wspólnie sztuczną inteligencję. We mnie dodatkowo książka wzbudziła emocje, do których aż dziwnie mi się jest przyznać w tym gatunku. Duży niepokój, niezgodę, zniecierpliwienie, czasem wręcz niechęć. Do tego ogromną sympatię do głównej bohaterki. Młodej, gniewnej, niejednokrotnie pyskatej. Spensa jest bardzo wyrazistą postacią. Ją się albo lubi, albo wręcz nienawidzi. Mi idealnie wpasowała się w moje gusta. Uwielbiam takie silne, zdecydowane postaci kobiece, o których nie wstydzę się czytać.  

Pióro Sandersona jest bardzo przyjemne. Idealne dla młodszego czytelnika. Książkę czyta się bardzo szybko, akcja dzieje się warto i zdecydowanie. Nie ma w książce miejsca na długie opisy, liczne wątki poboczne, w których czytelnik może się pogubić. To powieść, w której wiele się dzieje. Tak dużo, że czytelnik nie może się nudzić. Sam wątek córki – ojca został bardzo dobrze rozpisany. I starszy, i młodszy czytelnik – oczywiście nie wiekiem, a doświadczeniem czytelniczym 😉 – odnajdzie w nim aspekt, który doceni. Książka zaciekawia również licznymi opisami obcych cywilizacji i powietrznych walk myśliwców. Nasuwa mi sagę „Gwiezdnych wojen”. Zachęcam byście sprawdzili, czy Wam również.

Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Nie bój się” Lisa Gardner

NIE BÓJ SIĘ

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: Detektyw D.D. Warren. TOM 7
  • Liczba stron: 478
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 17.06.2015r.

Proszę, Harry, tylko nie dziecko.” -„Nie bój się” Lisa Gardner.

Co czuje dziecko słysząc te słowa. Nawet jeśli do końca nie rozumie, co się dzieje lub co ma się zdarzyć, zaczyna odczuwać lęk i napięcie. Tym trudniej, gdy słyszy to we własnym domu ukrywając się we własnej szafie. Tym straszniej, gdy słyszy to z ust własnej matki.

Trudne emocje wyzwoliła we mnie lektura siódmej części serii z detektyw sierżant D.D. Warren pt. „Nie bój się” pióra Lisy Gardner. Książka wydana 24 sierpnia br. nakładem @WydawnictwoAlbatros okazała się kolejną dobrą częścią serii w iście amerykańskim stylu klasycznego kryminału detektywistycznego. I znów, analogicznie jak w przypadku poprzedniego tomu („Złap mnie”), historia kryje w sobie mrok skrzywdzonego dziecko, który nie radząc sobie z traumą wszedł w dorosłość.

A wszystko zaczyna się od morderstwa atrakcyjnej kobiety. Morderca zostawił na miejscu zbrodni nieotwarty szampan, kieliszki, różę, kajdanki i ofiarę, obdartą ze skóry. Gdy osobiście zderzył się z D.D. Warren podjął decyzję, że zmierzy się z „(…) najlepszą śledczą w Bostonie. Pojedynek równych sobie, zmagania tęgich umysłów.” Współpracownicy detektyw Warren wiedzieli zaś, że „(…) chociaż zetknęli się z czymś takim po raz pierwszy, zabójstwo o tak silnie zaakcentowanym rytualnym charakterze prawdopodobnie stanowiło dopiero zapowiedź kolejnych.” W śledztwo zostaje wplątana psychiatra Adeline Glen pomagająca D.D. Warren uporać się z traumą bolesnego upadku w trakcie wizji lokalnej na miejscu pierwszej zbrodni. Adeline, której biologiczna siostra odsiaduje dożywocie od trzydziestu lat za zabicie dwunastoletniego kolegi, Donniego Johnsona, a jej własny ojciec nie żyje od lat czterdziestu po zamordowaniu kilku prostytutek. Adeline cierpiąca na rzadką chorobę i stygmatyzowana przez genetykę i patologiczne społeczne uwarunkowania. Czy i tym razem znajdzie zastosowanie zasada Lekarzu lecz się sam?

Seria z detektyw D.D. Warren Lisy Gardner ma zawsze swoje miejsce w moich planach czytelniczych. Jest gwarancją pewnej jakości, do której przywykłam. Takie cechy wspólne wszystkich części, jak silne postaci kobiecie – nie tylko w osobie głównej bohaterki, wątek przemocy względem dzieci, trudne doświadczenia z dzieciństwa i wysublimowane zbrodnie, pozwalają utrzymać stały, dobry poziom kolejnych publikacji mimo zmieniającej się, dojrzewającej Warren. W tej części, składającej się z prologu, epilogu i czterdziestu jeden rozdziałów, wątki poboczne związane z życiem prywatnym D.D. zeszły na dalszy plan, chociaż jej partner Alex został dołączony do działań śledczych. W „Nie bój się” ogromne znaczenie odegrały relacje docelowych ofiar z mordercą, a tym samym penetrowanie otoczenia przez śledczych, wszystkich mających związek z rodziną mordercy, który czterdzieści lat temu zasłynął ze skórowania swoich ofiar. Tym razem również Lisa Gardner zastosowała podwójną narrację. W rozdziałach, w których uwaga czytelnika zwrócona jest w stronę poczynań śledczych, zdarzenia relacjonuje narrator trzecioosobowy, obiektywny obserwator, który wszystko wie i wszystko widzi. Pewnego smaczku dodają rozdziały napisane z perspektywy doktor Glen. Z zaciekawieniem czytałam o jej bardzo rzadkiej genetycznej chorobie, jej poczynaniach i doświadczeniach w rodzinie zastępczej oraz działaniami skierowanymi do rodzonej siostry. Już po przeczytaniu dwóch rozdziałów z doktor Glen wiedziałam, że postać ta stanowi obietnicę ciekawej kryminalnej rozgrywki, w której diagnozy psychiatryczne i interesujące mechanizmy rządzone zaburzonymi osobliwościami tworzą kolory kalejdoskop, stworzony tylko by go podziwiać.

Zdecydowanie bardzo dobra część cyklu. Jak zwykle w Podziękowaniach autorka oddała cześć wszystkim, którzy wsparli ją w pisarskiej pracy i służyli jej fachową wiedzą. To codzienność w przypadku Gardner nie przysparzać sobie zasług, które do niej nie należą. Do tego osobisty stosunek do rozwijanej w kryminale treści, zawsze mnie skłania do przeczytania ostatniej części książki. Ciekawi mnie, co skłoniło Gardner do tego by zająć się tym tematem lub nadać ofierze, mordercy lub innemu bohaterowi taką lub inną cechę. W przypadku „Nie bój się” moja ciekawość została zaspokojona😉.

