„Sadie” Courtney Summers

SADIE

  • Autor:COURTNEY SUMMERS
  • Wydawnictwo:WE NEED YA
  • Liczba stron:321
  • Data premiery:16.10.2019r.

Zimny kraj, zimny maj” (Maanam „Wyjątkowo Zimny Maj”).

Z bieżącą aurą kojarzy mi się jeden z moich ulubionych przebojów Maanamu. Kora Jackowska o nim śpiewała, a ja w tym zimnym maju czytam. Czytam i czytam. Bieżące premiery przeplatam książkami, które czekały ciągle na mojej półce. Czekały, ale na szczęście tylko do czasu. Jedną z takich książek jest „Sadie” Courtney Summers. Autorki, specjalistki od literatury młodzieżowej. Jednak, o czym Was zapewniam, również specjalistki od poważnych wątków obyczajowych, które zadowolą najbardziej wybredne gusta dorosłych czytelników.

Jakby wszystkie były z góry skazane na przegraną”.

„Sadie” Courtney Summers

Ta historia chwyta za serce. To historia o siostrach, przez matkę z góry skazanych na przegraną. Historia, która zaczyna się „jak wiele takich historii, od martwej dziewczyny.” W scenerii amerykańskich miast i miasteczek czytamy o losach Matie Southern i jej przyrodniej siostry Sadie Hunter. Trzynastolatki i dziewiętnastolatki złączonych matką narkomanką – Claire Southern.  Matką, która nie potrafiła się opiekować córkami. Matką, dla której uzależnienie i kolejni mężczyźni byli ważniejsi, niż własne dzieci. Matką, która  pewnym momencie odeszła. Odeszła zostawiając Matie, dla której była całym światem. Matie, która wyruszyła by ją odnaleźć. Odnaleźć własną matkę. Niestety, ciało trzynastolatki znaleziono trzy dni po jej zaginięciu. Śmierć siostry załamała Sadie. Chudą, jąkającą się dziewiętnastolatkę. Sadie, która opiekowała się siostrą na zmianę ze swoją przybraną babcią May Beth Foster – sąsiadkę z przyczepy mieszkalnej. Sadie, która wyruszyła by odszukać mordercę siostry, gdy pobieżne śledztwo nie wykryło sprawcy. Sadie, która w trakcie prywatnego śledztwa zaginęła. Dzięki May Beth zainteresował się jej zniknięciem dziennikarz West McCray. Czy uda mu się odnaleźć Sadie? Czy odnajdzie tylko jej ciało? Kolejne ciało dziewczyny z góry skazanej na przegraną…

Totalnie odjechana kategoria

Nie mam pojęcia, dlaczego książka została zaliczona do kategorii literatura młodzieżowa. Owszem, główna bohaterka to Sadie – dziewiętnastolatka. Książka jednak dotyka wiele niezwiązanych z problemami nastolatków. Przecież Sadie to nie typowa młoda dziewczyna, która boryka się z problemami dorastania. To istota skrzywdzona przez dorosłych. Istota, która szuka odkupienia. Istota, która sama boryka się z poczuciem winy, że zawiodła, zawiodła swoją młodszą siostrę – Matie.

W książce autorka dotyka problemów uzależnienia od alkoholu, narkotyków dorosłych, nie dzieci, nie nastolatków. To tak naprawdę problemy dorosłych są determinantami sytuacji, w której znalazła się Sadie i przez którą zginęła Matie. Podjęta bardzo ważna w książce kwestia pedofilii również nie dotyczy nastoletnich sprawców. Sprawcami są dorośli mężczyźni, często poważani przez otoczenie i mający szczęśliwe rodziny. Wielokrotnie sami są rodzicami. To Greg, Connor, Adam, Toby, Don, Christopher i tak dalej. Inne imiona a jednak to ci sami mężczyźni. Mężczyźni wykorzystujący niewinne, bezbronne dzieci. Dzieci, które nie potrafią wołać o pomoc. Dzieci, które wstydzą się wołać o pomoc, bo mimo swoich kilku lat mają świadomość, że to co się dzieje nie jest niczym normalnym. Nie jest akceptowane przez nikogo. Jeden z nich to honorowy mieszkaniec swego rodzinnego miasta. Prawidłowa kategoria dla książki to raczej thriller, literatura obyczajowa.

Konstrukcja książki jest niezwykle interesująca. Niektóre rozdziały pisane są z perspektywy tytułowej Sadie. Narracja jest wówczas pierwszoosobowa. Czytamy co Sadie robi i dlaczego, co czuje i jaka jest jej motywacja. Dotykamy najskrytszych zakątków duszy i poznajemy jej punkt widzenia. Inne rozdziały to relacja z radiowego podcasta Westa McCraya, który jako dziennikarz zaangażował się w poszukiwania dziewczyny. Czytamy więc relacje z wywiadów dodatkowo wzbogacane wstępem czy rozwinięciem samego dziennikarza. Ponadto mamy w książce wstawki z przeprowadzonych rozmów telefonicznych Westa z uczestnikami prowadzonego śledztwa dziennikarskiego. To dodatkowo wzbogaca fabułę. Poznajemy w jakim zakłamaniu żyją bohaterowie, co ukrywają, jakie mają zaburzone percepcje lub na co kompletnie nie zwrócili uwagi. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi autorki jedną kwestię poznajemy z różnych stron.

Mimo, że około dwusetnej strony domyślałam się o co w zniknięciu Sadie chodzi, nie potrafiłam przestać czytać. Dlaczego? To proste, to bardzo dobrze opisana historia. Historia Sadie. Sadie bardzo prawdziwej. Sadie, której los nie oszczędzał, ale która się nie poddawała. Sadie która tylko chciała „odebrać swoją siostrę”.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu We need YA.

„Kurs na śmierć” Wojciech Wójcik

KURS NA ŚMIERĆ

  • Autor: WOJCIECH WÓJCIK
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:696
  • Data premiery:27.04.2021r.

Długo czekałam na tą pozycję. Dotarła do mnie dzień przed premierą, która miała miejsce 27 kwietnia. Nie zdążyłam więc z recenzją premierową, tym bardziej, że „Kurs na śmierć” liczy sobie trochę stron. Zmieniłam jednak moje plany czytelnicze i recenzenckie, by spieszyć do Was najszybciej jako to możliwe z recenzją najnowszej książki Wojciecha Wójcika.

Nie mogę nie wspomnieć o samym autorze, którego bibliografia już jest bardzo , mimo debiutu w 2016 roku książką „Nikomu nie ufaj”. Następnie wydano „Garść popiołu” (2016), „Jezioro pełne łez” (2017), „Młoda krew” (2018), „Miałeś tam nie wracać” (2019), „Himalaistka” (2020) i „Dziedzictwo von Schindlerów” (2020). Czytaliście którąś z nich? Macie wyrobione swoje zdanie na temat autora i jego publikacji? Podzielcie się. „Kurs na śmierć” to moja pierwsza książka tego autora. Na pewno nie ostatnia.

