Alek Rogoziński „Ukochany z piekła rodem”

UKOCHANY Z PIEKŁA RODEM

  • Autor: ALEK ROGOZIŃSKI
  • Wydawnictwo: W.A.B
  • Seria: JOANNA SZMIDT. TOM 1
  • Liczba stron:304
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 23.03.2015.
  • Moja ocena:7/10

Ludzie często kłamią nawet wtedy, kiedy nie muszą. I niekoniecznie oznacza to, że są źli. Częściej, że zrobili coś, co chcą ukryć”.

„Ukochany z piekła rodem” Alek Rogoziński

Nie wiem co się stało z polskim rynkiem wydawniczym w lutym i marcu br. Dużo ciekawych premier. Jeszcze nie wszystkie przeze mnie przeczytane i zrecenzowane. Chociaż staram się jak mogę. Mam nadzieję, że zauważyliście ruch na moim blogu . Zdaje się, że kwiecień wcale nie będzie uboższy. Niedawno opublikowałam recenzję przedpremierową świetnego „Amoku” Izabeli Janiszewskiej (klik: Amok), który premierę ma 14 kwietnia, a już kolejna książka trafi na półki w tym samym dniu. Będzie to drugie wydanie debiutu literackiego Alka Rogozińskiego „Ukochany z piekła rodem” wydawnictwa WAB . Jak żyć??? Powiedzcie, jak żyć? Czy czeka mnie śmierć przez zaczytanie?  Hm… byłaby zapewne spektakularna. Może posłużyłaby Rogozińskiemu za inspirację do jakiejś szalonej komedii kryminalnej? Ale lepiej nie sprawdzać. W sumie mam tyle książek do przeczytania.

Przyznaję, kilka książek Alka Rogozińskiego już za mną. Moje recenzje dwupaku o teściowych znajdziecie tu: Teściowe muszą zniknąć oraz Teściowe w tarapatach. Wstyd się przyznać, ale „Ukochany z piekła rodem” musiałam pominąć. W ogóle jej nie kojarzyłam☹. Nic straconego. Dzięki drugiemu wydaniu mogłam zanurzyć się w początkach przygody autora z serią o pisarce romansów Joannie Szmidt. Jak sam autor przyznaje, reedycja była mu nawet na rękę. We wstępie pisze, że poprawił parę literówek, usunął błędy logiczne oraz zmienił troszeczkę fabułę. Czy spodobała mi się ta książka? Odpowiedź znajdziecie w recenzji.

Dlaczego z piekła rodem?

I już w tytule autor mnie zmylił. Spodziewałam się kochanka jak diabła tasmańskiego, a tytułowy ukochany to uroczy blondyn, prawie cherubinek, o bardzo atrakcyjnej aparycji – Konrad. Fabuła jak z artykułów polskich kolorowych brukowców. Znana pisarska romansów Joanna Szmidt rozkochuje w sobie Konrada Jancewicza – młodego fotografa pracującego głównie na zlecenie kolorowej gazety „Koktajlu”. Hm…chyba raczej powinnam napisać… Konrad Jancewicz fotograf współpracujący głównie z periodykiem „Koktajl” rozkochuje w sobie najbardziej popularną polską autorkę romansów. Nie, raczej spróbuję inaczej.  Konrad Jancewicz fotograf współpracujący głównie z kolorowym szmatławcem „Koktajl” rozkochuje w sobie znaną polską autorkę „taniego porno dla znudzonych gospodyń domowych” –  ooooo tak lepiej. Jak to u Rogozińskiego, dobrych intencji jak palców jednej ręki. Już szybko się okazuje, że Konrad nie bez powodu trwa w satysfakcjonującym dla Joanny związku z….nią samą. Na to pewnie Joanna przymknęłaby oko. Wszak dostarcza jej tyle doznań, które z sukcesem wykorzystuje w swoich powieściach. Nic jej jednak po ukochanym nieboszczyku. Niedługo po rozpoczęciu obiecującego romansu, ktoś pozbawia siekierą życie Konrada. I to w jej własnej łazience!!!! Na to nie ma jej zgody. Joanna planuje się zemścić i zdemaskować mordercę. Wraz ze swoją menadżerką Beatą, zwaną Betty zamierza wyręczyć policję i odkryć, kto zabił jej ukochanego. Twierdzi bowiem, że policjanci „są dobrzy tylko w ganianiu babć handlujących pumeksem. Albo we wrzepianiu ludziom mandatów za złe parkowanie!”. Zaczyna się wyścig z zabójcą, w trakcie którego dwie kolejne osoby zostały skrzywdzone i kilka razy spenetrowana willa Joanny. W międzyczasie Joanna z Betty spotykają najprzystojniejszego komisarza polskiej policji, a zawarta jakiś czas temu znajomość Betty z Tygrysem Złocistym zaowocuje dwukrotnie. Momentami nie sposób nadążyć za akcją. Sprawdźcie sami. Jeszcze kilka słów o konstrukcji. Autor korzysta z tej najbardziej sprawdzonej. W dotychczas czytanych przeze mnie książkach na początku mamy spis bohaterów. Zwykle bardzo humorystycznie opisuje najważniejsze cechy. Jest to sprytny środek literacki. Już na samym początku możemy domniemywać, z kim będziemy mieć do czynienia. Niestety, tak jestem ciekawa fabuły, że zwykle tylko przelatuję wzrokiem po opisach bohaterów.