Szczerze zachęcam Was do przeczytania tą dobrą detektywistyczną powieść kryminalną, w której z wyjątkowo inteligentnym oprawcą rozpoczyna zażartą walkę detektyw sierżant D. D. Warren i jej koledzy po fachu. A Adeline i Shana… cóż, trudno stwierdzić, czy pomagają, czy przeszkadzają😊. Zadanie polegające na rozwianiu tej wątpliwości należy się czytelnikowi. Miłej lektury.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Śmierci ulotny woal” Ryszard Ćwirlej

ŚMIERCI ULOTNY WOAL

  • Autor: RYSZARD ĆWIRLEJ
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Seria: ANTONI FISCHER. TOM 7
  • Liczba stron: 472
  • Data premiery: 29.06.2022r.

Ależ długo szła do mnie od Wydawnictwa @Czwarta Strona premiera z 29 czerwca br. autorstwa @cwirlejryszard zatytułowana „Śmierci ulotny woal” ! Praktycznie dwa miesiące😊. Wreszcie z końcem sierpnia odebrałam przesyłkę, w której znalazłam siódmy tom serii z komisarzem Antonem Fischerem. Co więcej, w gatunku kryminału retro. Jednego z moich ulubionych. Jest to książka Ćwirleja całkowicie inna od serii z Anetą Nowak („Naga prawda”, „Jedyne wyjście”) i mojego ukochanego „Niebiańskiego osiedla”. To cykl, którego wcześniej nie czytałam (jak to się stało? ☹), a który ma za sobą sporo świetnych części. Wszystko do nadrobienia. Wszystko do nadrobienia….

Medium to jedno, czyli sprawa podstawowa (…) ale najważniejsza jest silna więź. Chodzi o to, że ciało eteryczne, czyli nasz duch, musi przybyć na miejsce, z którymś coś je łączy.” -„Śmierci ulotny woal” Ryszard Ćwirlej.

Wszystko zaczyna się od seansu ezoterycznego w zacnym poznańskim domu hrabiny Elizy Kossobudzkiej w dniu 19 kwietnia 1930 roku. W spotkaniu bierze udział kilkudziesięciu znamienitych gości, z czego wyjątkowo dumna jest gospodyni. Medium to sam Teofil Modrzejewski. O mistrzu ceremonii nie wspomnę. Mecenas, wicekonsul z małżonką i tak dalej. I…wszystko też się na nim kończy. W międzyczasie ginie od śmiertelnego ciosu bagnetem stróż kamienicy Pan Otton Hildebrand. Komisarz Anton Fischer wraz ze swoimi współpracownikami nie potrafi znaleźć motywu zbrodni. Niewiele później najpierw znika, a później zostaje znaleziony martwy wicekonsul Albrecht von Pieskow, który odegrał znaczną rolę we wspomnianym seansie spirytystycznych. Co łączy te obie śmierci?

Kryminały retro mają specyficzny klimat. Trup nie ścieli się gęsto, praca detektywistyczna polega na przepytywaniu, poszukiwaniu świadków zdarzenia, wtaczaniu się w tłum, przebieraniu się. Do tego ten przepiękny zapomniany język, sformułowania, które już dawno wyszły z użytku, a których w przypadku tej serii jest sporo. Cudownie brzmi fryżyder, zamiast lodówka, a takich przykładów mogłabym mnożyć. Ćwirlej poszedł o krok dalej. Oprócz archaicznego języka wykorzystał licznie gwarę poznańską, dzięki czemu dowiedziałam się czym są ślepe ryby, juchty, a także szuszwole. Wielokrotnie zastępczo policjantów nazywa szkiełami i to nie tylko w dialogach innych bohaterów, lecz także w prowadzonej narracji. Specyfikę lat trzydziestych na nowo odzyskanych ziemiach przyległych do Polski, Autor wprowadził do narracji dzięki niemieckim sformułowaniom. Język ten przewija się przez całą powieść i to nie tylko, jak często bywa w przypadku innych powieści, w odniesieniu do niemieckich nazw wojskowych i policyjnych stopni. Tą zaburzoną polsko – niemieckość Ćwirlej przedstawił z różnych perspektyw, co dodatkowo zwiększa wartość dydaktyczno – sensacyjną powieści. W warstwie patriotycznej idealnie przedstawił rozterki typu; kto Polak, kto Niemiec. Odniósł się do niemieckiego pochodzenia, niemieckich imion i nazwisk, które nie determinują niemieckości, lecz czasem polskość i odwrotnie. Odniesienie do indywidualnych relacji pomiędzy Polakami, a Niemcami tracącymi swoje ziemie, czytelnik znajdzie w wielu miejscach. Czy to w zachowaniu polskich policjantów do niemieckich świadków, czy to w relacji kuzynów Antona z Alfredem Fischerem. Socjologiczny obszar świetnie został rozrysowany w ujęciu polsko – niemieckich nazw. Raz Ćwirlej umiejscawia akcję w Poznaniu, raz w Posen. Innym razem szajka lokalnych złodziejaszków jedzie na akcję do Szczecina, a raz do Stettina. A sam Fischer to raz Antoni, a raz Anton.

W powieści mnóstwo jest odniesień do sytuacji politycznej kraju w ówczesnym czasie. Dialogi przeplatają się ciekawymi spostrzeżeniami. Niemiecki major twierdzi przykładowo; „Na szczęście w naszej armii Polaków już nie ma (…) Gdyż powiem panom, że połowa naszych nieszczęść po tym, jak wbito nam nóż w plecy i ci cholerni socjaliści poddali naszą zwycięską armię, wzięła się stąd, że było u nas tylu ukrytych komunistów i Polaków”. Sam Antoni Fischer w odniesieniu do niemieckich partyzantów uważa, że „(…) wojna domowa, jaka toczyła się na ulicach Poznania, ma głęboki sens, bo miasto było ważnym elementem tworzącej się właśnie polskiej układanki. Ale warto było zrobić wszystko, by przelało się jak najmniej krwi po jednej i po drugiej stronie.” Ten obszar trudnej polsko – niemieckiej historii został przez Ryszarda Ćwirleja spenetrowany bardzo dobrze, tym samym czyniąc kryminał jeszcze ciekawszy.

Stosunek do specyfiki czasów czytelnik nie znajdzie tylko w trudnej sytuacji polityczno – społecznej kraju, lecz także w przedstawionych relacjach socjologicznych. Z uśmiechem na ustach czytałam takie stereotypowe sformułowania jak; „(…) wdowa jako słaba kobieta może ulegać silnym wzruszeniom, odbierającym siły i władzę w członkach.” 😊. Bynajmniej nie mając pretensji do Autora i nie oskarżając go o szowinizm. Gdyby nie to, odczuwałabym pewnie dyskomfort w nierealności przedstawionych opinii i spostrzeżeń. Do tego charakterystyka bohaterów. Oj, ale się ubawiłam. W wielu miejscach Ćwirlej bawi się opisami z czytelnikiem wprowadzając go w dobry nastrój, mimo poważnej tematyki powieści. Mogłam tylko się uśmiechnąć czytając o mężczyźnie, który był „(…) równie szczupły, o twarzy pospolitej, bez wdzięku i jakby pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu.” O facecie podobnym do nikogo nie wspomnę, który przewijał się w rozpytaniach policjantów.

