Recenzja premierowa!!! „Kobieta w walizce” Katarzyna Bonda

KOBIETA W WALIZCE

  • Autorka: KATARZYNA BONDA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Seria: HUBERT MEYER. TOM 8
  • Liczba stron: 350
  • Data premiery: 09.11.2022r.

Międzynarodowe Targi Książki w Katowicach już za mną. W dniu 5 listopada br. miałam okazję spotkać jedną z moich ulubionych autorek kryminałów, od której zaczęła się moda na polskim rynku czytelniczym na psychologów kryminalnych i poważne kryminały pisane kobiecym piórem. Mowa oczywiście o @Katarzyna Bonda, która na głównej scenie rozmawiała o ósmej części cyklu z Hubertem Meyerem zatytułowanej „Kobieta w walizce”, a także o swoich doświadczeniach z pisarstwem. Pani Kasia, jak zwykle piękna, charyzmatyczna i rozgadana😊. Aż trudno uwierzyć, że gwiazda polskiego kryminału, która przyczyniła się do spadku zainteresowania publikacjami skandynawskimi😉, nadal tak silnie jaśnieje. Tym bardziej, że pierwszy tom serii opublikowany został – UWAGA !!! – w 2007r. I ja wtenczas, te piętnaście lat temu, Panią Kasię zaczęłam czytać dzięki „Sprawie Niny Frank” . I czytam ją nadal😊. Chciałoby się rzec, Bonda jak wino, z wiekiem jeszcze lepsza.

@wydawnictwo.muza.sa przygotowało gratkę dla fanów Kasi Bondy. Najnowszą książkę można było w trakcie targów kupić w bardzo dobrej cenie na stoisku Wydawnictwa. „Kobieta w walizce” dostępna była dla każdego zainteresowanego przedpremierowo😊. Uwielbiam takie czytelnicze prezenty. Cudnie jest mieć pachnące wydanie przed 9 listopada br., tj. dniu w którym przypada oficjalna premiera kolejnej części serii.

Kto z Was chciałby znaleźć leżącą na uboczu walizkę, w której znalazło się to, co zostało z ciała możliwie, że od roku poszukiwanej Klaudii Janus? Ja nie. A takim mocnym akcentem zaczyna się powieść, poprowadzona trochę inaczej, niż poprzednie części. Tym razem, Hubert Meyer czekający na rozprawę w katowickim areszcie śledczym, nie może samodzielnie rozwikłać zagadki zaginięcia i morderstwa niewinnej kobiety. Zadanie powierzone zostało aspirantowi sztabowemu Grzegorzowi Kaczmarkowi, który próbuje wytypować sprawcę wśród wielu podejrzanych. Przygląda się z uważnością ojcu zaginionej, jego synowi, trzem córkom, żonie  – byłej i obecnej, a także ze szczególną uwagą mężowi Klaudii i tajemniczemu biznesmenowi oraz narzeczonej brata zaginionej. Kaczmarek stara się włączyć w śledztwo WERĘ, system śladów behawioralnych opartych na Weryfikacji Eliminacji Rozkładzie i Analizie.

Ale hasło do WERY zna tylko Hubert, który przed aresztowaniem nie zdążył go nikomu przekazać. Czy Grzegorzowi uda się je zdobyć mimo przeszkód?” – z opisu Wydawcy.

Stała czyściutka, pionowo na kółkach, jakby ktoś pieczołowicie ulokował ją przy metalowej barierce, żeby nie stoczyła się nikomu pod koła. A mogłaby stworzyć zagrożenie, bo była ogromnych rozmiarów.” „Kobieta w walizce” Katarzyna Bonda.

I to od takiej walizki zaczęła się cała historia kryminalna😊.

Oj, pobawiła się Katarzyna Bonda postaciami, historyjkami, zdarzeniami i nawet nazwiskami bohaterów. To cały panteon ciekawostek.

Wszystko w tym układzie rodzinnym wydawało mu się podejrzane: siostra zabawiająca się pod nieobecność zaginionej z jej mężem; werbalnie agresywny ojciec i niema, bierna jak kukiełka matka, w której oczach Grzegorz widział czyste przerażenie. Do tego przyrodni brat z łatką czarnej owcy.”” „Kobieta w walizce” Katarzyna Bonda.

Ojciec, nestor rodu stary Błachut. To wspaniała literacka postać zakłamanego człowieka, który swoimi kłamstwami próbuje zarazić wszystkich wokół i omamić Kaczmarka. Posiadacz czterech, zdominowanych przez niego córek i dwóch żon. Byłą Elżbietę, do której docierają również śledczy oraz znacznie młodszą Matyldę. Historia o pierwszej żonie okazała się naprawdę ciekawym smaczkiem. Zaś Matylda dla mnie była odrażającą postacią, której pasywność zasługiwała tylko na potępienie. Jedyny syn Krzysztof, zwany Kiniem przyrodni brat zaginionej Kingi,  to postać brawurowo rozpisana, pełna sprzeczności. Cudowny kochanek, kochający wujek dwóch siostrzeńców, bliźniaków. Z drugiej strony zakapior z wyglądu i zachowania. Człowiek po przejściach, nie stroniący od alkoholu i od narkotyków. Mąż Mieci i zięć Błachuta, Grzegorz Bucior został przedstawiony  jako bezwolna, męska „dzida”, proszę wybaczyć sformułowanie, ale bardziej odpowiedniego nie znalazłam. Tak, bez kręgosłupa moralnego, że aż niemożliwe, iż istnieje w fantazyjnym, literackim świecie. O Szczypiorze od Kinia nie wspomnę. Bohaterka jakich mało, wystarczyłaby sama na osobną historię. Uwielbiam takie zagmatwane role.

Pobawiła się pani Kasia imionami i nazwiskami bohaterów, o czym wspomniałam na początku. Zapewne zrobiła to metodą, o której opowiadała na swoim spotkaniu z czytelnikami w trakcie katowickich Targów Książki😊, w których angażuje swoje media społecznościowe.  Rodzeństwo Błachutów to Krzysztof, Bożena alias Marionilla, Honorata alias Emanuela, Mieczysława alias Misia Kocia😉, no i zaginiona Klaudia, jedyna z  miarę współczesnym imieniem. Jakby już to miało ją odseparowywać, świadomie lub nie, od pozostałego rodzeństwa. Z sympatią czytałam o Bestii alias Bestce Wysokiej i jej perypetiach z prokuratorem nadzorującym sprawę. Moim ulubionym zestawieniem danych identyfikacyjnych okazała się jednak Wanda Krycia. Występująca w powieści w bardzo ograniczonym zakresie. Zaginiona żona, jednego z bohaterów. Idealne nazwisko pasujące do tej zagmatwanej opowieści i do jej postaci. Ciekawe, który z Czytelników Bondy je nosi😉.