Policyjny świat

Do tego świata wkraczamy z impetem. Zaczynamy od śmierci upozorowanej na samobójstwo, w której ginie komendant Akademii Szkolenia Policji w Legionowie Cezary Majchrzak. Śledztwo powierzone zostało Kazikowi Ciołczykowi oraz niegdysiejszemu zesłańcowi za złe zachowanie, zdolnemu śledczemu Pawłowi Łukasikowi. Dwa tygodnie przed śmiercią „(…) komendant legionowskiej Akademii Szkolenia Policji, został bohaterem serwisów informacyjnych.”. To wszystko dzięki wydarzeniu na peronie podwarszawskiej kolejki miejskiej, gdzie uratował niedoszłą samobójczynię. Z pozoru proste śledztwo komplikuje się, gdy śledczy odkrywają związek Majchrzaka z Olgą Burzyńską, której samobójstwo również budzi wątpliwości. Podejrzanym za śmierć Olgi naturalnie staje mąż. Mąż, który nie był Oldze wierny. Mąż, któremu Olga również nie była wierna. Przy czym mąż o tym nie wiedział.  W śledztwie Ciołczyka i Łukasika wspiera młodszy inspektor Kuba Gąska, który tymczasowo pełni rolę komendanta. Na terenie Akademii działania prowadzi również kursantka Agnieszka Jamróz. Śledztwo ukryte, nieformalne, które okaże się kluczowe dla tej zagadki kryminalnej. Zagadki kryminalnej ze świata dla zwykłego śmiertelnika zamkniętego, niedostępnego. Świata, w którym rządzą proste zasady. Zasady opisane w prostych dwóch zdaniach.

Seks, pieniądze, koleżeńskie przysługi… Są rzeczy i sytuacje, o których się nie rozmawia”

„Kurs na śmierć” Wojciech Wójcik

Z tymi wszystkimi niuansami  muszą poradzić sobie i doświadczeni śledczy, i początkująca kursantka. Niuansami wzajemnych koligacji, ciągnięcia w górę lub zrzucania w dół w zależności od  panującej aury politycznej. Co z morderstwami miał wspólnego incydent z bronią na terenie akademii? Czy ze sprawą wiąże się znaleziony przez kursantkę Agnieszkę rozbity dron? Dlaczego o pierwszej ofierze wszyscy wiedzą wiele a jednocześnie nic? Takie i inne pytania pojawiają się w trakcie policyjnej katorżniczej pracy. Pracy, która musi być wykonana do końca. Wykonana jak najlepiej, bez względu na konsekwencje.

Wielowymiarowi bohaterowie

Sama narracja potwierdza tą wielowymiarowość. Narrator relacjonuje w trzeciej osobie i czasie przeszłym z perspektywy Agnieszki oraz z perspektywy Pawła. Lubię takie połączenia. Zawsze są korzystne dla toczonej fabuły. Bohaterowie skomplikowani. Jedni bardziej, inni mniej. Kazik Ciołczyk, syn legendy policji trochę ciapowaty budzi sympatię. Jego ksenofobia… cóż, od razu rzuca się w oczy. Nowacka zastępczyni zmarłego Majchrzyka, sprawna fizycznie mocno stąpająca po ziemi, dokładnie wiedząca czego chce. Nawet jeśli stosowane przez nią metody zarządzania nie do końca wydają się adekwatne.

Z pozoru nieistotne wątki obyczajowe okazują się ważne. Paweł i jego relacje z byłą oraz aktualną partnerką. Nieszczęśliwe love strony z akademickim instruktorem strzelnictwa i kursantkami w roli głównej. Miłość zza ogrodzenia możliwa dzięki kontrolowanej dziurze w płocie. Dzieci, wnuki byłych policjantów, którzy niejednokrotnie nie są w stanie dogonić legend. Zazdrość, zdradzona miłość, zemsta i dewiacje tych, którzy są na świeczniku. Zdradzone żony, niewierni mężowie. Prostytucja i sponsoring. Tematy, motywy się mnożą w miarę czytania. Momentami miałam wrażenie, że autor chce rozwinąć wszystkie dotychczas mi znane wątki z innych kryminałów. Nic bardziej mylnego. Podjęte policyjne działania i odkryte nowe wątki okazują się na końcu kluczowe dla sprawy. Istotne dla sprawcy, ważne dla ofiary.

Styl jest prosty. Dialogi i opisy nie tak dosadne, jak można byłoby się spodziewać wiedząc, w jakich warunkach i w jakich relacjach pracują policjanci. Muszę przyznać, że zbrodnie i motywy autor mógłby umiejscowić w każdej społeczności, nie tylko policyjnej. Nawet społeczność akademicka będąca przedmiotem jednego z pobocznych wątków, mogłaby być miejscem akcji. Wójcik oparł intrygę kryminalną na uniwersalnych prawdach, pragnieniach i skrzywieniach ludzkich, a także na potrzebach opieki i chronienia najbliższych. Czasem nawet w zastępstwie tych, których nie ma już obok nas.

Mimo, że akcja jest wielowątkowa ani razu się w niej nie pogubiłam. Niespieszne policyjne śledztwo prowadzone jest bowiem bardzo systematycznie, co pozwala nadążyć za literacką fikcją. Książkę czytałam z przyjemnością. Dodatkowego powabu dodają jej tajemnice z przeszłości, przeszłe intrygi i sekrety, które zostają ujawnione.

Szukacie lektury na deszczowe majowe dni? Chwytajcie za „Kurs na śmierć”, szczerze polecam!

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!

„Skazana przez mafię” Adelina Tulińska

SKAZANA PRZEZ MAFIĘ

  • Autor: ADELINA TULIŃSKA
  • Wydawnictwo: KOBIECE
  • Seria: BRACIA VEDETTI. TOM 2
  • Liczba stron: 320
  • Data premiery: 10.02.2021r.

Lutowa premiera od Wydawnictwa Kobiece to druga część cyklu @Ada Tulińska – Strona autorska. Chronologicznie cały cykl to: „Zależna od mafii”, „Skazana przez mafię” oraz premiera z 14 kwietnia „Wybrana przez mafię”. Pierwszej części nie czytałam. Po lekturze „Skazanej przez mafię” już wiem, że dobrze książki czyta się w całym cyklu. Wtedy dostajemy kompletny obraz rodziny Vedetti. Jeśli będziecie się zastanawiać co robić w deszczowy weekend ta seria nada się idealnie, by spędzić mile czas. Ja lekturę trzeciego tomu również mam za sobą, w najbliższym czasie możecie się spodziewać recenzji.

Bracia Vedetti po raz drugi

Typowi mafiosi. Polsko – włoscy przystojni faceci, bracia Vedetti. Filip i Aleksander, którzy po śmierci ojca „zostają na lodzie”. Filipowi to nie przeszkadza ma już swój plan na życie. Aleksander nie może pogodzić się z tym, że został odsunięty na boczny tor, a pierwsze skrzypce gra jego kuzyn. Aleksander przyzwyczajony do luksusowego życia wie, że musi z kuzynem wejść w relację. Czysto zawodową relację. W układ w mafijnym półświatku. Pakt, z którego się nie wychodzi ot tak. Gdy Aleksander myśli, że przegrał swoje życie spotyka Łucję Olszewską, panią prokurator. Prokurator z którą na życzenie kuzyna – Roberta powinien stworzyć układ. Układ prawie idealny. Układ, który jednak wymyka się spod kontroli.