Mimo, że główny wątek dotyczy dwóch morderstw z pozoru nie powiązanych ze sobą ofiar, to Autor świetnie rozpisał bohaterów pobocznych podążając za ich losem. Historie uzupełnione od niechcenia sprawiają, że książka jest jeszcze ciekawsza, bo opowieści te są nie od parady. Z uważnością czytałam o miłości Kryśki do swego męża – Tolka, podrzędnego złodziejaszka, który porwał ją z klasztoru. Osoba mecenasa, sąsiada zmarłego wicekonsula stanowiła ciekawe urozmaicenie, a jego zacięcie detektywistyczne i pomysł na trójstronną dyplomatyczną komisję potwierdzają pomysłowość Autora. Wątki romansowo – erotyczne i osoby dwóch wywiadowców policyjnych, Olkiewicza i Okonia to kolejny obszar, w który zaczytywałam się z zadowoleniem.

Niesamowita powieść z wieloma warstwami urozmaicającymi z pozoru zwykły kryminał retro. Dobra zabawa i ciekawa przygoda z klasycznymi zagadkami kryminalnymi rozwiązywanymi z prawidłami gatunku. Nic tylko czytać. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przed premierą bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery

ANNE Z REDMONDU

  • Autorka: LUCY MAUD MONTGOMERY
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Cykl: ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA (tom 3)
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1930r.
  • Data premiery światowej: 1915r.

Ani Shirley wierna jestem od dziecka😊. Tak samo jak wierna jestem Wydawnictwu @wydawnictwomarginesy, które z uporem maniaka przedstawia współczesnej publiczności światowe dzieła w odświeżonym, bliższym oryginałom tłumaczeniu. Mimo początkowego szoku od razu przyzwyczajam się do tej nowoczesnej, bardziej wiernej translacji. Jeszcze bardziej wysławiając to czytane przeze mnie dzieło.

Dwie części rudowłosej już nie – Ani i nadal nie – Kordelii za mną. O „Anne z Zielonych Szczytów” przeczytacie TU, a „Anne z Avonlea” przybliżyłam Wam w recenzji opublikowanej TUTAJ. Teraz  kolej na lekturę „Anne z Redmondu” Lucy Maud Montgomery również w tłumaczeniu odważnej, przeciwstawiającej się konwenansom i stuletniej tradycji Anny Bańkowskiej, która debiutowała 24 sierpnia br. Sprawdzicie sami, jak tym razem wypadło tłumaczenie?  

Anne będąc pełnoletnią młodą dorosłą wyrusza na  studia do Redmond College w Kingsport.  Odczuwa niezmierną tęsknotę za Marillą oraz bliźniętami, Dorą i Davy’m Keithów, które Marilla przygarnęła po śmierci swojej dalekiej krewnej. Nauka daje się jej we znaki. Poświęca każdą chwilę, by efektywnie wykorzystać poświęcony jej czas i zdobyć upragnione wykształcenie. Ciężka praca nie chroni jej jednak przed zawirowaniami serca. Billy Andrews, Charlie Sloane, Roy Gardner i Gilbert Blythe stawiają Anne w trudnej sytuacji. Nowe przyjaźnie z  Priscillą Grant i Philippą Gordon – współlokatorkami w Ustroniu Patty – pomagają Anne przetrwać rozłąkę z domem rodzinnym i zaznać przyjacielskiego ciepła.  

Kompletnie nie wiedziałam, że Redmond to miejscowość, w której Anne się uczyła by zostać nauczycielką. Ale jestem wytłumaczona, pewnie jak większość czytelniczek, gdyż ja Anne znam jako „Anię na uniwersytecie”😉. Sama Lucy Maud Montgomery nadała książce tytuł „Anne of Redmond”, lecz został on zmieniony przez wydawcę na „Anne of the Island” i oficjalnie tak brzmiał angielski tytuł tej części. Co ciekawe pierwsze polskie tłumaczenie brzmiało „Ania z Wyspy” (1930, przekład Andrzeja Magórskiego). Dopiero rok później Polska usłyszała o „Ani na Uniwersytecie” (1931, przekład Janiny Zawiszy-Krasuckiej).

Redmond College okazał się jednak ciekawym miejscem, nie tylko dla tytułowej Anne, lecz także dla mnie jako nałogowej fanki serii. Na szczęście głównej bohaterki nie opuszcza optymistyczne podejście do życia, bogata fantazja. Jej delikatne szaleństwo, odwaga i spryt dodają Anne tylko uroku. To taki rudzielec, którego nie da się nie lubić.

W trakcie czytania poddałam się mechanizmowi, który zaobserwowałam u siebie dawno temu, gdy po raz pierwszy czytałam powieści o Anne. Kolejna część okazała się dla mnie mniej interesująca, mniej zaskakująca, mniej ciekawa. Lucy Maud Montgomery stworzyła postać dojrzalszej Anne, która ze względu na swój wiek straciła trochę z dziecięcego uroku. Książka wraz z kolejną częścią staje się bardziej poważniejsza. Ponad pięcioletni odstęp pomiędzy kolejnymi częściami dał się i bohaterce, i autorce we znaki. Tym bardziej, że nie był to dla Montgomery czas stracony. W międzyczasie bowiem napisała i wydała powieść o Kilmenie, a także dwa tomy „Historynki”.

Z uważnością jednak czytałam „Anne z Redmondu” rozkoszując się nowoczesnym językiem, użyciem oryginalnych, niespolszczonych imion głównych bohaterów (oj, nadal nie potrafię pokojarzyć, kto jest kto😊) i szukając różnic, które po tak długim czasie od przeczytania „Ani na Uniwersytecie” nie są dla mnie bardzo oczywiste, jak się pierwotnie spodziewałam.

To część sagi, która od przeszło stu lat rozbudza wyobraźnię młodych czytelniczek. Książka jest nadal o wygranym życiu, chudej, rudej sierotki, która u Cuthbertów  zawitała całkowicie przez przypadek, a która znalazła u nich prawdziwy, kochający dom. To seria z happy endem, którego czasem brakuje nam w rzeczywistym życiu.

Fani Ani/Anne łączcie się!!! Udanej lektury.

Moja ocena: 7/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co serdecznie dziękuję.

„Nieznajoma z Sekwany” Guillaume Musso

NIEZNAJOMA Z SEKWANY

  • Autor: GUILLAUME MUSSO
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 10.08.2022r.
  • Data premiery światowej: 21.09.2021r.

„(…) Dla wielu artystów pisanie jest sposobem na życie (…) Fikcja ma tę cudowną zaletę, ze potrafi na chwilę oderwać nas od rzeczywistości”. – Guillaume Musso „Nieznajoma z Sekwany”.

To pewnie dlatego tak często sięgam, praktycznie w każdej wolnej chwili do książek😊.