Kryminał składa się z sześciu rozdziałów. Każda część została zatytułowana. Uroczym dodatkiem jest epilog, w którym wiele zostały wyjaśnione, a także wstawki pisane z perspektywy człowieka, który w odnalezieniu kobiety w walizce odegrał znaczącą rolę. Bonda zaplata warkocz intrygi kryminalnej w sposób bardzo rozbudowany. Gmatwa, utrudnia. Wszystko dzieje się szybko. Przesłuchania pełne kłamstw i nieprawd komplikują sprawę. Meyer pojawia się najpierw tylko w roli aktora monodramu rozgrywającego się w katowickim areszcie, by wreszcie pomóc Kaczmarkowi, w sposób, który tylko potrafi. Sam Grzesiu Kaczmarek okazał się bardzo dobrze rozpisaną postacią. Taki, ulepszony Meyer, chociaż on sam pewnie się do tego nigdy nie przyzna. Samozwańcza akcja, w której wziął udział Doktor Boziłow wprowadziła mnie w dobry humor. By intryga kryminalna nie była jeszcze za prosta, to Bonda wprowadziła ciekawostkę z przeszłości. Tym samym całkowicie ją skomplikowała, a warkocz podejrzeń i poszlak musiałam zacząć zaplatać na nowo. Co bowiem do bieżących zdarzeń ma zaginiona Skandynawianka sprzed kilku lat, po której został tylko  koszyk piknikowy, sukienka i czarny kapelusz z wielkim rondem? Czy to tylko kolejna rozgrywka między Leszczem, byłym komendantem policji, a byłym radnym, starym Błachutem? Kiedyś dwóch mężczyzn trzymających władzę w małym miasteczku, a teraz sąsiedzi bez wzajemnej sympatii.

Moja subiektywna ocena książki byłaby znacznie wyższa, bo czytając ją bawiłam się naprawdę dobrze, gdyby nie niewielkie nieścisłości, które wyłapałam bez żadnego wysiłku. Obłędna wada, jak na czytelnika. Prawda? Na stronie 243 przeczytałam o wyrzuceniu przez Kaczmarka swoich timberlandów, cytuję do „komendanckiego kosza” (przy okazji, Autorce wyjątkowo dobrze udał się prześmiewczy, komediowy motyw z butami kupionymi przez Leszcza w chińskim sklepie😊). Po to, by na stronie 266 przeczytać znowu, że Meyer „(…) sięgnął pod stół po reklamówkę. Były w niej timberlandy Kaczmarka.”  A fabułę rozpisaną na stronach 305-308 czytałam trzykrotnie obawiając się problemów z przetworzeniem przeczytanych słów. W scenie w kawiarni Buciorów udział bierze Misia Kocia, Grzegorz Bucior, no i Kaczmarek.  Skąd nagle w dyskusji z Buciorem i Misią Kocią znalazła się u końca tego fragmentu Bożena!!! Dodatkowo sprawdziłam w publikacji dostępnej na księgarskiej półce, sytuacja jest taka sama. Bożena alias Marionilla pojawiła się znikąd.

Kasia Bonda kluczy, udaje, nabiera czytelnika, w najnowszej części z psychologiem śledczym Hubertem Meyerem. Chwilami, aż się zaśmiałam. Czytając o nowym wątku, o nowo odkrytym kłamstwie  motywowałam się do wytężonej umysłowej pracy bawiąc się przy tym jednocześnie bardzo dobrze.Kobieta w walizce” Katarzyny Bondy nie nudzi, nie nuży. Wręcz przeciwnie fabuła pędzi jak Pendolino. Lubię takie książki, w którym dużo się dzieje, a jeszcze bohaterowie są warci, by poświęcić im trochę naszego czego. Serdecznie zachęcam do przeczytania tej powieści. To, że nie znacie poprzednich książek cyklu nie zmniejszy radości i atrakcyjności z lektury. Nie wierzcie na słowo. Sami sprawdźcie😊.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą przedpremierowo bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Świąteczne morderstwo” Ada Moncrieff

ŚWIĄTECZNE MORDERSTWO

  • Autorka: ADA MONCRIEFF
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 315
  • Data premiery: 23.11.2021r.

Mimo, że premiera książki pt. „Świąteczne morderstwo” Ady Moncrieff odbyła się 23 listopada 2021, ja swój egzemplarz odebrałam od Wydawnictwa @Zysk i S-ka dopiero 3 stycznia br. Zaciekawił mnie opis Wydawcy, który porównał debiutancką książkę aktorki to stylu Agathy Christie. Oczywiście Królowej światowych kryminałów nie da się podrobić, jej styl jest bowiem niepowtarzalny. Warto jednak czasem zanurzyć się w kryminały oparte na metodyce i dedukcji jak u Herculesa Poirota, czy Panny Marple.

Klasyka nie jest moją mocną stroną, ot i zastarzała zgnilizna, jeśli chcecie znać moje zdanie. Wszystko to jakieś lubieżne i ponure. Taka z niej kolebka cywilizacji, jak z mojego łokcia”. – „Świąteczne morderstwo” Ada Moncrieff.

Co się może zdarzyć w Święta Bożego Narodzenia w angielskim, klasycznym domostwie z tradycjami Westbury Manor ? Wśród świętujących domownicy Państwo Westbury z dziećmi Lydią, Edwardem i Stephenem. Do tego przyjaciel Pana Domu David Cambell-Scott oraz małżeństwo Ashwellów. Urokliwemu spotkaniu towarzyszy polityk z samego Westmisteru Pan Anthony de Havilland. Zawadiacki Fredie Rampling sączy swoje wysokoprocentowe napoje wyskokowe, a temu wszystkiemu przygląda się domorosły detektyw – amator Hugh Gaveston aspirujący do samego Sherlocka Holmesa. I to właśnie obecność Holmesa byłaby wskazana. W świąteczny poranek  1938 roku od strzału kuli ginie Campbell-Scott. Przedsiębiorca o szerokich horyzontach, człowiek wykształcony, dumny powracający na święta do przyjaciół z odległych Malai, gdzie zbił majątek. Wszyscy są zszokowani jego śmiercią. Konstabl Jones orzeka, przy wtórze większości obecnych śmierć samobójczą. I tylko Hugh Gaveston ze swoją przyjaciółką Lydią zaczynają węszyć szukając prawdziwego motywu śmierci przyjaciela Lorda Westbury.

Faktycznie parafrazując cytat z początku mego wpisu klasyka nie jest mocną stroną Ady Moncrieff. Styl tej powieści nawiązuje i owszem do klasycznych kryminałów, wielokrotnie formą przywodzi na myśl dzieła Christie oraz powieści i opowiadań kryminalne sir Arthura Conana Doyle’a. Gdzieniegdzie miesza się jednak z formą współczesnej prozy. To rodziło we mnie poczucie niespójności. Autorka prowadzi narrację jakby opisywała obrazy, pejzaże, sztukę teatralną zwracając uwagę na sytuacje, osobistości, dialogi dziejące się na drugim planie.