Książka prawie idealna

Z jednej strony idealna fabuła dla książki tego gatunku. Nie ukrywam czytało się dobrze. Styl nie był męczący, a sceny intymnych zbliżeń dały radę. Książkę naprawdę czyta się jednym tchem. Pochłania się ją w dwie godziny. Przyznaję, trochę zmęczyła mnie w połowie. Praktycznie ją odłożyłam, by zaraz do niej wrócić. Takie chwilowe „zmęczenie materiału”. Spodobał mi się Aleksander, nie mówić  Olek, bo to odbiera mu męskości. A męskości mu nie brakuje. Wygodnicki, przyzwyczajony do pieniędzy, do tego, że nie musi się o nie starać. Po śmierci ojca sam musi o siebie zadbać. W ten sposób wreszcie dojrzewa. Autorka przedstawiła go w bardzo dobry sposób. Prawdziwy sposób. Przecież prawdziwi macho uwielbiają mieć forsę, łatwą forsę.

Nie przekonała mnie natomiast kompletnie Łucja. Może to wynika z tego, że w stosunku do kobiet jestem z natury bardzo wymagająca. Może. Taka krucha dziewczynka, by w momencie stać się skuteczną prokurator regionalną. W postaciach zawsze szukam prawdziwości. Mając swoje lata na karku, przechodząc pewną drogę zawodową wiem, że efektywny, zdecydowany, zdeterminowany, nie wnoszący sprzeciwu prokurator ma pewne cechy osobowościowe, które pozwoliły mu dotrzeć na szczyt. A prokuratorem regionalnym nie zostaje byle kto. Powiecie „czepiasz się”. Możliwe. Kruchość w Łucji mi jednak przeszkadzała. O wiele bardziej podobałaby mi się, gdyby swoje zdecydowanie przeniosła na relacje damsko – męskie. Przecież zdecydowana kobieta również może być uległa względem odpowiedniego mężczyzny.

Przeczytajcie książkę sami, by zdobyć własne zdanie. Tylko w taki sposób zweryfikujecie, czy zgadzacie się z moją recenzją.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

„Kopciuszek i szklany sufit” Ellen Haun, Laura Lane

KOPCIUSZEK I SZKLANY SUFIT

  • Autor:ELLEN HAUN, LAURA LANE
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:128
  • Data premiery:27.01.2021r.

Ta książka na moim blogu nie znalazła się przypadkowo.  Kojarzycie bajki dla dziewczynek? Wszystkie takie same. Piękna księżniczka spotyka przystojnego księcia, w niektórych historiach hojnie obdarzonego, ratują królestwo i żyją długo i szczęśliwie. Ble ble ble. Może dlatego moje ulubione bajki to „Kraina lodu” i „Merida Waleczna”. Jedna stanowi o miłości siostrzanej, druga o miłości matki do córki. Chyba do podobnego wniosku doszły autorki „Kopciuszka i szklanego sufitu”  od wydawnictwa Albatros. Biorąc na swój warsztat najważniejsze bajkowe historie i przerabiając je w feministyczny manifest. Czy ta manifa się udała?

Dawno, dawno temu

 Rzecz o przerobionych bajkach. Mamy więc zdolnego, zaradnego Kopciuszka, który potrafi odpowiednio zareagować na przemocową macochę i niewdzięczne siostry przyrodnie. Mulan jest nie tylko waleczna, lecz również robi niezwykłą, jak przystoi na współczesną kobietę, karierę w wojsku. W sumie to…wypowiada własną wojnę. Nooo, to może za bardzo feministyczne.  Wendy, przyjaciółka Piotrusia Pana, nie jest tylko piękną ozdobą męskiego grona. Co więcej! Przestaje otwierać obcemu facetowi, który co noc mami ją zza okna. Śpiąca Królewna natomiast składa sprzeciw na nieprawnie składany bez jej zgody pocałunek przez księcia. Wreszcie!!!!! O dziwo Arielka dostaje waginę. I w ogóle nie żyją długo i szczęśliwie.

Kobieta mieszkająca z siedmioma facetami

Same się te bajki prosiły, zgodzicie się? Kto wymyślił te historie? Mimo wszystko długo zabrało nam przeredagowanie tych najsławniejszych bajkowych postaci na modłę współczesnej kobiety. Kobiety, która nie musi przyjmować niechcianych pocałunków. Kobiety, która również ma swoje potrzeby seksualne, których to wcale mężczyzna nie musi zaspokajać. Kobiety, która może być homoseksualna i ma takie samo prawo do szczęścia, udanego związku. Kobiety, która ma prawo żądać, by być traktowana na równi z mężczyzną. Tak samo wynagradzana, tak samo premiowana, tak samo rozliczana z zadań i czasu pracy.

Bajki poruszają tak istotne kwestie jak homofobia czy molestowanie. Oczywiście te ważne problemy zostały przerysowane, opisane obrazkami. To przecież przeredagowane bajki! Momentami książka oprócz dowcipu obfitowała w zbyt dosadne opisy i całkowicie moim zdaniem niepotrzebne wulgaryzmy. Język w takim przesłaniu jest bardzo istotny. Dla mnie język bardziej delikatny, bardziej subtelny pomógłby w odbiorze tak kontrowersyjnego dzieła.

Musimy jednak pamiętać, że to bajki z przesłaniem, nowym morałem. Trzeba je traktować jak skecze w kabarecie, gdzie przerysowanych bohaterów i gagów pod dostatkiem.

Reasumując, „Poddaj się myśli tej, że życie kabaretem jest. Do kabaretu wejdź!” – Katarzyna Jamróz „Kabaret”

Moja ocena: 6/10

Za możliwość recenzji książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

Recenzja przedpremierowa – „Miasto głupców” Hanna Greń

MIASTO GŁUPCÓW

  • Autor: HANNA GREŃ
  • Seria: DIONIZA REMAŃSKA (TOM 4)
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:424
  • Data premiery: 05.05.2021r.

Miło mi zaprezentować Wam kolejną książkę, która premierę będzie miała 5 maja. To „Miasto głupców” @Hanna Greń – strona autorska (https://hannagren.pl/). Przed Wami kolejna recenzja przedpremierowa, którą udało mi się napisać, z czego się bardzo cieszę.

„Miasto głupców” to czwarta część cyklu z Dionizą Remańską. Książkę można oczywiście czytać bez znajomości poprzednich tomu, ale jeśli ktoś nie czytał to zdecydowanie polecam wcześniejsze części, cyklu, który bardzo sobie cenię. Przyznaję, że na tą część czekałam z utęsknieniem. Książki Hanny Greń recenzowałam nie raz. Przypominam poprzednie recenzje książek z serii: Wioska kłamców oraz Więzy krwi. Jak sama autorka o sobie pisze na jej oficjalnym profilu FB „Ekonomistka z wykształcenia, kryminalistka z wyboru”. Przypomnę, że doświadczenie ekonomiczne przydało się Hannie Greń przy okazji pisania Północnej zmiany. Jakie doświadczenie tym razem wykorzysta Greń w swej powieści, by Dioniza mogła nas zaskoczyć? Czy ekonomiczne, czy kryminalne? 

Trudno dotrzeć do prawdy, gdy wszyscy wokół milczą jak zaklęci”. – z opisu wydawcy.