Wracając do Guillaume’a Musso to efekty jego prac nie są już dla mnie niespodzianką. Po przeczytaniu ostatnich dwóch: „Sekretne życie pisarzy” (recenzja na klik) i „Zabawa w chowanego” (recenzja na klik) oczekuję zwięzłych, krótkich powieści napisanych w sposób metodyczny, z zachowaniem francuskiego, męskiego szyku. „Nieznajoma z Sekwany” darowana mi przez @WydawnictwoAlbatros premierę miała prawie miesiąc temu. Z opinii na LC wynika, że nie każdemu przypadła do gustu😉. Ja się nie zrażam. Wszak nie od dziś wiadomo, że źle napisane książki to tylko te, które nie zostały wydane. Pozostałe mogą bardziej lub mniej wpadać w gust czytelników.

Komisarz Roxane zdegradowana do stanowiska w Agencji do spraw Niekonwencjonalnych zaczyna interesować się śledztwem prowadzonym przez swego poprzednika, Marca Batailley’a, który zaciekawił się zmarłą sprzed rokiem w katastrofie lotniczej pianistce Milenie Bergman i jej związkiem z Błaznami Dionizosa. W osnutej ciekawą sławą wieżyczce, z wiernym kotem u boku i stażystką Valentine, Roxane zaczyna fascynować się historią tragicznej śmierci, jak i wyłowionej z Sekwany nagiej kobiety nie podającej swoich personaliów, ale genetycznie zbieżnej ze zmarłą Bergman. Drogi śledztwa prowadzą Roxane w różne miejsca i do różnych osób. Czy syn Marca, Raphaël pomoże czy wręcz przeszkodzi w policyjnych działaniach?

Gdyby nie pewne logiczne i stylistyczne nieścisłości książkę czytałoby mi się znacznie lepiej. Czy coś Wam tu nie pasuje ?

„- Skąd dzwonił ten mężczyzna?
 – Przeważnie wszyscy dzwonią pod numer osiemnaście….”
Prawda? Pewnie od razu to wyłapaliście😉. Pytanie było skąd dzwoniono, ale fikcyjny rozmówca uparcie twierdzi, że : „Facet dzwonił bezpośrednio… (…) Musiał znaleźć numer w internecie….” i tak dalej….

Logicznie niespójne, fabularnie niespinające się. Takie wydawnicze nieścisłości bardziej mnie drażnią, niż literówki.

Urzekła mnie za to formuła książki. Składa się z trzech zatytułowanych części i łącznie siedemnastu zatytułowanych rozdziałów. Na początku każdego z nich czytelnik znajduje cytat autorstwa sławnych pisarzy, malarzy, artystów. Cytaty wprowadzają czytelnika w nastrój danego fragmentu, w którym zaczyna się rozczytywać. Wtrącone wycinki z gazet, czy screen shoty z fikcyjnego smatrfona, jak również świadectwa oględzin lekarskich i tym podobne nadały tej publikacji ciekawego charakteru przekraczające granice między dokumentem a fikcją. Do tego narracja. Trzecioosobowa w odniesieniu do poczynań Roxane, pierwszoosobowa z perspektywy Marca i Raphaëla. O ile w przypadku Roxane Musso skupił się na jej detektywistycznej pracy, o tyle Marc i Raphaël to postaci skrzywdzone przez los, naznaczone do końca życia przez błąd jednej osoby i śmierć drugiej, niewinnej w strasznych warunkach. A jakich, to sami będziecie musieli się dowiedzieć czytając. Ta osobista, relacyjna narracja jest bardzo dobrze napisana. Wczułam się w emocje, działania obu mężczyzn. Rozumiałam je w mig, w przeciwieństwie do zachowania i słów Roxane, które nie do końca mi pasowały do postaci. Czas akcji również zasługuje na uwzględnienie. To dosłownie kilka dni przed i w trakcie Bożego Narodzenia, czasu magicznego, czasu przebaczenia i czasu świętowania. To świętowanie nabiera szczególnego znaczenia w aspekcie podjętego tematu mitologii greckiej. I nagle wszystko zaczęło się układać w kolejną zbrodnię….

Lubię styl Guillaume’a Musso. Nie są to książki wymagające i niepokojące mnie, mimo, że mistycyzm, zagadka, nadprzyrodzone moce są autorowi nieobce. Jest to typowa literatura rozrywkowa, którą Musso uprawia na fali zainteresowania kryminałami, thrillerami i horrorami. Czasem warto do takich publikacji sięgnąć. Chociażby po to, by zobaczyć jak tym razem zareagujemy na nową powieść. Tym razem fabuła zawiera dodatkowy smaczek, o którym wspomina Wydawca w swym opisie. Autor odniósł się do rzeczywistej zagadki, jaką stanowiła nieznajoma młoda kobieta wyłowiona z Sekwany ponad sto pięćdziesiąt lat temu. A zagadki rozpalające wyobraźnię idealnie wpasowują się w sensację😊.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Ze złości” Katarzyna Bonda

ZE ZŁOŚCI

  • Autorka: KATARZYNA BONDA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Seria: JAKUB SOBIESKI. TOM 2
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 10.08.2022r.

Raz Meyer, raz Sobieski 😊. Pewnie, gdyby się przyjrzeć bardziej wnikliwie Kuba Sobieski coś miałby z Huberta Meyera. Ja wolę się nad tym nie zastanawiać, gdyż każdy z nim ma swój urok, właściwy tylko jemu. I tak przeplatają się ich historie, ich przygody. Pierwszy tom o Sobieskim pojawił się w marcu tego roku („O włos”), chyba tylko po to, bym zaraz 18 maja zanurzyła się w siódmą część serii o Hubercie Meyerze w  „Zimnej sprawie”. Tu detektyw, tam profiler. Ciekawe, o kim przeczytamy następnym razem? Nad jaką postacią  @Katarzyna Bonda pracuje?

Wracając do premiery z 10 sierpnia 2022, drugiej części cyklu o Jakubie Sobieskim, zatytułowanej „Ze złości” od razu wspomnę, że to nie lada historia. @wydawnictwo.muza.sa wypuściło na rynek czytelniczy opowieść jakich mało; z gangsterką lat dziewięćdziesiątych, niesłusznie oskarżoną i pełną zagadek. Piszecie się?

Ofiara zawsze w jakimś stopniu programuje swoją śmierć za życia. Jej ryzykowne zachowania wrzucają ją wprost w ramiona mordercy.” -„Ze złości” Katarzyna Bonda.