Zatrzymajmy się jednak na drugi rzut oka. Spojrzenie, które pozwoliłoby uważnemu widzowi przypomnieć sobie, że ci, którzy chwiejnym krokiem przemierzają pustynię, niemal zawsze nie natkną się na oazę, lecz na miraż” lub „Salon pustoszeje, gdy podążamy za naszymi bohaterami do ich pokoi, choć zbyt długie towarzyszenie im byłoby wysoce niestosowne”. -„Świąteczne morderstwo” Ada Moncrieff.

Tym bystrookim i niezwykle inteligentnym widzem przedstawienia, które  Ada Moncrieff rozpisała w swej powieści, autorka męczyła mnie kilkukrotnie; „Widz o bystrym oku (…) z pewnością dostrzegłby kontrast, jaki stanowili obaj mężczyźni.” Może jednak ten kawałek: „Podczas gdy nas bystrooki widz kręciłby głową, zaniepokojony ewidentnie złym stanem zdrowiem mężczyzny, żona lorda z zadowoleniem obserwowała, jak wita przyjaciela.” Czasem widz pretendował do miana gorliwego obserwatora: „Kiedy Hugh zdejmował buty (….), nasz gorliwy obserwator mógłby skorzystać z okazji, by porzucić go przy rozwiązywaniu sznurowadeł (…) i udać się na wędrówkę po domu.” Nie powiem pomysł wydaje się być dobry. Od czasu do czasu „osobiste wycieczki” w kierunku widza zwykle się sprawdzają w tego typu powieściach. Przestają jednak delikatnie łaskotać jego ego, gdy występują często.

Najwięcej zabawy miałam przy czytaniu krótkiego opisu postaci konstabla Jonesa. Autorka przedstawiła go jako komicznie nieudolnego stróża prawa wkładając mu w usta nad wyraz bogate słownictwo. Przeczytajcie sami: „Jak już wcześniej i uprzednio stwierdziłem oraz dowiodłem, jest to moja niepodważalna konkluzja, niepozostawiająca miejsca na wątpliwości ani kwestionowanie…” i tak dalej, i tak dalej. Każda wypowiedź konstabla zaczynała się i kończyła nie wiadomo gdzie. Krasomówczy śledczy to jedna z niewielu zabawnych, komediowych postaci choć gagów sytuacyjnych, czy prześmiewania angielskiej socjety sprzed prawie stu lat nie brakowało.

Sama intryga kryminalna stanowiła bardzo dobrą podwalinę pod świetny kryminał w duchu minionych czasów, czy raczej powinnam napisać w duchu minionych świąt. Metodyka badania okoliczności śmierci Davida Cambell-Scott nie dawała jednak żadnych szans na zabawę w stylu kto jest mordercą? Podsumowania, poszlaki, podejrzani wskazywały praktycznie na każdego z obecnych na bożonarodzeniowym świętowaniu. Podejrzani z motywem byli praktycznie od razu eliminowani, a szkoda. Mimo, że książka liczyła tylko 315 stron to nieposuwające się do przodu śledztwo, bez żadnych kontroskarżeń i  uzasadnionych zarzutów zaczęło mnie po prostu nużyć.

Moja ocena: 6/10

Dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka za podarowanie mi egzemplarza recenzenckiego.

„Mów mi Win” Harlan Coben

MÓW MI WIN

  • Autor: HARLAN COBEN
  • Cykl: WINDSOR HORNE LOCKWOOD III (tom 1)
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 414
  • Data premiery: 10.11.2021r.
  • Data premiery światowej: 18.03.2021r.

„Mów mi Win” Harlana Cobena otrzymałam od @WydawnictwoAlbatros, za co bardzo dziękuję. Książka premierę miała 10 listopada br., a do mnie trafiła z opóźnieniem. Przesyłkę odebrałam dopiero 14 grudnia. Czekałam na nią z niecierpliwością. Czasem tak po prostu jest, że na to, czego się bardzo pragnie trzeba poczekać trochę dłużej. Moje zniecierpliwienie było – myślę – w pełni uzasadnione.   Po przeczytaniu wielu przychylnych recenzji nie mogłam się doczekać, by poznać tego tytułowego Wina, który mam nadzieję zapoczątkował nową, udaną serię Windsor Horne Lockwood III.

Wszyscy jesteśmy mistrzami psychologicznej racjonalizacji. Wynajdujemy sposoby, żeby uzasadnić swoje rozumowanie. Wykrzywiamy je, żebyśmy sami sobie wydawali się lepsi, sympatyczniejsi. Wy też to robicie. Jeśli to czytacie, należycie niewątpliwie do jednego procentu ludzkości na przestrzeni dziejów. Żyjecie w warunkach, jakie mogło sobie wyobrazić żałośnie mało ludzi w historii. Jednak zamiast to docenić , zamiast robić więcej, zamiast pomóc tym, którym wiedzie się gorzej, zarzucamy im, że za mało się starają.” – „Mów mi Win” Harlan Coben.

Windsor Horne Lockwood III każe na siebie mówić Win. To bogaty, temperamentny, uzdolniony, szarmancki, arogancki i przeświadczony o własnej wyjątkowej wartości milioner pochodzący z rodziny z tradycjami. By ją chronić, wszyscy są w stanie poświęcić wiele. I jego ojciec, i jego matka, i dziadkowie, a także jego kuzynka Patricia. Kuzynka, która dwadzieścia lat wcześniej straciła ojca w wyniku napadu rabunkowego, a sama została uwięziona w Chacie grozy, z której uwolniła się dopiero po paru miesiącach. Gdy nagle w apartamencie należącym do żyjącego samotnie Ry’a Straussa zostaje odnaleziony skradziony dwadzieścia lat wcześniej oryginalny obraz Vermeera, Win wie, że śmierć jego właściciela i fakt odnalezienia obrazu nie może być przypadkiem. Zaczyna jak po nitce do kłębka odkrywać kolejne fakty morderstwa, kradzieży, uwięzienia kuzynki sprzed dwudziestu lat. A także  wydarzeń, których sprawcami była Szóstka z Jane Street. Wydarzeń, które kosztowały życie niewinnych ludzi. W tym wszystkim pomaga mu nieodłączony przyjaciel Myron Bolitar, osobiście zaangażowany w rozwiązanie sprawy.

To nowy, ulubiony mój bohater. Bezkompromisowy, odważny, bez żadnych ograniczeń w każdej sferze swego życia. Do tego uroczo bezczelny. Korzystający z wszelkich możliwych dóbr, aplikacji randkowej dla bogatych, prywatnego śmigłowca, asystenta, limuzyn i wielu innych. Posiadający własny, niestandardowy kręgosłup moralny. I co dziwne, da się lubić. Ja go polubiłam od pierwszych stron. Może dlatego, że lubię skomplikowanych bohaterów, w których dobro miesza się ze złem i to na własnych warunkach. Win lubi przemoc. Przyznaje się do tego i nie zamierza tego tłumaczyć. Jak sam mówi: „Bardzo ją lubię. Nie uciekam się do niej dla innych. Stosuję ją dla samego siebie. i to nie tylko w ostateczności. Walczę, kiedy tylko mogę. Nie staram się unikać kłopotów. Szukam ich.” Jego nieograniczone możliwości finansowe sprawiają, że pewne rozrachunki przychodzą mu z dużo większą łatwością, niż oficjalnym organom ścigania. Mimo, że sprawa jest osobista, gdyż dotyczyła bezpośrednio jego rodziny, czytając miałam wrażenie, że bawi się nią, bawią go zagadki i kolejno odkrywane fakty. Bawi się podejmowanymi środkami, czynnościami i psychologicznymi gierkami, które prowadzi. Choć niektóre traktuje z odrazą, jeśli dotykają bezpośrednio jego samego; „Lopez i Young stosują wobec mnie zwykłą w takich przypadkach taktykę milczenia. Mechanizm jest prosty: większość ludzi nie znosi ciszy i zrobi wszystko, by ją przerwać, często mówiąc coś, co można potem wykorzystać przeciw nim. To dla mnie niemal obraza, że mają mnie za kogoś takiego.”.