Czy ocena również będzie z piekła rodem?

A gdzieżby?! Nie może być! Książka bawiła mnie od samego początku. Wyobraźcie sobie, że po raz pierwszy zaśmiałam się na osiemnastej stronie. Warto wspomnieć, że to był jednocześnie początek czwartej strony pierwszego rozdziału. Niezwykle rozśmieszyła mnie scenka, w której główna bohaterka, Joanna Szmidt w trakcie wywiadu palnęła gafę mówiąc o pierwowzorach swoich bohaterów. Wskazała (hihihi)  rosyjskich turystów. Możecie sobie wyobrazić co było dalej. Pomyślałam, że jak tak zaczynam, to dalej może być tylko lepiej i…… było. Bardzo rozśmieszył mnie wątek spotkania po latach narzeczonego Betty ze znajomymi z liceum. Mariolka okazała się współcześnie damą lekkich obyczajów o imieniu Krystal, a Waldek znanym w półświatku Tygrysem Złocistym, z którym bohaterowie Alka Rogozińskiego będą mieć jeszcze niejeden raz przyjemność i to nie tylko w tej książce. Spotkanie po latach Rogoziński przedstawił jako gafę sytuacyjną, a Betty skwitowała „Co to było za liceum, na litość pańską ?!”. Wyobrażacie sobie spotkać kogoś z liceum, kto…znacznie odstaje w dorosłym życiu od naszych wyobrażeń z przeszłości? Autor z dużą dawką humoru opisał realia polskiego szołbiznesu. Mamy i zdziczałą gwiazdę muzyki pop, i wątek z paparazzi, i światek dziennikarzy z kolorowych magazynów czyhających na nowinki lub potknięcia gwiazd. Niezwykle udany okazał się wątek Zofii, koleżanki z redakcji „Blask” która wszystko wie, na wszystkim się zna, jak to mówią „niejeden chleb jadła” i z wszystkiego wychodzi obronną ręką. Ciekawa jestem, czy Zofia pojawia się jeszcze w innych książkach Rogozińskiego. Tak mnie zaintrygowała, że nie raz mogłaby namieszać w wątkach kryminalnych kreowanych przez autora. Zresztą sami przeczytajcie, jak ją scharakteryzował sam autor na początku „(…) która już dawno powinna iść na emeryturę (tylko nie znalazł się nikt odważny, kto by jej to uświadomił). Prawda, że postać z ogroooooomnym potencjałem? Sam duet Joanny Szmidt i jej menadżerki Betty jest niezwykle udany. Tak się kochają, że momentami się prawie nienawidzą. Jak współpracują to lecą iskry. Bez wątpienia jedna na drugą może liczyć o każdej porze dnia i nocy. I może tylko dlatego wszystko dobrze dla nich się skończyło?