Ciekawe, czy przyszło to do głowy Natalii, żonie Kuglina, mamie Kacpra, dawniej Hussakowskiej, zwanej  Husią? Raczej nie. Bo gdyby tak było wybierałaby bardziej ostrożniej wśród wszystkich ze swego otoczenia.  Kobieta trofeum. Zgrabna, piękna i inteligentna. Ginie od trzykrotnego strzału w trakcie party organizowanego we własnym domu. Wszyscy są zdziwieni jej śmiercią. Jednocześnie wielu jawnie żywi do niej urazę. Jej mąż, bogaty właściciel kasyn wynajmuje Sobieskiego do znalezienia jej mordercy. Jej rywalka, która odbyła karę pozbawienia wolności, za atak na pierwszego męża Husi i jej samą – Jolanta Bulandra prosi Sobieskiego o pomoc, w udowodnieniu jej niewinności na potwierdzenie, że spędziła w więzieniu niesłusznie wiele lat. A sama Ada Kowalczyk była policjantka, a aktualnie praktykantka w prokuraturze wplątuje go w intrygę, która ma jednocześnie wrócić do zbrodni Hussakowskiego sprzed lat i rozwiązania zagadki, kto za jakie sznurki pociągał i czyje śmierci były bardziej lub mniej zawinione. Czy komukolwiek Sobieski pomoże i rozwiąże piętrzące się zagadki?

Działania ze złości zasadniczo nie przynoszą nikomu nic dobrego. Najtrudniej jest pogodzić się z porażką i pójść swoją drogą.” -„Ze złości” Katarzyna Bonda.

Największym atutem tej historii jest postać Sobieskiego. Wytatuowanego byłego policjanta, żonatego, oczekującego pierwszego dziecka, usuniętego ze służby za malwersacje, aktualnie detektywa czekającego długo na swoją licencję. Do tego syna majora Sobieskiego o bardzo zacnym, bogatym pochodzeniu, znającego język francuski i potrafiącego jeździć konno. Dołączając do jego amatorskiej charakterystyki kwestię jego matki i ogromnej tęsknoty za nią stwierdzam, że Bonda stworzyła detektywa nietuzinkowego. Dla mnie nawet bardziej skomplikowanego niż Sherlock Holmes w grany przez Benedicta Cumberbatch. Idealnie wczułam się w fabułę, w której Sobieski staje się detektywem na zlecenie wielu, a któremu tak naprawdę przyświecają własne, ambicyjne cele. W tej całej plejadzie postaci Ada Kowalczyk wkomponowała się w historię Sobieskiego idealne. Autorka świetnie odzwierciedliła napięcie i skomplikowaną relację między nimi. Liczę na kolejną część, w której mam nadzieję perypetie relacyjne pomiędzy Adą a Kubą posuną się trochę do przodu😊.

Fabuła sklecona została z wielu wątków. Czytając miałam wrażenie, że Kasia Bonda bawiła się historią, bawiła się pisaniem wymyślając kolejne odnogi historii. Mnogość nazwisk i postaci nie ułatwia czytania. Maksymalnie się skupiałam czytając o Zielińskim, Firuzie, Tomku Bulandrze, Wakulińskim, Wrzesińskim, Wombacie, Bachanku i wielu innym, a i tak w wielu miejscach popłynęłam i musiałam kartkować do początku😉. Rzetelne wydaje mi się odzwierciedlenie wielu wątków, które zostały podjęte. Koligacje rodzinne i nepotyzm zarówno w gronie gangsterskim, jak i wojskowym, czy policyjnym. Przemoc domowa względem słabszych wśród osób władczych, czy zawodowo związanych ze służbami mundurowymi. Nawet stereotyp dotykający narkomanii wśród panicznie szczupłych modelek idealnie wkomponował się w treść książki. A czytając o dziennikarzu Lewandowskim….miałam poczucie, że pierwowzór mogłabym bardzo łatwo wskazać😊. Ciekawe, czy bym trafiła….

Książka napisana jest bardzo wartkim, zwięzłym językiem. To jest styl Bondy, który bardzo cenię. Wiele się dzieje i za wieloma wydarzeniami czytelnik musi podążać. Kryminał podzielony został na osiem rozdziałów i prolog. Każdy rozdział odnosi się do kolejnego dnia śledztwa. Jest ich tylko osiem. Nie wierzcie na słowo, tylko sami sprawdźcie ile się może zdarzyć w osiem następujących po sobie dniach. Do tego każdy rozdział jest zatytułowany i wszystkie tytuły pochodzą z pokerowej gry. Przecież wielki hazard i ogromne pieniądze są składową kryminalnej intrygi.

I tak dzień pierwszy, przeszedł w drugi, a w dniu szóstym ktoś załapał się na karetę, by jednak w dniu ósmym…. trafić, czy nie trafić? Oto jest pytanie.

Książka zdecydowanie dla fanów Kasi Bondy i wszystkich amatorów rozrywkowej literatury z gatunku kryminał uwielbiających, gdy trup ściele się gęsto. Czytajcie!!!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Konwersja” Piotr Rogoża

KONWERSJA

  • Autor: PIOTR ROGOŻA
  • Wydawnictwo: MARGINESY
  • Liczba stron: 300
  • Data premiery : 24.08.2022r.

@Piotr Rogoża młody, gniewny pisarz o fantastycznym zacięciu. Jego powieści przed „Konwersją”, która nakładem @wydawnictwomarginesy premierę miała w ubiegłą środę, były mi obce. Z zaciekawieniem sięgnęłam więc po ten egzemplarz licząc na intrygujące wnętrze. Niby nie ocenia się książki po okładce😉, ale czasem okładka daje nadzieję.

Adrian Klimke „mógłby być cyborgiem. Szkoda, że nie jest.” Jest za to pracownikiem agencji artystycznej mającej pod swą opieką wielu znanych influencerów i celebrytów, za którymi podąża świat, w tym świat reklamodawców. Jest pozycjonerem. Czasem jest przywódcą duchowym i mentalnym. Zdarzyło mu się być nawet reżyserem filmów pornograficznych. Jest tym, kim trzeba by był, by wypchnąć w świat idealny produkt, który zrewolucjonizuje rynek wpływowych młodych ludzi, za którymi będą podążać masy. Jego prawie idealne życie roztrzaskuje się w pył, gdy popełnia samobójstwo Łucja Felisiak, czyli Leika Fash, inna podopieczna agencji. Zniknięcie kilkunastoletniego streamera dodaje sprawie kolorytu. Klimke zaczyna zastanawiać się dla kogo pracuje, kto mu płaci. Tak samo zastanawia się dziennikarka Helena Różewicz, freelancerka interesująca się sprawą. Czy podopieczna Klimke, piękna piosenkarka Amal również straci życie?

„Sądzisz, że coś musi się wydarzyć naprawdę, żeby zostać nagrane? Pomyśl jeszcze, jak łatwo opowiedzieć twoją historię…”-„Konwersja” Piotr Rogoża.

Tak sądzisz? Naprawdę?

Ja tak sądziłam. Wstyd się przyznać, ale na szczęście do czasu. Do czasu przeczytania „Konwersji”, w której Rogoża bezlitośnie obnażył mechanizmy rządzące dzisiejszą wirtualną rzeczywistością i mediami. Zrobił to w dobrym stylu, w iście męskim stylu. Oszczędnie w słowach i wyrazie artystycznym. Unikając zbytnio przymiotników i przydługich opisów. Tylko trzysta stron. Tylko cztery zatytułowane części. Tylko około dwadzieścia rozdziałów i to nie w każdej z nich. Ale ile treści. Ile przesłania.