Lubię w recenzjach wykorzystywać cytaty z opisu wydawcy, które wyjątkowo wpadły mi w oko. Ten cytat spodobał mi się bardzo, daje przedsmak ogromnej tajemnicy. Tajemnicy, o której nikt nie chce mówić. Tajemnicy, z którą muszą się borykać Magdalena i Krzysztof Witeccy. Tajemnicy ogrodu przy uroczym domku w Jasieniu, w którym Witeccy mieli rozpocząć dalsze, szczęśliwe życie. Tajemnicy, której początek sięga morderstwa Białej Matyldy. Matyldy, która  do dzisiaj nawiedza miejsce swej śmierci.  Niestety, samodzielne próby wyjaśnienia zjawiska okazują się nieudane. Sąsiedzi nie są skorzy do pomocy. Witeccy nie dają jednak za wygraną, wszak wprowadzili się do wymarzonego domku i proszą o pomoc Dionizę Remańską. Dioniza, z typowym dla siebie urokiem, rozpoczyna śledztwo. Śledztwo, które ujawnia, że śmierć miejscowej Zosi Rusek nie była przypadkowa, a nierozwiązane sprawy sprzed lat kładą cień na aktualne wydarzenia.

Wyjątkowe imię

Nie mogłam odmówić sobie nawiązania do wyjątkowego imienia głównej bohaterki. Dowiedziałam się, że Dioniza pochodzi od imienia Dionizosa, greckiego boga wina, płodności i plonów. W Bazie imion przeczytałam natomiast, że „Dioniza bywa najczęściej dość specyficzną osobą, którą jedni uwielbiają, inni – wręcz przeciwnie” (źródło: baza imion). Taka właśnie jest Dioniza. Jedni, jak Marcin Lipski czy Ratio ją uwielbiają. Inni nie potrafią jej znieść, jest dla nich antypatyczna. Jeszcze inni uczą się jej, jak nieznanego dotąd przedmiotu. Poznają, penetrują zakamarki jej duszy. Starają się jak mogą, by odkryć to co jest do odkrycia. Jak Szymon Ogiński.

Powieść skonstruowana jest bardzo dobrze. To kolejny kryminał autorki z bardzo dobrze rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Zatytułowane rozdziały zostały wzbogacone datą i miejscem akcji. Narracja jest trzecioosobowa. Greń oprócz bieżących wydarzeń zabiera czytelnik w podróż w przeszłość. Pozwala dowiedzieć się nam co się wydarzyło „Kiedyś, gdzieś”. Przez długi czas zastanawiałam się o kim jest ta historia z przeszłości. Na szczęście wszystkie wątki obyczajowe ułożyły się w jedną spójną całość. To te zdarzenia z „Kiedyś, gdzieś” okazały się dla mnie najbardziej traumatyczne. Greń bardzo dobrze zakotwiczyła we mnie tragedię samotnego dziecka. Samotnego dziecka wychowanego jedynie przez matkę. Matkę, która nie potrafiła opiekować się jak należy swoim potomstwem. Potrafiła tylko krzywdzić i z tej krzywdy się cieszyć. Momentami jej oblicze wyglądało „(…) jak maska złośliwego clowna”. Dziecko wielokrotnie nie wiedziało, „(…) czy bardziej boi się bicia, czy tego właśnie śmiechu, strasznego, wręcz nieludzkiego”. Sama jestem matką. Dlatego bohaterki matek, które bardziej lub mniej świadomie krzywdzą swoje dzieci, tak zapadają mi w pamięć, tak mnie męczą. Na Hannę Greń można liczyć. Z fabuły czytelnik dowiaduje się, co spowodowało zmianę w zachowaniu matki. Gdzie był początek zła, które potem rozrosło się do niebotycznych rozmiarów.

Niezwykle spodobała mi się relacja Diony z Ratiem –  młodym chłopakiem, którego Dioniza wzięła pod swoje skrzydła w przeszłości. Okazuje się, że Ratio nie pojawił się w domu Dionizy nadaremno. Dla prowadzonego dochodzenia okazał się osobą kluczową.  Mimo specyficznych cech, Ratio okazał się mężczyzną z wieloma talentami. Sama Dioniza, jak zwykle inteligenta, zdeterminowana, z poczuciem humoru oraz dystansem do siebie i otaczającego ją świata. W śledztwie pomaga jej zdobyte doświadczenie w policji. Zasadniczo w stosowanych metodach, praca Pani Prywatnej Detektyw Dionizy Remańskiej niewiele się różni od sposobów postępowania i dedukcji policjantów prowadzących śledztwo. Współpraca z miejską policją faktycznie Dionie układa się wyśmienicie. Coś jakby Poirot i inspektor Japp ze Scotland Yardu. Tylko trochę w ulepszonej wersji. Policjanci nie są sceptycznie nastawieni do pracy „małych szarych komórek” Diony, wręcz przeciwnie, z każdego rozwikłanego wątku czerpią pełnymi garściami zbliżając się do rozwiązania zagadki. Uwielbiam Dionę, ale wolę ją w wersji bardziej „z pazurem”. Moim zdaniem, za mało w tej części samej Diony. Jest wielu bardzo dobrze wykreowanych bohaterów, czuję jednak niedosyt samą Dioną. To oczywiste, gdy uważa się ją za najbardziej atrakcyjny element serii. Zabrakło mi również pociągniętego wątku Witeckich, od których wszak ta cała historia się zaczęła. Czytelnik nie wie co się z nimi stało, nie wie czy powrócą kiedykolwiek do swego uroczego, malowniczego, wyremontowanego własnym sumptem domku w Jasieniu, by wieść szczęśliwe życie. Szkoda, bo w wątkach obyczajowych Hanna Greń jest po prostu mistrzynią!!!

Bardzo dobrze autorka oddała cechy hermetycznej społeczności. Społeczności małej, w której „ręka rękę myje” a wspólne sekrety spajają bardziej niż jakakolwiek przysięga małżeństwa. Tak dobrze oddana małomiasteczkowa rzeczywistość powodowała, że miejscami zaczynałam się sama dusić czując na sobie spojrzenia ludzkich oczu wychylających się dyskretnie zza firanek. Żadna recenzja nie odda tego majstersztyku autorki w obrazowaniu ludzkich, małomiasteczkowych przywar. Musicie sami przeczytać o tym mieście głupców. Prawdziwym mieście głupców.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU CZWARTA STRONA.

„Do ostatniej kropli krwi” Graham Masterton

DO OSTATNIEJ KROPLI KRWI

  • Autor:GRAHAM MASTERTON
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Seria: KATIE MAGUIRE. TOM 11
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:24.03.2021r.

Ponad miesiąc temu premierę miała najnowsza książka serii o Katie Maguire „Do ostatniej kropli krwi” wydana przez Wydawnictwo Albatros. Ostatnie dwa tomy serii przeczytałam jeden po drugim. Czy to dobrze? Czy nie lepiej zrobić sobie małe wakacje od tych samych bohaterów, tego samego stylu, podobnych problemów?  Mam nadzieję, że odpowiedzi na te pytania odnajdziecie w recenzji. Zapraszam.