Oceniam na siedem, gdyż koniec był trochę za miałki. Nagle zrobiło się smutno. Nagle zrobiło się poważnie, nawet za poważnie, jak na całą książkę, śmieszną komedię kryminalną. Dodatkowo kompletnie autor nie rozwinął wątków będących motywacją dla zabójstwa. I jakim cudem Agnieszka zna ogrodnika najbardziej popularnej autorki polskich romansów? Przecież kobiety poznały się na pogrzebie Konrada! Czy to luka, niedopatrzenie? Czy może ja nie czytałam zbyt uważnie? I jedno, i drugie jest możliwe.  

Bez względu na moje spostrzeżenia jest to lekka komedia kryminalna. Komedia z zabawnymi gafami sytuacyjnymi, ciętymi ripostami, śmiesznymi dialogami, barwnymi postaciami, czasem przerysowanymi, co jest jednak całkowicie na miejscu w komediach kryminalnych. Dlatego ocena może być tylko pozytywna.

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem W.A.B.

„Pensjonat na Kaczym Wzgórzu” Paulina Kozłowska

PENSJONAT NA KACZYM WZGÓRZU

  • Autor:PAULINA KOZŁOWSKA
  • Wydawnictwo:REPLIKA
  • Liczba stron: 395
  • Data premiery: 23.02.2021r.
  • Moja ocena: 8/10

Ostatnio najbardziej pozytywnie nastawiają mnie do życia powieści obyczajowe, zwłaszcza takie o zaczynaniu życia od nowa w innym miejscu. Kiedy więc usłyszałam o debiucie Pauliny Kozłowskiej „Pensjonat na Kaczym Wzgórzu” wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Dodatkowo zauroczyła mnie ta klimatyczna okładka. Czy jestem zadowolona z lektury?

Trzydziestoletnia Łucja remontuje dom odziedziczony po babci i otwiera w nim „Pensjonat na Kaczym Wzgórzu”, oazę spokoju i miejsce, gdzie poturbowane przez miłość kobiety mogą przemyśleć swoje życie, odpocząć od mężczyzn i zabrać siły. Niespodziewanie okazuje się, że tuż obok znany biznesmen planuje otworzyć Samotnię – oazę męskiej rozpusty. Dwa miejsca o tak różnym przeznaczeniu tuż obok siebie. Czy to nie brzmi jak przepis na katastrofę? Tym bardziej, że Robert Sęp, właściciel sąsiedniego domu działa ja Łucję jak przysłowiowa płachta na byka, wyzwala w niej najgorsze emocje. Mężczyzna również ma dość pyskatej sąsiadki. Wzajemna niechęć jednak przemienia się w wzajemnie przyciąganie i fascynację. Jak dalej rozwinie się ten swoisty galimatias?