Bardzo dobrze napisany thriller kryminalny. Coben fabułę zawarł w trzydziestu sześciu rozdziałach, których narratorem jest nie kto inny, jak sam Win. Jego spostrzeżenia są inteligentne, myśli uporządkowanie, postać i osobowość od początku do końca spójna. Win, jako narrator i zarazem główny bohater nie miota się, nie szamocze sam ze sobą, obce jest mu poczucie winy, działa metodycznie, konsekwentnie i potyczki prowadzi bardzo inteligentnie. Do tego, co go nierzadko zaskakuje, jest w stanie przyznać się do błędu, do mylnego osądu. Cała intryga jest skomplikowana. Dużo faktów miało finalnie znaczenie. Nie sposób jednak pogubić się w historii. Autor kreśli bohaterów w sposób bardzo wyrazisty, wydarzenia przedstawia systematycznie. Mimo, że książkę czytałam z przerwami, bieżąca sytuacja nie pozwoliła mi jej przeczytać w jeden wieczór, nie pogubiłam się w niej wcale. W wątki zatapiałam się na bieżąco. Kojarzyłam kolejno odkrywane fakty, nie pomijając żadnych ważnych informacji.

Czytanie tej książki to relaks i zabawa na najwyższym poziomie. Dużo w niej tajemniczości, osobistych przeżyć, a do tego język powodujący, że dialogi są bardzo inteligentne, tak samo jak bystre są spostrzeżenia, myśli i przeżycia głównego bohatera. Szczerze polecam.

Moja ocena 8/10.

Recenzja powstała we współpracy z  Wydawnictwem Albatros.

„Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy” Margaret Oliphant, J.H. Riddell, Ellen Wood, Roman Zmorski i inni

GWIAZDKA Z DUCHAMI. ANTOLOGIA OPOWIADAŃ GROZY

  • Autorzy: MARGARET OLIPHANT, J.H. RIDDELL, ELLEN WOOD, ROMAN ZMORSKI I INNI
  • Wydawnictwo: Zysk i S-ka
  • Liczba stron: 621
  • Data premiery: 23.11.2021r.

Podobną antologię czytałam w ostatnie, letnie wakacje. Wydana również przez Wydawnictwo @Zysk i S-ka była to „Wakacje wśród duchów. Antologia opowiadań o duchach”. Wśród twórców wielu znanych, wybitnych autorów m.in. Charles Dickens, Oscar Wilde , William Butler Yeats i inni. Dowiadując się o kolejnym wydaniu w tej samej myśli pt. „Gwiazdka z duchami. Antologia opowiadań grozy”, która premierę miała 23 listopada br. wiedziałam, że muszę po raz drugi zanurzyć się w te historie z nie tego świata😊. I tak w me ręce wpadła wspaniała publikacja, w twardej oprawie, z obwolutą oraz wyśmienitymi przekładami. Wśród translatorów mój ulubiony Jerzy Łoziński. Wybór opowiadań i opracowanie redakcyjne nie kto inny jak Tadeusz Zysk. Zapowiadała się więc dobra zabawa na wysokim poziomie.

Ze wszystkich rzeczy, których wymaga się od książki, najważniejszą jest, żeby nadawała się do czytania.” – Anthony Trollope.

Twórcy tej maksymy zdobiącej pierwszą stronę antologii niestety nie ma wśród autorów tego zbioru. Szkoda, bo Trollope w „Najsłynniejszych opowiadaniach wigilijnych” (recenzja na: klik) tegoż samego Wydawnictwa był wręcz niesamowity. Za to Tadeusz Zysk zaprosił mnie do przeczytania historii wymyślonych przez Mrs Henry Wood, Margaret Oliphant i J.H. Riddell – najpopularniejszych reprezentantek literatury angielskiej. Do tego dołożył ciekawą opowieść napisaną przez Zygmunta Krasińskiego oraz trzy utwory autorstwa Romana Zmorskiego. Jak przeczytałam w opisie Wydawcy: „(…) poety, tłumacza i folklorysty”.

Zacznę od Pań. Zafrapowała mnie „Opowieść wigilijna” Margaret Oliphant. To klasyczna, napisana w staroangielskim stylu historia, w której napięcie rośnie, a wyobrażenia przerastają rzeczywistość. O rodzie Witcherleyów i samym Witcherley Arms czytałam z rozbawieniem na twarzy. Nie mylcie rozbawienia z poczuciem groteski. Historia ma w sobie to coś, tą nadprzyrodzoną moc i charakter nawiedzonego domostwa, ale jest napisana w tak brawurowym stylu, że chwilami rozterki bohaterów wprawiały mnie w dobry nastrój. Do tego narracja pierwszoosobowa. Człowieka, który ze wszystkich sił starał się uratować pana na włościach. Na pewno to też zasługa translacji Pana Łozińskiego. Mimo, że tłumaczenie unowocześniło oryginał to styl został zachowany. I to jest dowód na translację na najwyższym poziomie. Bardzo spodobała mi się także historia opisana przez J.H. Riddell w „Świątecznej partyjce”. To perypetie spadkobiercy Martingale, który z siostrą zaczyna zamieszkiwać kolejną angielską rezydencję. Narracja pierwszoosobowa również i w tym przypadku się sprawdziła. Dzięki niej poznajemy rozterki, myśli i frustracje młodego Johna Lestera. Autorka w wielu miejscach zaprasza czytelnika do zabawy zwracając się bezpośrednio do niego. Jak w poniższym przykładzie:

Wy, drodzy czytelnicy, z pewnością jesteście wolni od zabobonnych wyobrażeń. Kpicie sobie z istnienia duchów i powtarzacie, że z chęcią znaleźlibyście jakiś nawiedzony dom, aby spędzić w nim noc, co oczywiście godne jest pochwały i docenienia. Poczekajcie jednak, aż znajdziecie się w odpychającej, opuszczonej, starej, pełnej nieprzyjemnych dźwięków wiejskiej rezydencji…” – „Świąteczna partyjka” J.H. Riddell.