Siedem dziewcząt z Albatrosa, Tyś jedyna” – „Beata z Albatrosa” Janusz Laskowski

 Nie ukrywam, że czytając książki wydawane przez Albatrosa kołacze mi się ten tekst piosenki. Po pierwsze skojarzenie z nazwą wydawnictwa, całkowicie oczywiste, po drugie szerokie spektrum premier, w których kobiety odgrywają znaczącą rolę. Tak jest w serii z Katie Maguire, nadkomisarz z Garda Sίochána w irlandzkim Cork. Katie zdecydowanie łączy w sobie cechy kobiece i męskie. Nie jest jednoznaczna. Z jednej strony bezkompromisowa, nawet po pogrzebie swego partnera od razu rzuca się w wir pracy. Samą wiadomość o śmierci również przyjęła spokojnie, bez histerii. Z drugiej, bardzo czuła na krzywdę innych, ocierająca w ukryciu łzy i wrażliwa na otoczenie. Autor szczególną uwagę zwraca na kobiecy wygląd Katie. Jakby chciał uwypuklić te żeńskie cechy. Oczywiście u Albatrosa kobiet jest więcej niż siedem.

Diabeł często wygląda jak anioł” – irlandzkie przysłowie.

 W najnowszej części Katie musi zmierzyć się z kolejnymi wyzwaniami w swojej policyjnej karierze. Takich w Cork wiele. Warto wspomnieć chociażby o cygańskich żebrakach, „nigeryjskich handlarzach żywym towarem w celach seksualnych, gangach złodziei sklepowych…”. Wątek kryminalny rozpoczyna się od śmierci sędziego Garretta Quinn, który ginie w płonącym samochodzie w dniu, w którym miał ogłosić wyrok w sprawie lokalnego gangstera Donala Hagerty’ego. Spalone zwłoki od razu zidentyfikowała Katie. Identyfikację przeprowadziła po obrączce claddagh, którą…. sama kiedyś ofiarowała sędziemu w trakcie ich intensywnego związku. Nie ona jedna była kochanką Garretta. W trakcie śledztwa okazuje się, że sędzia miał słabość do płci pięknej. Komu więc mogło zależeć na jego śmierci? Zdradzonej żonie, odrzuconej kochance czy lokalnemu mafiosie? Śledztwo komplikuje się, gdy brat sądzonego przez sędziego również traci życie. Z pozoru śmierć Billy’ego Hagerty’ego wydaje się rozgrywkami w wojnie gangów. Wojny O’Flynnów i Riordanów, która trwa od lat. Czy śledztwo potwierdzi tezę postanowioną na początku?

Za dużo tej chrześcijańskiej mentalności

Zdecydowanie. To przeszkadzało mi w czytaniu. Wiadomo, Irlandia religijny kraj. Odłam rzymskokatolicki jest dominujący (78,3% populacji). Jednak czy co parę stron muszę czytać chrześcijańskie bluźnierstwa typu: „Matko Boska…” – ooo tego to zatrzęsienie, „Słodki Jezu”, „Jezu…”, „Józefie święty!”? Irytowały mnie wplecione co jakiś czas religijne wstawki, jak: „Przysięgam ci to przed Bogiem, Marią, Józefem i wszystkimi aniołami!”, „.(…) Żyjesz i Bóg od początku cię kocha…”, „(…) Bóg miał powód, żeby zabrać ją z powrotem do nieba…”. I kolejne zdanie w tym samym wersie „(…) żeby Bóg pozwolił nam cieszyć się nią trochę dłużej…”.  Zabieg ten stosowany był zarówno w przypadku bohaterów złych, jak i dobrych. Bez wyjątku. Dodatkowo wszyscy wkoło się o coś modlą. Gangsterzy, śledczy, sędziowie, rodzina ofiar i nawet mordercy! Ta maniera dodatkowo mnie irytowała.

Wątek obyczajowy głównych bohaterów jest cechą charakterystyczną autora. W tej części również czytelnik dowiaduje się, co dzieje się w życiu śledczych, ofiar a nawet przestępców. Jakoś tylko pogubiłam się w życiu intymnym głównej bohaterki. Fakt, nie czytałam wszystkich książek z serii. Moim zdaniem, autor nie wprowadził na początku książki czytelnika w homoseksualne skłonności Katie. No bo jak inaczej nazwać relację Katie z Kyną?

Przyjaciółka przytuliła ją i obsypała jej twarz lekkimi całusami, a później obdarzyła ją długim, namiętnym pocałunkiem, wsuwając język w jej ustaw i jednocześnie obejmując jej prawą pierś przez sweter”.

Zawsze staram się czytać powieść w pełnym skupieniu. Tak było i tym razem. Kompletnie nie wyłapałam, że rodzi się jakaś nietypowa relacja pomiędzy kobietami. Cytowany powyżej opis pojawił się nagle. Nie został dodatkowo zinterpretowany. Jest to nietypowe. Masterton zwykle wprowadza czytelnika w wątki osobiste, w ten sposób umożliwiając czytanie książek odrębnie, niezależnie od całej serii. W tej części również mamy wiele powtórzonych wątków z poprzednich książek. Ten jednak kompletnie pojawił się bez wytłumaczenia, bez dodatkowego komentarza. Generalnie patrzę na życie intymne nadkomisarz Katie Maguire po tej części inaczej. W poprzedniej, analogicznie jak i w tej pojawia się kochanek z przeszłości. Kochanek, z którym Katie miała bardziej lub mniej zobowiązujący romans. Zastanawia mnie tylko, czy w każdej następnej części będziemy dowiadywać się o kolejnej seksualnej relacji Katie z osobą znaczącą dla toczonego śledztwa?. Mam nadzieję, że nie. To w mojej opinii zbędne, niepotrzebne. Nie wiem w ogóle dlaczego Katie obrazowana jest jak Czarna Wdowa. Kogokolwiek nie dotknie, ten traci życie. Za dużo tych strat wśród bliskich jej osób. Za dużo…

Znakiem rozpoznawczym autora są dosadne opisy ofiar, miejsc zbrodni. Tak jest i w tej części. Przygotujcie się na puste oczodoły, brązowe zęby obnażone w wilczym uśmiechu, wiszącą przekrzywioną żuchwę z wszystkimi zębami na widoku czy wyrwany tył czaszki. Opisy te nie są jednak przesadzone. Zwykła śledcza praca, zwykła śledcza rzeczywistość. Tak szczegółowa charakterystyka, moim zdaniem, dodaje tylko realności opisywanym wydarzeniom.

Bardzo dobry okazał się wątek poboczny Mordercy znad Lee. Człowieka, który wrzucał do rzeki przypadkowych przechodniów. Jak to u Mastertona, opis śmierci przez utonięcie młodej matki samotnie wychowującej kilkunastomiesięczną córeczkę, druzgocący. Tym bardziej, że osiemdziesięcioletni sąsiad mógł uratować tylko jedną z nich. Którą miał wybrać, matkę czy tonącą córeczkę?. Takich mrożących krew w żyłach opisów wiele. To nie zbrodnia jednak jest tu najważniejsza. Autor skupia naszą uwagę na ofiarach, zarówno przypadkowych jak i zamierzonych. Jakby chciał nam zwrócić uwagę, że to może spotkać każdego z nas. My też możemy być następni.

Według mnie to najsłabsza z przeczytanych przeze mnie dotychczas książek serii. Jeśli wśród Was są jednak fani przygód Katie Maguire, niech nie zrazi Was moja opinia. Pamiętajcie, zdanie o książce wyrobicie sobie tylko, gdy sami ją przeczytacie.

Moja ocena: 6/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Albatros.