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Błyskotliwe dialogi, świetne spostrzeżenia, humor oraz oryginalne postacie sprawiają, że trudno się od jej kart oderwać. Na wyróżnienie zasługuje fakt, że w żadnym wypadku nie jest to cukierkowa powieść obyczajowa. Narracja jest trzecioosobowa, prowadzona na zmianę z punktu widzenia Roberta i Łucji. Styl i sposób opowiadania dostosowany jest doskonale do osoby, z punktu widzenia której prowadzona jest narracja. Tak więc rozdziały dotyczące Roberta mają bezpośredni, trochę szorstki styl, zawierający wulgaryzmy i męski sposób postrzegania świata. Rozdziały dotyczące Łucji są inne, bardziej spokojne, wyważone, chociaż kobieta jest zdecydowanie temperamentna i charakterna, co widać. Wszyscy przedstawieni w książce bohaterowie są oryginalni i ciekawi. Główna bohaterka Łucja to miła i sympatyczna trzydziestolatka. Długo żyła pod dyktando rodziców i ukochanego, w końcu jego zdrada przelała czarę goryczy i Łucja zdecydowała się przeprowadzić do zrujnowanego, odziedziczonego po babci domu w malowniczej okolicy. Zdeterminowana podejmuje się jego remontu i postanawia tam stworzyć zaciszną przystań, gdzie doświadczone przez los i mężczyzn kobiety będą mogły odzyskać równowagę, skupić się na sobie, nabrać sił. Pensjonat staje się azylem dla kolejnych kobiet i sposobem na życie Łucji. Nie przejmuje się zbytnio w tym, że we wsi pensjonat odwiedzany przez same kobiety jest wytykany palcami i wyśmiewany. Skupia się na pomocy kobietom i własnym życiu do czasu, aż tego spokoju nie zakłóca Robert Sęp. Reprezentuje typ mężczyzn, którzy Łucję irytują. Przystojnym, bogaty, pewny siebie, gbur i bawidamek. Postanawia w sąsiedztwie stworzyć miejsce męskiej rozpusty i nie przejmuje się tym, że zakłóca plany Łucji. Początkowa niechęć między tą dwójką przybiera z czasem na sile, prowadząc prawie do otwartej wojny. Między tą dwójką aż iskrzy. I chociaż Łucja – wygadana, o pełnym kształtach, z burzą ciemnych kręconych włosów nie reprezentuje typu kobiet, na które do tej pory Robert zwracał uwagę, nie potrafi wybić jej sobie z głowy. Książka pełna jest fantastycznego poczucia humoru, jest humor sytuacyjny, zabawne scenki rodzajowe, dowcipne, pełne ironii dialogi. Opisywane przez autorkę scenki i rozmowy powodowały, że uśmiech nie schodził mi z ust i bardzo polubiłam wszystkich bohaterów. Bowiem każda opisana w powieści postać jest niebanalna, przestawiona w sposób zwracający uwagę i intrygujący. Tak więc bardzo polubiłam Kacpra Struzika, który z zahukanego, trzymającego się z boku stażysty przeobraził się w przedsiębiorczego, młodego mężczyznę o ironicznym podejściu do życia. Bardzo polubiłam też dziewczyny, które gościły w pensjonacie Łucji – Karolina, Paulina, Jagoda i Agnieszka to nietuzinkowe kobiety, które mają odwagę być sobą i mimo trudnych przejść i rozczarowań starają się być szczęśliwe i odnaleźć swoją drogę w życiu. Najfajniejsze bowiem w tej książce jest to, że mimo pozornie lekkiej treści i humory dotyka bardzo istotnych kwestii, takich jak poszukiwanie swojego miejsca w życiu, odbudowa swojego życia po zdradzie czy innych trudnych przeżyciach, przemoc domowa, przyjaźń i solidarność kobiet… Mogłabym jeszcze tak wymieniać, ale myślę, że najlepiej będzie, jak sami przeczytacie. Ja na Kaczym Wzgórzu bawiłam się świetnie i z niecierpliwością czekam na zapowiedziany ciąg dalszy.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU REPLIKA

.

„Afekt” Remigiusz Mróz

AFEKT

  • Autor: REMIGIUSZ MRÓZ
  • Seria: JOANNA CHYŁKA (TOM 13)
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 544
  • Data premiery:23.03.2021r.
  • Moja ocena: 8/10

(…) kiedy wybrałam sobie partnera na resztę życia. Było trochę jak z otwieraniem lodówki co godzinę. Wiesz, o czym mówię? Nikt nie sprawdza, czy aby nie pojawiło się w niej nic nowego, tylko czy nasze wymagania spadły już na tyle, żeby wybrać coś, co już w niej jest”.

„Afekt” Remigiusz Mróz

Niech nie zmyli Was Chyłka z zaproponowanego przeze mnie cytatu. Nie dajcie się nabrać. To nie ona. Nawet jeżeli wypowiedziała taką kwestię to tak naprawdę, nigdy wielokrotnie nie próbowała licząc, że wreszcie obniży swoje wymagania. Chyłkę znam już od 13 książek. Można powiedzieć, prawie rodzina. Wierzcie mi, to ktoś, kto nie godzi się na bylejakość. To ktoś, kto musi mieć wszystko co najlepsze. To ktoś, kto musi być najlepszy. I za to ją uwielbiam. Serię o Chyłce recenzowałam już niejeden raz. Gdybyście chcieli porównać moje poprzednie recenzje wystarczy kliknąć: PrecedensEkstradycjaWyrokUmorzenie, czy Testament. Muszę przyznać, że jestem stała w swoich uczuciach. Zwykle 8/10. Nie ukrywam, że za każdym razem gdy sięgam po nowy ton serii zastanawia mnie, czy ten tom będzie ostatni oraz skąd ten @RemigiuszMróz bierze pomysły na fabułę dla niej. Dla Chyłki. Przecież to postać nietuzinkowa, ciekawa, wyjątkowa. Kobieta stal, o wysokiej inteligencji, wygórowanym poczuciu własnej wartości oraz mistrzostwie w ripoście. Jak autor ciągle za nią nadąża?  Jak radzi sobie z jej przesadzonymi ambicjami? Jeśli bohaterka jest tak wyjątkowa, to jaki musi być jej stwórca? Ciągle mnie to zastanawia.