Z tłumaczeniem tego opowiadania również wyśmienicie poradził sobie Pan Jerzy Łoziński. Mimo literatury w iście angielskim stylu, autorowi udało się uniknąć zbyt górnolotnych i pompatycznych sformułowań. Tekst sam sobie płynął pozwalając zanurzyć mi się w opowieść, w której pewien dom i pewna partyjka karciana odegrała główną rolę. Za to kompletnie nie mogłam znieść opowieści Mrs Henry Wood, a właściwie Hellen Wood. Przez żadną z trzech nie potrafiłam przebrnąć. W „Ginie Montani” poraził mnie infantylny styl. Te sformułowania nie potrafiły mi się ułożyć w głowie, wszędzie te ochy, achy. Prośby o brak potępienia, o wybaczenie, o zrozumienie itede, itepe. Szkoda, bo historia mogła być faktycznie mrożącą krew w żyłach. Pozostałe dwie opowieści tej autorki również trąciły naiwnością, prostodusznością i łatwowiernością do kwadratu, a może nawet do sześcianu. Czytałam kiedyś jedną powieść Hellen Wood „Błędnik” (recenzja na klik), która mimo wielu zalet, miała właśnie tę jedną wadę.

Za to Roman Zmorski w trzech utworach, w tym jednym pisanym wierszem oraz Zygmunt Krasiński to same ambrozje, smaczne, soczyste i unikatowe. Oczywiście możemy polemizować o realności przedstawionych historii, zastosowanego stylu, czy chociażby objętości. Ja zwróciłam uwagę na naszych krajanów pod kątem swojskości, urzekającego folkloru, odniesień do wielu wierzeń i obyczajów, które dominowały w dawnej Polsce. Mimo, że opowieści nie były zbyt zawiłe i skomplikowane czytając je poczułam pewną świeżość, jakby powiew wiatru dmący z polskich, zielonych łąk.

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży” Feliks Koneczny

DZIEJE POLSKI OPOWIEDZIANE DLA MŁODZIEŻY

  • Autor: FELIKS KONECZNY
  • Wydawnictwo: : ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 448
  • Data premiery w tym wydaniu: 09.11.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.1999r.

Wydawca @Zysk i S-ka zachęcając do lektury napisał: „Historia Polski Konecznego, opowiedziana przystępnym dla młodych ludzi językiem, zabiera nas w niezwykle interesującą podróż po meandrach polskich dziejów. Ta opowieść jest wciąż żywa i stanowi źródło różnorodnej wiedzy”. Musiałam odbyć tą podróż. Podróż, w którą wyruszyłam po raz drugi wiele, wiele lat po zakończeniu edukacji w liceum, gdzie ostatnio miałam do czynienia  z przedmiotem historia. Musiałam przeczytać premierę z 9 listopada br., by zachęcić moje własne dzieci do zapoznanie się z historycznymi losami Polski trochę w inny, mniej edukacyjny, a bardziej powszechny sposób.

To historia na nowo przeze mnie odkryta. Gdzieś w połowie zaczęłam się jednak gubić. Odłożyłam ją na chwilę realizując inne plany czytelnicze, by wrócić do niej po przerwie. Bohaterowie i antybohaterowie zaczęli mi się mieszać. Same wątki historyczne związane z księstwem Polsko – Litewskim, Poniatowskim, Kościuszko, Chmielnickim, czy Batorym okazały się jednak dla mnie nie do przebrnięcia ciągiem. Sam język jest raczej bardziej naukowy, niż powszechny. Nie wiem, czy młody czytelnik poradzi sobie z tyloma odnośnikami, uwagami, ripostami ujętymi w rozbudowanych zdaniach. To o czym pisze bardzo dobrze obrazuje poniższy cytat, zapraszam.

„Gdybyśmy przynajmniej przez jedno pokolenie utrzymali w swych rękach szkoły ludowe i administrację wiejską, byłoby się przerobiło lud wiejski na nowych obywateli polskich, naród byłby się wzmocnił ogromnie…” -„Dzieje Polski opowiedziane dla młodzieży” Feliks Koneczny.

Nie odnalazłam w książce świeżości, nietuzinkowego podejścia do historii naszego kraju. Wieki przedstawiane kolejno, bez chociażby rozbudowanej myśli polskiej, która była przyczynkiem działalności powstańczej okazały się jednak dla mnie mało atrakcyjne. Styl całkowicie nieodpowiadający młodemu czytelnikowi. Niektóre wątki potraktowane pobieżnie i pokrętnie, bez dogłębniejszej analizy, bez szerszego kontekstu w aspekcie wielu innych, naukowych źródeł. Koneczny pisał ze znawstwem, jakby wykładał historię co najmniej doktorantom. Użył wiele trudnych słów, sformułował w wielu miejscach myśli w sposób skomplikowany, nie dając czytelnikowi żadnego pola do popisu, jakby bez fantazji. I tej „ułańskiej” fantazji i zabrakło w tej książce – jak w tytule – „dla młodzieży”.

Moja ocena: 5/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Jak pozbyć się lęku i zacząć żyć” Pippa Grange

JAK POZBYĆ SIĘ LĘKU I ZACZĄĆ ŻYĆ

  • Autorka: PIPPA GRANGE
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 03.11.2021r.

Ostatnio mój blog zagęstwił się recenzjami poradników. Poradniki czytam okazjonalnie i wyszukuję takie, których aktualnie potrzebuję. Zwykle czytając odnoszę konkluzje przedstawione w książkach tego typu do mojego życia. Szukam analogii i porównania do mojej rzeczywistości. Do tego, w czym mogą te kompendium wiedzy mi pomóc, jak mnie wesprzeć. Autorką „Jak pozbyć się lęku i zacząć żyć” wydanej nakładem @wydawnictwo.muza.sa. jest Pippa Grange. To brytyjska psycholog stosowany, która zdobytą wiedzę w trakcie wieloletniej praktyki wykorzystała w pisaniu. Jest też założycielką firmy konsultingowej Bluestone Edge. Współpracuje i uczy innych trenerów personalnych, jak wspierać współczesne społeczeństwo. Okazuje się, że poczucie lęku towarzyszy wielu z nas. Czasem przybiera formę zaburzenia psychicznego, czasem działa z ukrycia, ale tylko do pewnego momentu.

Każdy z nas odczuwa strach. Jest związany zwykle z różnymi niepokojącymi okolicznościami występującymi w naszym życiu. Czasem strach podszyty jest emocjami, naszymi kompleksami i ciągłym poczuciem winy, że nie jesteśmy wystarczający dobrzy, wystarczająco ciekawi i wystarczająco efektywni. Te uczucia uniemożliwiają nam się rozwijać i czuć radość w naszym codziennym życiu. Tego uczy Pippa Grange  w swoim poradniku, jak nauczyć się żyć ze strachem, który jest nieodłączną częścią życia, by nas nie sparaliżował.