„Żebrząc o śmierć” Graham Masterton

ŻEBRZĄC O ŚMIERĆ

  • Autor:GRAHAM MASTERTON
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Seria: KATIE MAGUIRE. TOM 10
  • Liczba stron:480
  • Data premiery:15.07.2020r.

24 marca 2021 miała premierę najnowsza, jedenasta część serii o nadkomisarz Katie Maguire zatytułowana „Do ostatniej kropli krwi”. Nie ukrywam już ją czytam i spodziewajcie się wkrótce relacji z mojej strony. Nie mogę jednak opublikować recenzji najnowszej książki serii od Wydawnictwa Albatros bez recenzji poprzedniego tomu. Niniejszym spóźniona, jednak niezapomniana recenzja dziesiątej książki cyklu zatytułowanej „Żebrząc o śmierć”.

Katie Maguire jak Chyłka

Wiecie, że jestem ogromną fanką Chyłki Remigiusza Mroza. Jest to postać literacka z tych, które do tej pory mi się nie znudziły. Sięgając po kolejny tom serii z Katie Maguire zastanawiam się, czy to już będzie ten moment. Moment przesycenia postacią literacką. Moment, w którym bohaterka zacznie mnie drażnić, doprowadzać do szału, a jej wybory powodować pobłażliwy, czasem głupkowaty uśmiech. Nie tym razem, nie tym razem. To jeszcze nie ta książka z serii.

W „Żebrząc o śmierć” Katie Maguire nadal daje radę. Tym razem Katie musi zmierzyć się z morderstwami bezdomnych. Ktoś w bardzo wyrafinowany sposób pozbywa się konkurencji na rynku bardzo dochodowych miejsc do żebrania. Zgony bezdomnych śledczy kojarzą od razu z pojawieniem się w Cork Lupula, mężczyzny z Rumunii, który przywiózł dwudziestu jeden swoich rodaków, by czerpać dochody z ich żebrania. O tym Katie dowiaduje się od małej dziewczynki. Dziewczynki szukającej matki. Śledztwu nie sprzyjają „prywatne wycieczki” aktualnego szefa nadkomisarz Maguire, Brendana O’Kane’a, z którym w akademii policyjnej Katie łączył romans. Dodatkowo działania Conora, narzeczonego Katie przysparzają jej trosk. Czy prywatne życie wpłynie negatywne na działanie śledztwa? Czy Lupul jest tym, którego szukają śledczy z Garda Sίochána?

Udana część udanego cyklu

O tym, że książka jest dobra nie świadczą tylko szczegóły prowadzonego śledztwa. Chociaż bez dwóch zdań jest to książka dla fanów Mastertona i fanów nadkomisarz Maguire. Oprócz głównego wątku kryminalnego autor wplótł wątki poboczne, których rozwiązanie wciągnęło mnie nawet bardziej niż główna fabuła. Nie mogło być inaczej, gdy czytałam o pierścionku znalezionym w mięsie mielonym (brrr) czy obserwowałam wydarzenia z perspektywy Brianny, która doprowadza do eutanazji pełniąc funkcję ratownika medycznego. Brianny, która staje przed dylematem czy ratować bezwolne życie, czy popełniać, jak twierdzi „chrześcijańskie akty miłosierdzia”. 

Dużo czasu autor poświęcił na kwestie ochrony zwierząt z nielegalnych hodowli. Hodowli, z których sprzedaje się rasowe, chore i cierpiące psy. To właśnie ten wątek był dla mnie zaskoczeniem. Zawiódł mnie całkowicie wątek Conora. Ogromna miłość i przygotowania do ślubu zostały nagle przerwane. Bez walki, bez prób, bez wzajemnych starań. Jakby ta miłość była tylko delikatnym rysunkiem na szkle. Bardzo dopracowanym, ale jakże kruchym. Nie do końca ten wątek został dopracowany.

Katie Maguire jak zwykle waleczna i bezkompromisowa. Nie ulega  żadnym naciskom. Nie pozwala sobie na bylejakość. Zaangażowana w pracę od początku do końca. A zakończenie? No cóż, stanowi preludium do kolejnej książki z serii.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Nas dwoje” Holly Miller

NAS DWOJE

  • Autor:HOLLY MILLER
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Seria: NAS DWOJE. TOM 1
  • Liczba stron:480
  • Data premiery:28.10.2020r.

Bo miłość to nie tylko łatwe wybory, proste rozwiązania – to również ciężka praca i trudne decyzje, ofiary, których tak naprawdę wcale nie chce się ponosić”.

„Nas dwoje” Holly Miller

Nie ma to jak dobry cytat z książki na początku recenzji. Mam nadzieję, że w ten oto sposób skutecznie zachęciłam Was do przeczytania moich spostrzeżeń po przeczytaniu „Nas dwoje” Holly Miller od Wydawnictwa Muza.

Callie i Joel w 94 odsłonach

Holly Miller opowieść ujęła w cztery części w kolejno ponumerowanych rozdziałach. Nie zapomniała też o prologu i epilogu. W takiej konstrukcji zanurzycie się czytając o losach Callie i Joela. Kobiety i mężczyzny, którzy nigdy nie powinni się spotkać i nigdy nie powinni się w sobie zakochać. Joel otrzymał od losu niesamowity dar. Tym darem są prorocze sny. W trakcie snu dowiaduje się, co wydarzy się w przyszłości. Widzi dokładnie zdarzenie. Widzi szczęście, czasem tragedię. Czasem to jest dar, częściej przekleństwo. Przekleństwo przez które nie może wykonywać ukochanego zawodu i tworzyć szczęśliwego związku z osobą, którą kocha. Sny dotyczą tylko osób, które Joel kocha. Callie nie przeszkadza dar Joela. Callie wierzy, że prawdziwa miłość zwycięży wszystko, nawet nieprzespane noce, poczucie winy, wyobcowanie i chroniczne zmęczenie. Zmęczenie wizjami przyszłych zdarzeń. Do czasu…

(…) historia o miłości z góry skazanej na niepowodzenie oraz o trudnych wyborach i decyzjach” – opis wydawcy.

Faktycznie, o tym jest ta książka. Wydawca nie minął się z prawdą . A to już dobrze o książce świadczy. Bardzo podobał mi się zabieg typowo konstrukcyjny. Rozdziały nazywane są imionami Callie lub Joela. Narracja jest pierwszoosobowa w zależności od tego, który rozdział czytamy. Raz obserwujemy rzeczywistość z perspektywy Callie, raz z perspektywy Joela. Raz z perspektywy kobiety, raz mężczyzny. Obie perspektywy przedstawione są w wyśmienity i profesjonalny sposób. Od pewnego momentu do imienia autorka dodała perspektywę czasu. Czytamy więc w tytule rozdziału, że coś dzieje się lub wydarzyło np. „trzy lata później”, następnie „pięć lat później” czy nawet „osiem lat później”.  