To książka obnażająca pewne mechanizmy, o których nigdy nie myślałam tymi kategoriami. To nie science fiction. To przejaskrawiona rzeczywistość, która może się dziać obok nas, za naszym bezwolnym przyzwoleniem. „Konwersja” to projekt. Klimke to projekt. Różewicz to projekt. O Amal nie wspominając. A jeśli mowa o projektach to słusznie możemy domniemywać, że ozdabiają je kłamstwa sączące się ze zdjęć na portalach społecznościowych jak z reklam.

Formatowanie. Persony. Materiał sponsorowany. Gdzie „nikt nie oczekuje idealnego rezultatu – wystarczy, że odbiorca da się nabrać.” „(…) nadpisywanie nowych warstw tożsamości.” Przynoszące rezultaty w postaci kontraktów reklamowych, tworzenia nowej świadomości społecznej, swego rodzaju medialnego niewolnictwa.

Koncepcja homo smarthonicus idealnie wkomponowała się w moje doświadczenia i moje własne spostrzeżenia. Autor trafnie ujął to, z czym borykają się współcześni rodzice, a czego nie dostrzegają lub próbują nie dostrzegać młodzi. Rozpisał to, o czym sama wielokrotnie myślałam, a czego nie byłam w stanie tak samodzielnie trafnie opisać. Takich słusznych i celnych wypowiedzi w powieści jest sporo. Jakby Rogoża bawił się w socjologiczną analizę, w diagnozę społeczną.

To książka dla wymagających czytelników. Dla takich odbiorców, którzy lubią po odłożeniu lektury długo zastanawiać się nad przeczytanymi treściami. „Konwersja” okazała się taka dla mnie. Tydzień po przeczytaniu nadal byłam przed recenzją i w trakcie ciągłej rozkminy WTF? Przyznam, że Autor ma swój charakterystyczny styl. Sama fabuła również nie każdemu przypadnie do gustu. Wymaga większej uważności. Szerszego spojrzenia i nie brania wszystkiego do siebie dosłownie. Zakończenie okazało się bardziej zaskakujące, niż się spodziewałam. Nie ma tu wygranych wśród moich ulubieńców. Oj nie ma😉.

„Osoba poddana formatowaniu nie może nawet podejrzewać, że jej tożsamość to sztuczny konstrukt. Dobre formatowanie nie pozostawia śladów”. -„Konwersja” Piotr Rogoża.

Pamiętaj;
Jesteś tym, za kogo się uważasz. Nikim więcej i nikim mniej”. -„Konwersja” Piotr Rogoża.  
Bo nie ważne, kim naprawdę jesteś.

Dobitnie inteligentna książka utrzymana w szybkim tempie z zaskakującą fabułą. Jedyną w swoim rodzaju. Udanej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od Wydawnictwa Marginesy, za co bardzo dziękuję.

„Pani McGinty nie żyje” Agatha Christie

PANI MCGINTY NIE ŻYJE

  • Autorka: AGATHA CHRISTIE
  • Cykl: HERKULES POIROT (tom 28)
  • Wydawnictwo: DOLNOŚLĄSKIE
  • Seria: JUBILEUSZOWA KOLEKCJA AGATHY CHRISTIE
  • Liczba stron: 256
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.08.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 1.01.1991r.
  • Data premiery światowej: 1952r.

Po „Zagadce Błękitnego Ekspresu” z 1928 roku, „Morderstwie na polu golfowym” z 1923 roku i „Rendez-vous ze śmiercią” wydanego w oryginale w 1938 roku, przyszedł czas na „Pani McGinty nie żyje”. Powieść Agathy Christie, która po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w 1952 roku, a więc po trzydziestu dwóch latach od wydania pierwszej serii cyklu z Herkulesem Poirot. Dzięki @Wydawnictwo Dolnośląskie otrzymałam ten piękny egzemplarz kryminału debiutującego w tym wydaniu w dniu 24 sierpnia br. w ramach Jubileuszowej Kolekcji Agathy Christie. Książka ma swój urok. A treść jak zwykle gwarantuje skomplikowaną zagwozdkę kryminalną, którą potrafi tylko rozstrzygnąć najlepszy detektyw wszech czasów.

Herkules Poirot mimo, że od pierwszej części, ciągle jest emerytowanym sławnym, belgijskim detektywem, rozwiązał już prawie trzydzieści kolejnych trudnych zagadek kryminalnych. Jego ego, jak sam mówi o sobie wzrasta i jest bardziej wymagające.

Jestem Herkules Poirot, wielki, wyjątkowy Herkules Poirot…” -„Pani McGinty nie żyje” Agatha Christie.

Lecz w rzeczy samej komuś o moich talentach niezbędny jest podziw dla siebie samego – a do tego konieczny jest impuls z zewnątrz. Nie potrafię, naprawdę nie potrafię siedzieć cały dzień w fotelu, rozmyślając, jak bardzo jestem godny podziwu. Konieczny jest tu czynnik ludzki. Konieczny jest – jak to się teraz mówi – admirator.” -„Pani McGinty nie żyje” Agatha Christie.

I ten niski, zadufany w sobie człowieczek, o przeogromnym własnym ego kwestionuje wyrok, który zapadł w niezawisłym angielskim sądzie, w obecności ławy przysięgłych w sprawie Pani McGinty. Nic nie znaczącej sprzątaczki, która straciła życie i również schowane pod podłogą dwieście funtów oszczędności. Mimo winy Jamesa Bentleya, jej lokatora Poirot wie, że w tym przypadku osoba ofiary jest mniej ważna, niż postać mordercy. Bentley od razu zostaje wyłączony z grona podejrzanych. Tylko gdzie szukać prawdziwego zabójcy? Jak go szukać wśród zacnych i przyzwoitych mieszkańców Broadhinny?

Ego Poirota rośnie z każdym odcinkiem cyklu😊. W tym tomie przerosło moje oczekiwanie. Zacnym spostrzeżeniem jest uwaga Poirota przesłuchującego młodą kobietę: „Rozczarowany zauważył, że jego nazwisko nie zrobiło na niej wrażenia. Pomyślał, że młodemu pokoleniu zdecydowanie brakuje wiedzy na temat wybitnych postaci.” Mnie te uwagi – wyrażane na swój temat przez sławnego detektywa – nie drażnią, nie męczą. Wręcz przeciwnie z każdym przeczytanym tomem bardziej mnie śmieszą i bawią, szczególnie w kontekście sytuacji, w których zostają rzucone.