To ciekawe kompendium wiedzy na temat tego, jak radzić sobie z pokonywaniem lęków. Autorka dzieli się z Czytelnikiem wskazówkami, które możemy stosować, by zapomnieć o niepokoju, by zapobiec poszukiwaniu tylko pesymistycznych chwil, trudnych momentów. Nie jest tak, że każdy dzień obfituje w same ciężkie chwile. Wszechogarniający lęk nie pozwala nam tylko dostrzec tego, co dobre, co wspaniałe. Maanam kiedyś śpiewał „Ulotne chwile, jak motyle…”. Tymi motylami zazwyczaj są radosne momenty w naszym życiu. Pojawiają się i znikają, nawet jeśli są najpiękniejszym okazem. Zachwycamy się nimi tylko chwileczkę, a zapominamy o nich szybciej, niż byśmy chcieli. Za to troski, niespełnione oczekiwania i lęki towarzyszą nam długimi nocami, tygodniami, miesiącami. Jak dementorzy w serii o Harrym Potterze krążą ciągle nad naszymi głowami.

Chcecie choć na chwilę uwolnić się od nich? Jeśli tak to sięgnijcie po tę książkę, w której znajdziecie gotowe rozwiązania jak zastąpić lęk celami, marzeniami, pragnieniami, bliskością, zainteresowaniami.

Moja ocena: 7/10

Dziękuję Wydawnictwu Muza za obdarzenie mnie zaufaniem i podarowanie egzemplarza recenzenckiego.

„Chłopiec zwany Gwiazdką” Matt Haig

CHŁOPIEC ZWANY GWIAZDKĄ

  • Autor: MATT HAIG
  • Cykl: GWIAZDKA (tom 1)
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 268
  • Data premiery: 09.11.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 07.11.2016r.

Z okazji ekranizacji książki „Chłopiec zwany Gwiazdką” Matta Haig wydawnictwo @Zysk i S-ka wznowiło publikację. Po raz pierwszy mogliśmy z nią zapoznać się w 2016 roku. Ta pozycja jest całkowicie inna od zrecenzowanej przeze mnie w lipcu br. „Biblioteki o północy”. To magiczna książka, idealna w tej magiczny, świąteczny czas.

To faktycznie historia chłopca zwanego Gwiazdką, urodzonego w Święta Bożego Narodzenia, osieroconego przez ukochaną matkę. Mimo, że żyje szczęśliwie, choć biednie, wyrusza z ojcem drwalem na poszukiwanie  Elfiego Raju licząc, że dzięki temu do życia będzie żył szczęśliwie.

Czyta się wspaniale! Naprawdę wspaniale. Mimo, że sama historia Gwiazdki i jego podróży do Elfiego Raju jest totalną utopią historia nastroiła mnie bardzo optymistycznie. Trudne przeszkody nie są straszne głównemu bohaterowi. Dzięki nim odkrywa całą prawdę o Bożym Narodzeniu. O tym skąd się wziął Święty Mikołaj i dlaczego dzieciom dawane są prezenty w dniu Bożego Narodzenia. To książka drogi. Książka, w której każde dziecko odnajdzie magię. Magię zbliżających się Świąt i ciekawe przygody zachwycające nawet starszych czytelników. A do tego prawda przedstawiona raz uroczo i radośnie, a raz z wielką powagą. Ani jednego, ani drugiego nie za dużo. Proporcje zostały dobrane idealnie.

Jeśli nie macie jeszcze prezentów pod choinkę dla syna, córki, siostrzeńców, czy bratanków wydajcie te parę złotych i zafundujcie dzieciakom podróż do Elfiego Raju. Podróż w nieznane.  

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Świąteczne tajemnice. Najlepsze świąteczne opowieści kryminalne. Tom II” Otto Penzler, praca zbiorowa

ŚWIĄTECZNE TAJEMNICE. NAJLEPSZE ŚWIĄTECZNE OPOWIEŚCI KRYMINALNE. TOM II

  • Wybór i opracowanie: OTTO PENZLER
  • Autorzy: PRACA ZBIOROWA
  • Cykl: Świąteczne tajemnice (tom 2)
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 738
  • Data premiery: 23.11.2021r.

Boże Narodzenie to czas trudny dla wielu ludzi. Na powierzchni pokój i radość, prezenty, rodzina, miłość, a pod tym wszystkim…w mojej pracy wiele się widzi. Ludzie docierają do kresu wytrzymałości i pękają”. – „Blue Christmas” Peter Robinson.

Opowiadania czytam z przerwami, jak już o tym wspomniałam na mym blogu kilkukrotnie. Dlatego też, wiele recenzji opowiadań pojawia się z opóźnieniem. Nie dlatego, że nie czytam, czy zapomniałam o tej pozycji. Tylko właśnie dlatego, by kolejne opowieści nie zlewały mi się w jedną całość, gdzie każde z nich przypomina przeczytane wcześniej. Tego udało mi się uniknąć przy okazji czytania antologii pt. „Świąteczne tajemnice. Najlepsze świąteczne opowieści kryminalne. Tom II”, praca zbiorowa, wybór i opracowanie Otto Penzler. Wydawnictwo @Zysk i S-ka przygotowało to ciekawe zestawienie na okres przypadający przed Bożym Narodzeniem. Premiera tej książki datowana była na 23 listopada br. Za mną każda z prezentowanych w niej historii. Każda z 738 stron😊.

Wybór jest naprawdę wyśmienity. Zbiór podzielony jest na pięć części. Znajdziemy więc w nim „Przerażające opowiadania świąteczne”, „Zaskakujące opowiadania świąteczne”, „Współczesne opowiadania świąteczne”, „Zagadkowe opowiadania świąteczne” oraz „Klasyczne opowiadania świąteczne”, z moją ukochaną Panną Marple Agathy Christie w roli głównej😉. Każda część zawiera kilka opowiadań. W jednej jest ich więcej, w drugiej trochę mniej, nawet tylko trzy. Zarówno główna tematyka, jak i wybór opowieści jest tak urozmaicony, że każdy czytelnik znajdzie w tym tomiszczu coś dla siebie. Sam wybór autorów zachwyca. Od tych bardziej, do mniej współczesnych. I o to chodzi w tym gatunku, by lektura nie znudziła nawet najbardziej wybrednego czytelnika.

Północ jako godzina czarownic to kolejna utracona iluzja – rozmyślała. – Zabita przypuszczalnie przez kluby nocne”. – „Figury woskowe” Ethel Lina White.

Forma wydania zasługuje na najwyższe uznanie. Książka wydana jest w twardej oprawie z obwolutą, na której ujęto wszystkich autorów tego wydania. Przed każdym opowiadaniem znajduje się krótka notka zawierająca najciekawsze informacje związane z pracą literacką twórcy opowieści. Można dowiedzieć się dzięki temu wielu ciekawostek. Na samym końcu Wydawca zachwycił mnie pełną notą wydawniczą, z której w wielkim skrócie można dowiedzieć się o szerokim zakresie tego kompendium. Najstarsza historia opublikowana została po raz pierwszy w roku 1928, a najmłodsza, która dostąpiła zaszczytu uwzględnienia w tej publikacji w roku 2009. Ten rozstrzał okresów, z których pochodzą publikowane historie okazał się być dla mnie prawdziwym rarytasem. Przemieszczałam się mimowolnie z jednego ciekawego okresu do drugiego, z jednego typu bohatera do drugiego, gdzie stosunek do kobiet, zależności, wydarzeń, metod śledczych był tak odmienny, że aż wydawał się chwilami nierealny.