Joel „(…) cudowny. Taki praktyczny”. (…) w jego wyglądzie jest coś takiego, co od razu budzi ciepłe uczucia”. Praktyczny nie z wyboru, praktyczny z konieczności. Zapisuje każdy sen, by odpowiednio przeciwdziałać negatywnym zdarzeniom w przyszłości. Nie zawsze się to udaje. Prostuję, w większości się to nie udaje. Jak sam mówi: „Jeden sen tygodniowo przez dwadzieścia osiem lat, a notatki prowadzę od dwudziestu dwóch”. Życie w taki sposób nie jest dla niego łatwe. Nie jest łatwe również dla tych, których Joel kocha. Sny wpływają na teraźniejszość. Potrafią zmienić plany, zmodyfikować rzeczywistość w sposób całkowicie bezwzględny. Callie do pewnego momentu wierzy, że uczucie zwycięży. Nie wie, że Joel zobaczył ją w swoim śnie i dlatego cierpi każdego dnia. Cierpi widząc ją koło siebie, jednocześnie mając świadomość tego, co się wydarzy. Cierpi żyjąc jakby z bombą z opóźnionym zapłonem obok siebie. Cierpi, gdy uświadamia sobie, że dłużej nie da rady. Nie da rady tej bomby rozbroić, a życie koło niej jest dla niego męczarnią. Męczarnią, przez którą pomału popada w obłęd. Dar Joela nie przysparza mu przyjaciół. Wręcz przeciwnie, zraża do niego bliskie mu osoby i jest przyczyną wielu strat. Trudno Joelowi odbudować później utraconą relację. Czasem już nie zdąża. Niekiedy udaje mu się odbudować zaufanie. Nie chciałabym być Joelem, nie chciałabym wiedzieć.

Bardzo dobrze Miller opisała odradzającą się relację między Joelem a jego biologicznym ojcem. Oboje jakże różni, a jednak bardzo podobni. To podobieństwo pomaga Joelowi odnaleźć siebie, poradzić sobie ze swoim przeznaczeniem i zmodyfikować bieżące plany. Przewartościować swoje życie. Co ważne, ojciec Joela nie wpływa na jego wybory, wskazuje tylko konsekwencje i interpretuje. Joel wszystkie decyzje podejmuje autonomicznie, by potem ponieść ich konsekwencje.

Głęboko dotknęła mnie przedstawiona w książce miłość przyjacielska. Callie utraciła Grace, swoją wieloletnią przyjaciółkę. Grace, która odeszła przedwcześnie zostawiając pogrążonego w rozpaczy Bena i samą Callie. To miłość, która nie może być zastąpiona żadną inną, ani miłością partnerską, ani miłością rodzicielską. To miłość, która wymaga rozmów z Grace nawet po jej śmierci. Niezwykle wzruszające były dla mnie opisy rozmów telefonicznych, która Callie prowadzi ze skrzynką głosową zmarłej przyjaciółki.  Po takiej rozmowie Callie pozwala sobie trochę popłakać, bo za nią tęskni, bo ciągle za nią tęskni. Macie takie przyjaciółki wokół siebie? Ja mam, dlatego ten wątek tyle dla mnie znaczył. Przecież to ja mogę być taką Callie, kiedyś… Przecież to ja mogę stać się dla mej przyjaciółki taką Grace, kiedyś…

To niezwykłe studium miłości utraconej, nie tylko partnerskiej lecz również przyjacielskiej. To powieść o tym ile jesteśmy w stanie poświęcić dla innych, z czego zrezygnować, by kochana przez nas osoba odnalazła szczęście. To książka o żałobie. Żałobie za kimś kogo utraciliśmy. Żałobie za czymś, czego już nigdy nie zaznamy, czego nie przeżyjemy. To książka jakiej jeszcze nie było. Swoistego rodzaju arcydzieło. Dlatego nie mogę ocenić inaczej.

Moja ocena: 10/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Muza.

Recenzja przedpremierowa – „Szeptun” Tomasz Betcher

SZEPTUN

  • Autor:TOMASZ BATCHER
  • Wydawnictwo:W.A.B.
  • Liczba stron:352
  • Data premiery:05.05.2021r.

O Tomaszu Betcherze @tomaszbetcherfanpage czytam same dobre słowa. Jest to podobno autor, który łączy wątki uczuciowe z przesłaniem społecznym. Piszę podobno, bo przed „Szeptunem”, o którym będzie ta recenzja, nie sięgnęłam do żadnej wcześniejszej książki autora. Trudno więc po jednej pozycji wyrobić sobie zdanie o powieściopisarzu.

Czytanie jak komunikacja

 Zawsze obawiam się recenzji przedpremierowych. Nie chcę nikogo uprzedzić do książki lub przywołać zbytni entuzjazm. Tym bardziej nie chcę urazić autora. Z czytaniem jest jak z komunikacją. Ktoś nadaje, ktoś odbiera komunikat. Na odbiór wpływa wiele czynników, nie tylko umiejętności i kunszt nadawcy. W odbiorze komunikatu przeszkadzają nam czynniki zewnętrzne (światło, szumy, hałas, wygląd) i wewnętrzne (nasze samopoczucie, czasem ból głowy, dotychczasowe doświadczenia, nasze uprzedzenia). Nadawcą jest autor, odbiorcą czytelnik. Czytając pozycje przedpremierowe wielokrotnie zastanawiałam się czy dobrze odczytałam intencje autora? Czy zrozumiałam jego przesłanie? Czy wychwyciłam wszystkie niuanse, które nie bez powodu autor zawarł w książce? Czy nie byłam uprzedzona do książki, bo na przykład nie spodobała mi się okładka? O tym musimy pamiętać czytając książki i dzieląc się naszymi spostrzeżeniami. Czasem po prostu książka, która nie jest dla nas, jest wprost idealna dla innego czytelnika  .  

Ciekawy tytuł

By dowiedzieć się kim jest tytułowy szeptun musiałam zerknąć do Wikipedii. Przeczytałam w niej, że to „uzdrowiciel lub uzdrowicielka ludowa oferująca swoje usługi osobom wierzącym w moc leczenia. W Polsce występują głównie w rejonie Podlasia. Przeważnie są to osoby wyznania prawosławnego. Ich działalność jest uważana za praktyki pogańskie” (źródło: Wikipedia). Uchylę Wam rąbka tajemnicy tytułowy Szeptun to mężczyzna. Odludek, nieakceptowany przez miejscową ludność, pół-Cygan. Przy czym „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Szeptun oprócz tego, że interesuje się ziołolecznictwem jest młody i niezwykle przystojny. W rzeczywistość Szeptuna wkracza nauczycielka z Gdańska. Romantyczne imię to tylko pozory. Julia, matka nastoletniej Marysi i ośmioletniego Kuby. Julia nie mająca swego Romea. Mąż pracuje zagranicą na platformie wiertniczej, a Julia  walczy z codziennością. Codziennością, w której nie ma miejsca na czary, pradawne obrzędy czy słowiańskie gusła.  

 Szeptun – nie Romeo i Julia – nie Julia. Nietypowe spotkanie, nietypowej pary, w nietypowym czasie. Czy te wydarzenia pozwolą zrodzić się czemuś nowemu, pięknemu? Czy to spotkanie pozwoli wyzwolić się Julii z niesatysfakcjonującego małżeństwa?

Wspaniały pomysł

Może doświadczenie zawodowe autora skłoniło go do takiej fabuły i stało się inspiracją dla opisanej w książce historii? Betcher to „pedagog, socjoterapeuta, praktyk Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. (…)  Od ponad dekady pracuje z młodzieżą i dziećmi znajdującymi się w trudnej sytuacji życiowej” (źródło: Tomasz Betcher). Tego nie wiem.