Co tym razem?

Tym razem Remigiusz Mróz dotknął w serii o Chyłce tematu pedofilii. Po rozpoczęciu pracy u dotychczasowego konkurenta, kancelarii KMK Joanna Chyłka wraz z Kordianem Orlińskim, zwanym Zordonem, zostaje poproszona o bronienie Mirosława Halskiego, brata kandydata na prezydenta. Halski oskarżony jest o obcowanie z nieletnią. Dziewczyną poniżej piętnastego roku życia. Klient przedstawia jednak dowody na to, że oskarżenie jest próbą wyłudzenia 300 tysięcy złotych. Potencjalna ofiara próbowała podobnego manewru wiele lat wcześniej, oskarżając znanego polityka, późniejszego premiera o ten sam czyn. Okazało się, że oskarżenie było wyssane z palca. Do oskarżenia, a tym bardziej skazania nie doszło. Chyłce temat wydaje się wygrany. Liczy na szybkie zakończenie sprawy i łatwo zarobione pieniądze. Dlatego się godzi na reprezentację oskarżonego o pedofilię. Niestety temat komplikuje się, gdy okazuje się, że domniemana ofiara nie żyje od ponad dziesięciu lat. Na domiar wszystkiego była najlepszą przyjaciółką byłej dziewczyny Zordona, z którą los styka go przy okazji tej sprawy. W sposób nieprzewidywalny. Sprawa dodatkowo się wikła, gdy okazuje się, że przeciwnikiem Chyłki będzie jej były Szef – Żelazny. Żelazny, który po wielu latach wspólnej współpracy zna jej wszystkie chwyty i taktyki wykorzystywane w obronie klientów. Sprawa nie wydaje się już taka prosta, a taktyka bez wad. Tym bardziej, że para prawników niespodziewanie dostaje zaproszenie do Belwederu, na herbatkę w towarzystwie prezydent kraju Mileny Hauer. Jaka jest motywacja oskarżycielki Mirosława Halskiego? Co tak naprawdę się działo w wilii w Józefowie? Czy dzieje się to nadal, czy to tylko kolejna polityczna prowokacja? Chyłka nie poddaje się. Podejmuje rękawicę. Mimo, że jak sama mówi, doskwiera jej „(…) subtelne, ale uporczywe i ustawiczne poczucie, że jestem nie na swoim miejscu”. Uczucie, że coś jest nie tak. Że tak naprawdę wszystko się toczy gdzieś indziej w sieci „(…) pewnych… zależności między ludźmi, którzy w tym kraju mają coś do powiedzenia”. I jeszcze coś. Komu zależy na Chyłce i Kordianie? Kto ma tyle odwagi zwracając się w anonimach do Chyłki „Asiu”!!! Anonimach sugerujących, że Chyłka i Kordian mają do czynienia w kancelarii Krat, Messer i Kosmowski z szefem organizacji „ludzi trzymających władzę”. Co ważne, to wszystko dzieje się na pierwszych sześćdziesięciu stronach książki. Później jest jeszcze bardziej ciekawie. Pamiętajcie, książka ma 544 stron. Wszystko przed Wami.