Jak w każdym zbiorze opowiadań, jedne bardziej, drugie mniej mi przypadły do gustu. Zachwyciła mnie pierwsza  opowieść pióra Josephine Bell pt. „Kolędnicy”, w której Panią Fairlands odwiedzili śpiewający kolędy, młodzi ludzie. Mimo, że cała intryga kryminalna nie była nowatorska historia została opisana w pięknym stylu. Dosłownie czułam, że kręcę wokół tych angielskich bohaterów, rozumiem ich mowę i wyobrażenie o panujących zasadach. Totalnym zaskoczeniem była dla mnie historia opisana w „Figurach woskowych” Ethel Liny White, czy w „Odniewinnionych” Bradforda Morrow. To prawdziwe zaskakujące historie z Bożym Narodzeniem w tle, które tym razem odgrywało znacznie mniejszą rolę. Mile czytało się również „Blue Christmas” Petera Robinsona, z nadkomisarzem Banksem, którego własne doświadczenia pomogły mu w rozwiązaniu trudnego wyzwania pojawiającego się w wigilijną noc. Polubiłam policyjny posterunek z „Wszystko w domu” Eda McBaina, w którym wiele się działo. Do tego Autor, miałam wrażenie, na scenie posadził tyle dziwnych, interesujących postaci, że nie sposób było się nudzić. Wtrącenia, gapy sytuacyjne, nieporozumienia i wartkie dialogi przeplatały się ze sobą non stop. Natomiast w „Śmierci przy radiu” Ngaio Marsh zawiodło mnie zakończenie. Intryga tak sprytnie została skonstruowana, że wywiodła komisarza Rodericka Alleyn’a na manowce. Szkoda, że autor podsunął od razu rozwiązanie. Mogła się ciągnąć i ciągnąć. Ojciec tyran, mąż tyran, pracodawca tyran, a wokół sami  podejrzani, wszyscy życzący mu śmierci. Jak u Poirota, jak u Panny Marple. Mogła z tego wyjść niezła historyjka. O wielu opowiadaniach mogłabym pisać i pisać długo. Nie chcę jednak Was zanudzać. Mam nadzieję, że ta recenzja jest dowodem, że warto czytać antologie, które swoim zróżnicowaniem zadowalają prawie każdego. I pamiętajcie. Po tą wyjątkowo jest sens sięgnąć. Wisienką na torcie jest Panna Marple w opowieści zatytułowanej „Świąteczna tragedia” Agathy Christie. W kryminalnej zagadce, o której do pory nie słyszałam.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Powrót” Nicholas Sparks

POWRÓT

  • Autor: NICHOLAS SPARKS
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 416
  • Data premiery: 10.11.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 27.01.2021r.
  • Data premiery światowej: 29.09.2020r.

Jak się wraca do raz przeczytanej książki? Zadaliście sobie kiedyś to pytanie? Oprócz klasyki literatury polskiej i światowej rzadko mi się do zdarza. Gdy otrzymałam od @WydawnictwoAlbatros propozycję zapoznania się ze wznowioną 10 listopad br. książką Nicholasa Sparksa „Powrót” dręczyła mnie wątpliwość, czy to nie za wcześnie. Przecież „Powrót” recenzowałam w wydaniu styczniowym 2021 dopiero co, praktycznie w lutym (recenzja na klik). Na wstępie poprzedniej recenzji napisałam: „Nicholasa Sparksa nikomu nie trzeba przedstawiać, to prawdziwy mistrz romantycznych, obyczajowych opowieści”. I już wiedziałam, że tą pozycję w wydaniu świątecznym muszę sobie odświeżyć. Postanowiłam sprawdzić, czy wzbudzi we mnie te same emocje i czy zwrócę uwagę na te same aspekty.

Życie ciągle daje nam możliwość obrania nowej drogi, na której będziemy się rozwijać i zmieniać. Kiedy patrzymy wstecz, ledwie poznajemy samych siebie”. –„Powrót” Nicholas Sparks.

Trevor Benson, lekarz chirurg – ortopeda wraca do rodzinnych stron jako weteran wojny w Afganistanie. Wojny, w której został ranny i okaleczony do końca życia. Jego dłoń i twarz zdobią „pamiątki”, które trudno ukryć. Z jednej strony jego status pomaga mu się osiedlić w New Born w Karolinie Północnej, w domu jego zmarłego dziadka. Z drugiej, niejednokrotnie budzi niechęć i niepotrzebny dystans. Mało kto wie, jak się zachować twarzą w twarz z weteranem wojennym. Jego życie od powrotu toczy się żółwim tempem. Dogląda pasiekę pszczelą, jak jego dziadek. Mieszka w jego domu, który remontuje. Poznaje okolicznych mieszkańców. Poznaje Callie i Natalie, które są dla niego zagadką. Gdy próbuje dowiedzieć się, co chciał mu powiedzieć przed śmiercią dziadek, zaczyna podążać jego śladem. Wyrusza w podróż kilkaset kilometrów od domu, w czasie której stara się odpowiedzieć na pytanie, co robił dziadek tak daleko od swego miejsca zamieszkania, praktycznie przed samą śmiercią. Czego lub kogo szukał? Z jakich powodów podjął ryzyko, które dla niego zakończyło się tragicznie?

Książki edukują. Niby wiemy to od lat, a jednak czasami ta prawda spada na nas jak grom z jasnego nieba. Przy okazji recenzji książki „Ta, która zawiniła” Jane Corry od Wydawnictwa Albatros (recenzja na klik) napisałam parę słów o zespole stresu pourazowego, na który cierpiała główna bohaterka. Chwaliłam Autorkę za metodyczne podejście do tej jednostki chorobowej oraz szeroką wiedzę wykorzystaną w prozie. Sparks również odniósł się w swej powieści do PTDS, jednak zrobił to całkowicie w inny sposób. Nie dziwne, że weteran wojenny cierpi na tę chorobę. Nic więc dziwnego, że korzysta z pomocy psychiatry. Sparks poszedł jednak o krok dalej. Przedstawił Trevora jako zwycięzcę. Skupił się na jego sukcesach w pokonywaniu tego zaburzenia. Słowami jego terapeuty przeniósł mnie w interesujący świat terapii poznawczo – behawioralnej i terapii dialektyczno – behawioralnej skupiających się na zachowaniach, które mają przeciwdziałać objawom choroby oraz pomagać panować nad negatywnymi emocjami, myślami. I dlatego warto otwierać dwa razy tę samą książkę. Okazuje się, że za każdym razem mamy szansę odkryć ją na nowo, na czymś innym skupić naszą uwagę.