Wiem na pewno, że powieść została skonstruowana bardzo dobrze, a podjęte w niej wątki opisane naprawdę z uczuciem. Trudne tematy w pięknych słowach. Czytamy o zbuntowanej nastolatce, która do tej pory przeżywa traumatyczne wydarzenie z przeszłości. Wydarzenie, które nie sprzyja budowaniu otwartej i przyjaznej relacji z matką. Matką, która się bardzo stara. Stara się za dwoje. Stara się za siebie i za ojca, którego Marysia nie ma obok siebie. Wątek obyczajowy został wzbogacony również problemem atopowego zapalenia skóry Kuby. Choroby, która pojawia się coraz częściej. Choroby, z którą trudną wygrać. Choroby, która nie jest śmiertelna, ale która bardzo utrudnia życia młodego człowieka. Choroby, z którą musi mierzyć się matka. Matka, która mierzy się za dwoje. Za siebie i za ojca, którego Kuba nie ma obok siebie. W tak skomplikowane relacje rodzinne autor wplótł osobę Szeptuna. Mężczyzny nietypowego, niecodziennego. Mężczyzny skrywającego swoje tajemnice. Mężczyzny szukającego swojej Julii.

To książka o odkrywaniu inności przy jednoczesnym odkrywaniu siebie. To książka o akceptacji inności przy jednoczesnej nauce akceptowania siebie. To książka dla mnie trochę terapeutyczna. Spojrzałam na siebie, na swoje życie oczami Szeptuna. Oczami kogoś, komu nie w smak nasza zwykła codzienność i pogoń za lepszym życiem. Oczami kogoś, kto widzi mnie taką jaka jestem. Widzi Julię jaką jest naprawdę, mimo wielu masek, które nosi.

Książkę czyta się niesamowicie szybko. W ciekawe i lekkie dialogi autor wplótł wyśmienite opisy przyrody okraszając je beskidzką malowniczością. Momentami chciałam tam być, momentami chciałam się tam przenieść. Momentami chciałam być Julią…

Moja ocena: 7/10

Za możliwość recenzji książki dziękuję WYDAWNICTWU W.A.B.

„DOMEK NA KOŃCU ŚWIATA” DANUTA NOSZCZYŃSKA

DOMEK NA KOŃCU ŚWIATA

  • Autor:DANUTA NOSZCZYŃSKA
  • Wydawnictwo:PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron:336
  • Data premiery:22.04.2021r.

Okładka „Domku na końcu świata” jest sielska, nawiązująca do natury o spokoju. Patrząc na nią spodziewałam się standardowej opowieści o zaczynaniu życia od nowa na tytułowym końcu świata. Tymczasem otrzymałam jednak coś zgoła innego. Czy jestem zadowolona z lektury? Przeczytajcie sami.

Danuta Noszczyńska to , jak możemy przeczytać na portalu lubimyczytac.pl „jedna z najbardziej lubianych pisarek literatury kobiecej. Autorka jedenastu powieści. Trzykrotna laureatka Festiwalu Literatury Kobiet „Pióro i Pazur” w Siedlcach.” Nie miałam okazji czytać jeszcze żadnej książki autorki, dlatego dla mnie była taką trochę nieodkrytą przestrzenią i nie wiedziałam czego się spodziewać. Czy po tej lekturze sięgnę jeszcze po inne książki autorki?

Historia inna, niż mogłoby się wydawać

Iga jest trzydziestoletnią prawniczką, dziewczyną z dobrego domu, ojciec prokurator, matka prezes sądu. Żyje wychowana w przekonaniu, że należy do elity, jest lepsza od innych i wiele może osiągnąć. Prowadzi swoją kancelarię, a prestiż i tradycja to najważniejsze wartości w jej życiu, które przejęła od rodziców. Podąża ścieżką, która oni dla niej wytyczyli, nawet nie zastanawiając się czy jest to droga, którą chce iść. Do czasu… Pewna sprawa, którą prowadzi jako obrońca z urzędu jest początkiem zmian, prowokuje ją do rozważań na temat tego jak na wyglądać jej życie i z jakimi wartościami chce się utożsamiać. Miłosz to tylko trochę starszy od niej mężczyzna, który pochodzi z patologicznej rodziny, od kiedy pamięta musi radzić sobie sam, kombinuje więc jak potrafi, jedno z takich działań powoduje, że trafia do aresztu. Tam zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, nad tym w którym kierunku ono podąża i czy może to jeszcze zmienić. Piękna prawniczka, która zostaje jego obrońcą powoli staje się jednym z motorów do zmian…. Czy znajomość osób pochodzących z dwóch tak różnych światów może przynieść ze sobą coś dobrego, czy to w ogóle ma przyszłość?

To co lubię

„Domek na końcu świata” to nie tylko lekka, obyczajowa, optymistyczna opowieść, to książka, która składnia do refleksji, a więc to co lubię najbardziej. Czytając po raz kolejny zastanawiałam się nad kwestią, która nurtuje mnie już od dłuższego czasu, a mianowicie jak bardzo miejsce urodzenia, rodzina, w której przychodzimy na świat determinuje nasze życie. Jest to powieść o poszukiwaniu swojego miejsca w życiu, swoich wartości, swojej własnej drogi, nawet jeśli prowadzi ona zupełnie gdzie indziej niż ścieżka, którą nam już od dawna wytyczono….

Iga mimo że ma 30 lat żyje jak grzeczna córeczka swoich rodziców, w ich domu, zgodnie z ich zasadami i według ich rad. Jednak zaskakująco, chyba przede wszystkim dla samej siebie, powoli odkrywa, że nie do końca jest to zgodne z tym, jaka jest naprawdę, w co wierzy. Pytanie tylko czy znajdzie w sobie siłę by się uniezależnić, by podjąć swoje decyzje, nawet jeżeli on bardzo nie spodobają się jej rodzicom.

Przystępująca do lektury wiedziałam, że jest to książka o niełatwej miłości, prawniczki, do poznanego w areszcie klienta. Jednak muszę powiedzieć sposób w jaki poprowadzona została ta historia dość mocno mnie zaskoczyła, ale też koniec końców wzbudził mój zachwyt. Daleko tu bowiem do bardzo popularnego we współczesnej literaturze tradycyjnej opowieści o romansie i miłości. Tutaj miłość nie wybucha nagle, po tygodniu znajomości Iga i Miłosz nie wiedzą czy będą ze sobą i jak ta znajomość się potoczy. Ona rozwija się powoli. Z jednej strony nie jest bezpośrednią przyczyną zmian, które zachodzą w Idze, z drugiej wyraźnie je prowokuje, Iga bowiem wręcz próbuje się odżegnać od tej znajomości i uczuć, które powoli się w niej rodzą.

Akcja w książce rozwija się nieśpiesznie, wydaje się być , że jest pewnego rodzaju pretekstem do wielu rozważań, natomiast czyta się ją bardzo przyjemnie i lekko. Jest to jedna z tych książek, która pozostaje z nimi na dłużej i pozostawia w nas coś więcej niż tylko opowiedzianą historię. Odpowiadając więc na zadane na początku pytanie na pewno sięgnę po inne książki autorki, a Wam gorąco polecam „Domek na końcu świata”.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu PRÓSZYŃSKI I S-KA.