Bardzo spodobała mi się postać ambitnej autorki kryminałów, Pani Oliver. Świetnie też została zagrana w serii z Davidem Suchetem w roli Poirota😉. Była moją ulubioną bohaterką. Jej uwagi, lekkomyślny stosunek do teorii i zachowania Poirota są sprytną przeciwwagą dla jego osoby. Ona twierdzi, że „Gdyby to kobieta była szefem Scotland Yardu…” i sugeruje, że sprawa zostałaby ponownie rzetelnie rozwikłana. On zaś uważa; „Dobra żona dbająca o dom, zadająca sobie trud, żeby gotować dla męża. Pochwała to”. Ona się wyzwoliła spod męskiego jarzma będąc autorką poczytnych kryminałów i całkowicie samodzielną finansowo – czyżby pierwowzorem była Christie? On hołduje starym podziałom obowiązków hołubiąc pokorne, usłużne swym mężom i dzieciom  kobiety. Każdy ciągle w swoją stronę, a spotkanie tych dwóch światów zawsze wypada ciekawie.

O dziwo Poirot w „Pani McGinty nie żyje” potrafi nawet kłamać i robi to z „kamienną twarzą”. Jego cechy zmieniają się wraz z upływem lat i upływem wieku, w którym Christie pisała historie o nim. Kilkadziesiąt lat z jednym bohaterem musiało odcisnąć na niej piętno. Nudziła się zapewne jego postać i jej, i po trochę czytelnikom. Pewnie dlatego od czasu do czasu dodawała do niej nieco nowości, mniejszej przewidywalności i bardzo jaskrawych cech. Dobrze to wyszło Poirotowi. Zdaje się być w tym tomie bardziej ludzki, bardziej omylny, mniej fikcyjny.

A sama kryminalna intryga? Ciekawa. Jedna z najciekawszych. Idealnie wkomponowała się w kobiecy świat, w którym stare urazy i straty nigdy nie wyparowują same w powietrze. Gdzie stare krzywdy muszą być, nawet po kilkudziesięciu latach, zadośćuczynione.

Która z nich to zrobiła? Czy Eva Kane? Czy Janice Courtland? A może mała Lily Gamboll lub „niczego nieświadoma żona mordercy” Vera Blake? Im więcej podejrzanych kobiet, tym lepiej. Im więcej pytań, tym klasyczny kryminał staje się bardziej interesujący. Zachęcam Was do intelektualnej pracy przy wykorzystaniu Waszych szarych komórek. Udanej lektury w poszukiwaniu prawdziwego zbrodniarza😊.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu!

„Złap mnie” Lisa Gardner

ZŁAP MNIE

  • Autorka: LISA GARDNER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: Detektyw D.D. Warren. TOM 6
  • Liczba stron: 480
  • Data premiery w tym wydaniu: 27.07.2022r.
  • Data 1 polskiego wydania: 24.09.2014r.

Lisa Gardner pasjonuje się w seriach o silnych kobietach, co udowodniła wprowadzając do czytelniczego obiegu nową serię książek z Frankie Elkin („Zanim zniknęła”). Cykl z Detektyw D.D. Warren ma kilkanaście tomów. Części 11 („Czyste zło”) i 10 („Powiem tylko raz”)  recenzowałam na moim blogu, a dzięki współpracy z @WydawnictwoAlbatros mogłam powrócić do pierwszych publikacji tej serii (recenzje kolejno ukazujących się znajdziecie tu: „Samotna”, „W ukryciu”, „Sąsiad”, „Dziecięce koszmary”).  Z dotychczas przeczytanych dzieł twórczyni jawi mi się jako pasjonatka thrillerów z dziećmi w roli głównej, ze słabszymi w roli głównej, którzy ulegają wykorzystaniu. Czy w „Złap mnie”, która premierę miała 27 lipca br. schemat zostanie powtórzony?

Być może najbardziej nie boimy się umierania, lecz umierania w samotności. Bez dotyku bliskiej osoby. Bez poczucia przynależności. Opuszczając ziemię, na której nic po sobie nie zostawimy.” – „Złap mnie” Lisa Gardner.

Wracająca po 14-tygodniowym urlopie macierzyńskim detektyw sierżant D.D. Warren zostaje zaangażowana w śledztwo w sprawie morderstwa pedofila typu chodź pobawić się moim małym pieskiem. Śledczy wykonują standardowe procedury szczędząc jednak ofierze współczucia. Gdy okazuje się, że podobnych morderstw jest więcej, a ofiarami również są mężczyźni, którzy przechowują pornografię dziecięcą na nośnikach komputerowych, w dochodzeniu zaczyna detektyw Warren pomagać detektyw O. Równolegle D.D. zostaje wplątana w sprawę dwudziestoośmioletniej Charlene Rosalind Carter Grant, która według najlepszej swojej wiedzy za cztery dni najprawdopodobniej umrze, jak jej dwie przyjaciółki rok po roku dwudziestego pierwszego stycznia. Zabita we własnym domu. Samotna. Wpuszczająca mordercę, co nie zostawi śladów włamania. Sprawę komplikują wiadomości pozostawiane sierżant Warren w okolicy miejsc zbrodni „Wszyscy kiedyś umrzemy. Trzeba być odważnym” i „Złap mnie!”.

Ta książka zdecydowanie mi się podobała, mimo powielonego wątku związanego z wykorzystaniem i krzywdzeniem niewinnych dzieci. Ogromnie zaskoczył mnie wątek Charlie Grant, która przez ostatni rok przygotowywała się na starcie z mordercą. Po niespodziewanej śmierci dwóch przyjaciółek; Randi Menke w Providence i Jaqueline Knowles w Atlancie dwudziestego pierwszego stycznia kolejnego roku, Charlie mogła spodziewać się tylko próby uduszenia. Oprócz uczenia się różnych form ochrony chciała przygotować policję na śledztwo w jej sprawie. Naiwnie liczyła, że przekazane przez nią informacje i podejrzenia przybliżą śledczych do znalezienia mordercę lub morderców dwóch najbliższych jej osób, z którymi przyjaźniła się odkąd skończyła osiem lat. Jej narracja przerwszoosobowa i przygotowywanie się na śmierć uruchamia wyobraźnię czytelnika. Czytając „Mam dwadzieścia osiem lat. I jeszcze nie mam ochoty umierać.” nie mogłam pozostawać obojętną.

Z zaskoczeniem przywitałam kolejną kobiecą postać powieści, która bardzo długo stanowiła jedną, wielką zagadkę. Mimo, że język, styl i tempo powieści nie jest dla mnie niespodzianką, to wplątanie w czterdzieści pięć rozdziałów paru, które liczą kilka wersów jest sensacyjne.

CZEŚĆ. MAM NA IMIĘ ABIGAIL.
 Czy my się znamy?
 Spokojnie poznamy się.
 Cześć. Mam na imię Abigail.” – – „Złap mnie” Lisa Gardner.

Ot i cały rozdział. Co Wy na to? Zdecydowanie Lisa Gardner potrafi mnie jeszcze zaskoczyć. A takich rozdziałów jest więc. Podobnie jak pojawiające się notorycznie pytanie samej Charlie gotującej się na śmierć: „Zostało mi siedemdziesiąt pięć godzin życia. Co ty byś zrobił w takiej sytuacji?”. Nie pozostało bez odpowiedzi. Co rusz zastanawiałam się, co bym zrobiła, gdzie skierowała moje kroki, jakie działania podjęła. Poddawałam w wątpliwość decyzje Charlie i mocowałam się z jej czynami, myślami, słowami.