W dwudziestu jeden rozdziałach Sparks spisał opowieść drogi, nie tylko w wymiarze przejechanych kilometrów i ilości odbytych wycieczek. To raczej opowieść drogi do poznawania siebie samego, do odkrywania siebie na nowo. Ta droga jest często wyboista. Ta droga czasem doprowadza nas do upadku, ale dzięki „rozmowom” z własnymi emocjami potrafimy ponownie na niej stanąć wyprostowanym. Jak Trevor, jak Callie, jak Natalie….

Powtórzę już raz napisane po przeczytaniu „Powrotu” słowa , jeśli „(…) lubicie być kołysani i pieszczeni pięknymi, przemyślanymi słowami, to książka będzie dla Was idealna”. Ja tylko dopowiem, zachwyciłam się nią na nowo. Polubiłam Trevora od początku. Odkryłam jego historię i historię jego dziadka z innej strony. Nic, tylko czytać!!!

Moja ocena 7/10.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Albatros.

„Dobre wychowanie” Amor Towles

DOBRE WYCHOWANIE

  • Autor: AMOR TOWLES
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.11.2021r.
  • Data premiery: 01.02.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.03.2013r.

„-Masz dużo…książek – powiedział w końcu.  – To choroba.  – Leczysz… się?  – Niestety, jest nieuleczalna”. – Dobre wychowanie” Amor Towles.

Ha! Ja też choruję nieuleczalnie, tak jak Kate. Bohaterka debiutu literackiego amerykańskiego pisarza i publicysty Amora Towles’a. Autora, który zachwycił świat książką „Dżentelmen w Moskwie”. Czytaliście ten bestseller? Ja jeszcze nie, ale po przeczytaniu „Dobrego wychowania” wydanego nakładem  @wydawnictwoznakpl wiem, że „Dżentelmena w Moskwie” muszę obowiązkowo przeczytać. To taki typowy must have na nowy rok 2022, który  już prawie stoi u naszych drzwi.

Amor Towles opisał w jedynym swoim rodzaju, prawdziwie literackim stylem Nowy Jork w czasie wielkiego kryzysu. Nowego Jorku, gdzie każdy mógł „(…) skrócić albo wydłużyć sobie imię lub nazwisko. Teddy’ego do Tinkera. Eve do Evelyn. Katyę do Kate”. To świat na który spoglądam z zachwytem. Gdzie kluby jazzowe stykały się z nielegalnymi pijalniami. Gdzie istniały miejsca na których drzwiach wisiał szyld „Kobietom wstęp wzbroniony”. Gdzie każdy mógł wiele stracić, gdy równocześnie inny mógł wszystko zyskać. W takiej atmosferze poznajemy Eve i Kate, które w trakcie wspólnej nocy sylwestrowej w muzycznym klubie spotykają bogatego i przystojnego Tinkera. Niespotykanym zbiegiem okoliczności Tinker powoduje wypadek samochodowy, w którym Eve zostaje oszpecona do końca życia. Zraniona dziewczyna zaczyna grę. Grę, w której nagrodą ma być jej nowe, dostatnie życie.

Przeważnie w toku codziennego życia znosimy liczne dowody na to, że tak uniwersalna sprawiedliwość nie istnieje. Niczym koń ciągnący wóz, ze spuszczonymi łbami i końskimi okularami na swoim miejscu, człapiemy po bruku, ciągnąc dobytek panów, i cierpliwie czekamy na następną kostkę cukru.” „Dobre wychowanie” Amor Towles.

Może to nie jest bestsellerowy „Dżentelmen w Moskwie”, ale dla mnie „Dobre wychowanie” okazało się książką wyśmienitą. Czytając miałam wrażenie, że przechadzam się ulicami Nowego Jorku w czasie czterech pół roku. Tak też zresztą skonstruowana jest ta powieść. Odzwierciedla jeden rok w życiu Kate, która jest jednocześnie narratorką tej pozycji. Poznajemy jej wszystkie spostrzeżenia, uwagi, myśli, odczucia i rozterki. Jest to bohaterka i narratorka wyjątkowa. Wysoce inteligentna, umiejąca postawić na swoim, odrzucająca stare konwenanse i obyczaje. Na swój sposób unikatowa. Dodatkowo książkoholiczka, która czyta mnóstwo książek. Opiniami o nich dzieli się wraz z czytelnikiem. Poznajemy jej stosunek do Prousta, Hemingwaya, Wolf, Dickensa czy Agathy Christie. Nie tam żadna młoda trzpiotka, której jedynym celem jest zdobycie bogatego męża, ale kobieta świadoma swojej wartości. Potomkini rosyjskiego żołnierza, który jak wielu innych emigrantów na początku ubiegłego wieku poszukał szczęścia na Nowym Lądzie. W Katie faktycznie można się zakochać i to praktycznie od pierwszych kilkudziesięciu stron.

Nie przeszkadzała mi nawet literówka, którą znalazłam już na 22 stronie w słowie „odróżnić”, które brzmi „dróżnić”. Nie przeszkadzały by mi w czytaniu zapewne setki literówek, a jak wiecie na tego typu błędy jestem wyjątkowo przeczulona. Formuła książki jest bardzo atrakcyjna. O podziale na części zatytułowane kolejnymi porami roku już wspomniałam. Każda część składa się z zatytułowanego rozdziału. Rozdziałów jest łącznie dwadzieścia sześć. Autor zafundował nam wstęp, w którym wiele się dowiadujemy o okolicznościach powstania książki. Do tego Epilog. Nie wiem, czy miał być „… ale mało wybranych”, czy raczej „…dla mało wybranych”. Ale o literówkach już wspomniałam uprzednio. Gdzieniegdzie Autor w historię Katie i jej przyjaciół wplata cytaty z „Zasad uprzejmości i dobrego zachowania w towarzystwie i rozmowie spisane przez młodego George’a Washingtona”. Zestawienie wszystkich stu dziesięciu rad znajdziecie na końcu książki. Niektóre z nich są nadal aktualnie, niektóre już niekoniecznie. Ale czytać o nich w kontekście opisanych w powieści zachowań i postępowań to prawdziwy rarytas.

Amor Towles to pisarz wielowymiarowy. Z jednej strony przypominał mi Hemingwaya, czy Virginię Wolf. Z innej strony jednego z moich ulubionych amerykańskich powieściopisarzy Johna Irvinga. Trudno go jednoznacznie sklasyfikować. Tak jak jego prozę. To proza, gdzie parafrazując samego Autora, każda postać, każde pomieszczenie, które wydaje się zupełnie nowe, jest zarazem znajome jak stary zwyczaj. Amor o samej Agathcie Christie  napisał, że „(…) rozdziela swoje małe niespodzianki w staranie stonowanym tempie niani raczącej słodyczami dzieci powierzone jej opiece.” Ja czytając „Dobre wychowanie” czułam się jakby to Towles rozdzielał mi słodycze, strona po stronie, rozdział po rozdziale. I im bliżej końca, tym chciałam tych słodyczy więcej. Aż żal, że książkę już przeczytałam. Liczę, że znajdę czas by do niej powrócić. CZYTAJCIE!!!

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.