Należy się ósemka  

Dlaczego? Z wielu powodów. Po pierwsze w książce Mróz wplótł wątki ze swej innej serii, tj. serii książek z gatunku political fiction „W kręgach władzy”. Czytaliście ten cykl? Jeśli tak, to gratuluję dobrego wyboru. Jeśli nie, koniecznie musicie nadrobić. Dla nieczytających tego cyklu powiązanie jest niemożliwe do wyłapania. To są właśnie nowe wątki. Wątki o mechanizmach władzy istniejących w polskiej polityce nie tylko fikcyjnej, lecz także – czego jestem prawie pewna – rzeczywistej. Autor już wcześniej łączył bohaterów różnych serii w swoich publikacjach. Wystarczy wspomnieć chociażby jedną z moich ostatnich recenzji jak „Osiedle RZNiW” (Osiedle RZNiW), gdzie to właśnie Chyłka pojawia się w zakończeniu. Jest to inteligentny zabieg dla fanów Remigiusza Mroza. Cóż to za wielka przyjemność czytać o powiązanych w fabule jednej książki swoich ulubionych bohaterach.

Po drugie Mróz podjął temat bardzo ważny. Temat pedofilii. Temat nakłaniania młodych niepełnoletnich dziewcząt do uczestnictwa w tak zwanych imprezach, gdzie za kilkaset złotych mają być towarzyszkami bogatych, znanych, wpływowych. Znacie ten temat zapewne z relacji dziennikarskich. Głośno było wiele lat temu o imprezach organizowanych w podwarszawskich rezydencjach, na które były zapraszane polskie licealistki czy gimnazjalistki. Może te wydarzenia stały się inspiracją dla Mroza do wykreowania tej fabuły? Nigdy się nie dowiem. Ważne, że temat został tak inteligentnie opisany we współczesnej prozie. Temat, który zwykle ukrywamy. Staramy się uciszyć. Kto chce czytać lub słuchać o naiwnych dziewczętach, które „rzekomo” nie były świadome po co jadą do podwarszawskich willi? „Rzekomo” to słowo klucz. Zawsze się pojawia przy okazji takich wątków. Zawsze znajdzie się ktoś, kto to słowo wypowie. Zwykle jest to ktoś nieświadomy wpływu tych wydarzeń na przyszłe życie młodych dziewczyn.

 Po trzecie konsekwentny styl. Takiej bohaterki jak Chyłka nie znam w żadnej serii polskiej literatury. Mróz ciągle musi nadganiać i dostosowywać się do zresztą własnych z poprzednich serii wyobrażeń o głównej bohaterce. Styl Chyłki, która uparcie wypowiada cięte riposty jest nie do podrobienia. Dowody, przykłady? Proszę bardzo:

·         „Zabawmy się w grę pod tytułem „wypierdalanie”. Ty zaczynasz”.

·         „(…) gdzieś rośnie drzewo produkujące tlen, dzięki któremu tych trzech kretynów może oddychać. Powinni je przeprosić”.

·         „Ponieważ gdyby znalazł pan lepszą prawniczkę, dostałby pan Nobla z chemii za odkrycie dotychczas nieznanego pierwiastka…”

·         „Nie przerywa się Chyłce, kiedy milczy”.

Itede, itepe. W książce jak zwykle roi się od specyficznych mądrości Chyłki i jej wysublimowanego poczucia humoru. Jest to styl, który do tej pory nie został podrobiony w żadnej książce, którą czytałam, a czytałam ich sporo.

 Po czwarte tak jak Mróz wspominał w poprzednich książkach serii, kancelaria, w której ostatecznie wylądowali Chyłka i Zordon jest typową korporacją. Autor jak mówił, tak też uczynił. W książce roi się od korpogadki. Mamy tu liczne zapożyczenia jak „czekamy na ciebie w conference roomie”, „idzieś or what?”, „sfokusuj się na chwilę”, zbriefuj mi, co się dzieje”, „kolnęłaś już do niego?, „większego fakapu tutaj nigdy nie było”, czy znany korposzczurom w całej Polsce „asap” oraz taką korpopaplaninę jak: „wiadomka”. Ta konsekwencja sprawia, że książka jest faktyczną częścią jednej całości. Całości rzeczywistości Chyłki. Rzeczywistości tak zakorzenionej w świecie czytelniczym postaci, że można się pomylić i uznać, że… ta Chyłka istnieje naprawdę. A może o to tu chodzi? Może chodzi o pokazanie istniejącej w rzeczywistości Chyłki? Znacie jakąś? Znacie kobietę podobną do niej? Wiele bym dała, by uścisnąć jej dłoń …

 Po piąte zakończenie. Jak zwykle nieoczywiste. Wszystko się zmienia w ułamku sekundy, w kolejnych pięciuset słowach. To duża umiejętność konstruować tak nietypowe zakończenia, które są zaskoczeniem dla czytelnika.