Do tego iście psychologiczna robota autorki skupiająca uwagę czytelnika na osobowości ofiary i osobowości ochronnej w jednej postaci. To dowód, że to tematu Gardner podeszła z wielką pokorą przygotowując się do opisania wielu wątków śledztwa.

Książka zmuszająca do myślenia i wzbudzające emocje. Oczywiście w sposób bardzo łatwy i prosty, gdyż one wywołane zostają obrazem skrzywdzonych dzieci. Mimo tego i tak uważam, że Lisa Gardner skonstruowała dobrą jakościowo powieść, na którą warto zwrócić uwagę przez Charlie, przez Abigail i przez Toma. A przede wszystkim przez rzetelne pokazanie pracy dyspozytora alarmowego. Zajrzenie do wnętrza tego fachu wręcz traktowałam jako swoistą apostazję. Ile się dowiedziałam! Ile się dowiedziałam!

Post scriptum

Lubicie wisienki na torcie? Ja bardzo. W przypadku „Złap mnie” okazało się nią wprowadzenie do fabuły powieści bohaterów znanych z innych książek. Pojawia się i Pierce Quincy i jego córka Kimberly 😊, a także David Riggs z „Drugiej żony”. Ciekawe, czy zwrócicie przy czytaniu na nich uwagę😉.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki  Wydawnictwu Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Okruchy pamięci” Tim Weaver

OKRUCHY PAMIĘCI

  • Autor: TIM WEAVER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: DAVID RAKER. TOM 8
  • Liczba stron: 512
  • Data premiery: 13.07.2022r.
  • Data premiery światowej: 27.07.2017r.

Po „Nie wiesz kim jesteś” siódmej części z Davidem Rakerem, specjalistą od osób zaginionych, którą oceniłam 8/10 wiedziałam, że chcę sięgnąć ponownie do historii z jego udziałem. Dzięki @WydawnictwoAlbatros i jego kolejnej dobrej premiery z 13 lipca br. udało mi się to😉. Tim Weaver zatytułował ósmy tom serii „Okruchy pamięci”.

Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak ważne jest dla człowieka nazwisko, teraz jednak dotarło to do mnie z całą mocą: nazwisko jest niezbędne, aby znaleźć swoje miejsce w systemie. Ludzie wciąż walczą z systemem, nie chcąc być trybikiem w maszynie i pozycją w bazie danych. Ale łatwiej walczyć, gdy jest się częścią systemu.”  – „Okruchy pamięci” Tim Weaver.

Tym razem David Raker nie szuka zaginionych. Tym razem David Raker szuka tożsamości osoby, która straciła w wyniku traumatycznych wydarzeń pamięć. Poznajcie Richarda. Chyba Richarda. Nazwanego przez media „Zaginionym”. Mężczyznę, którego odnaleziono pokiereszowanego u wybrzeży Anglii. Richarda, który do tej pory nie pamięta, kim jest, ani skąd pochodzi. Kwestionuje nawet imię, którym się przedstawia. Pamięta krótkie urywki zdarzeń. Widok z okna na  morze i plażę. Potrafi pływać i prowadzić samochód, chociaż nie ma prawa jazdy. Jako osoba bez imienia i nazwiska wypadł z systemu. Nie ma praw. Nie ma zawodu. Choć wiele potrafi. Raker postanawia mu pomóc. Poszukać skąd się wziął i dlaczego do tej pory nikt się po niego nie zgłosił, mimo nagłośnienia sprawy w mediach. Człowiek jakby jest, a jakby go nie było.

Ależ mi się spodobał pomysł na fabułę „Okruchów pamięci”😊. Choć z natury jestem niecierpliwa, więc bezbronność Richarda działała mi chwilami na nerwy😉. Sama konstrukcja książki została przez autora bardzo przemyślana. Osiemdziesiąt jeden rozdziałów podzielono na cztery części. Niektóre z części otrzymały tytuł, jak „Potwór”, „Tchnienie”. Przypadek? Zdecydowanie nie. Te zatytułowane fragmenty książki sieją zamęt, odwracają uwagę od wątku związanego z poszukiwaniem tożsamości Richarda. Niepokoją i wybijają z rytmu. Tym bardziej, że to historia Beth i Penny, dwóch sióstr przyrodnich, niczego nieświadomych młodych dziewczynek eksplorujących otoczenie, w którym żyją. Odważnych, a jednak z góry przegranych. Jak przegrane wydaje się życie Richarda.

Narracja jest bardzo dojrzała. Mimo, że pisana chwilami w trzeciej osobie w odniesieniu do Penny i Beth, wydaje się bardzo osobista. Same poczynania Rakera śledzimy z jego pierwszoosobowej perspektywy. Śledztwo w ten sposób wydaje się bardziej emocjonujące, bardziej przekonujące. Czytając miałam poczucie, że autor przemyślał każdy wątek, by stworzyć spójną historię. Mimo pobocznych tematów nie utracił tej jednorodności to samego końca doprowadzając historię do jej finału. Wciągnęła mnie historia i Richarda, i Penny, i Beth. Chciałam koniecznie dowiedzieć się, gdzie jest jej początek i gdzie autor umiejscowił koniec. Nie czekałam na happy end. Czekałam po prostu na wyjaśnienie. A gdy je odnalazłam na kolejnych kartach powieści to…… poczułam lekki wstrząs. Kilkakrotnie kiwałam głową myśląc „Coś takiego, coś takiego”. I chyba o to chodzi w książkach tego gatunku. By doprowadzały mnie do poczucia niedowierzenia, by wzbudzały we mnie niezgodę na opowiedzianą historię, bym czuła realne współczucie. Te emocje towarzyszyły mi podczas czytania.

W książce znalazł się nawet wątek związany z Polską, lub prawie Polską. Autor nie rozstrzygnął do końca, czy Aleksander Marek był Polakiem. Chociaż może wolałabym, by nie 😉. Kwestia utraconych dzieci, których zawiedli ojcowie, kwestia straconej miłości na wielu płaszczyznach, a przede wszystkim wątek straconej tożsamości to zalety powieści.

„Okruchy pamięci” to kolejna bardzo dobra książka Tima Weavera, w której – analogicznie jak w poprzedniej- autor poszukuje panaceum na rzeczywistość w dawnej przeszłości. Tym razem Raker zaczyna grzebać w zaginięciu Caleba Becka, ojca Penny, pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Weaver jest w tym specjalistą. Potrafi tak wpleść w fabułę przeszłość, że wydaje się ona jej nieodłączną częścią. Nie mniej ważną, nie mniej znaczącą dla wydarzeń z teraźniejszości. I w przeciwieństwie do wielu innych autorów, to wszystko się spina w jedną całość.

Szczerze polecam książki Tima Weavera i postać Davida Rakera, specjalisty nie tylko od osób zaginionych, lecz także od utraconych tożsamości. Miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Książką obdarowało mnie  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.