Mróz tworzy różne książki, różne fabuły, różne postaci. To nie tak, że autor jest przewidywalny. Autor jest wszechstronny. Nie wymagam w serii o Chyłce takich wrażeń, czy hipsterskich opisów, dialogów jak np. w „Osiedlu RZNiW”, czy sekretów i tajemnic jak w serii z Burzą i Sewerynem, która zaczyna się od „Listów zza grobu”. W serii o Chyłce wymagam 100% Chyłki. Nawet jeśli Chyłka i Zordon dojrzewają. Dojrzewa ich relacja. To nadal są 100% oni. Jedyni w swoim rodzaju. A dodatkowe zabiegi literackie jak wprowadzenie nowej postaci, aplikantki Zawady, czy bohaterów serii „W kręgach władzy” tylko czyni kolejną książkę serii jeszcze ciekawszą.

Powieść czytało się lekko i szybko. Pochłaniałam stronę za stronę. Trudno uwierzyć, przeczytałam ją w jeden dzień.  To dzięki szybkiej akcji i ciekawym dialogom. Najgorsze jest to ☹, że dopiero co skończyłam „Afekt”, a już jestem ciekawa kolejnego tomu i tego co się zadzieje z Chyłką i Zordonem.

Za możliwość recenzji książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

TRZYNASTA OPOWIEŚĆ

  • Autor:DIANE SETTERFIELD
  • Wydawnictwo:ALBATROS
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:10.02.2021r.
  • Moja ocena:9/10

Przed Wami recenzja lutowej premiery. Drugiego wydania książki z 2006. Cieszę się, że wydawnictwo Albatros zdecydowało się ją wydać ponownie. To dzięki takim decyzjom można sięgnąć do pozycji, którą kiedyś, dawno temu (2006, kiedy to było? ) się pominęło. Ech, cóż to byłaby za strata? Nie ukrywam, że do przeczytania książki zachęciła mnie głównie…okładka. Czyż nie jest piękna? Jak tylko na nią spojrzałam zaczęłam się zastanawiać co symbolizuje drzewo na tej zieleni. Już wiem. Życie. Po prostu życie, albo aż życie.

Przyznam, że z autorką Diane Setterfield spotkałam się po raz pierwszy. Dzięki „Trzynastej opowieści” wiem, że sięgnę po jej książkę wydaną w roku 2019, „Była sobie rzeka” również wydawnictwa Albatros. Was też do tego gorąco zachęcam. Z krótkiej notki biograficznej dowiedziałam się, że to Brytyjka, która „Zawsze powtarza, że jest najpierw czytelniczką, a dopiero potem pisarką”. Tym mnie ujęła, tym zdobyła już na początku moją sympatię. Czy słusznie? Przeczytajcie tą recenzję, a się przekonacie.

Ktoś, kto stracił bliźniaka, brata albo siostrę, traci połowę duszy. Granica między życiem a śmiercią jest wąska i ciemna, a taki człowiek zbliża się do niej bardziej niż cała reszta”.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

Trudno w dobrej książce wybrać cytat na początek recenzji, kiedy roi się od nich na stronach. Zdecydowałam się na ten. O miłości bliźniaczej. Mimo, że nie jestem siostrą bliźniaczą, jestem sobie w stanie wyobrazić tą więź. Przecież to rodzeństwo wspiera się we wczesnych momentach wspólnego życia! Często później obdarzając się miłością głęboką, bezwarunkową. Śmierć jednego z nich przyczynia się nierzadko do śmierci drugiego. Jak nie biologicznej śmierci, to duchowej. Ze śmiercią biologiczną kończy się życie. Wszystko się kończy. Ze śmiercią duchową z tęsknoty, żyć się po prostu nie da. I o jednej, i o drugiej śmierci jest ta powieść.

Oczami Setterfield

Powieść rozpoczyna się, gdy Margaret Lea zostaje poproszona przez znaną autorkę książkę Panią Winter do napisania jej biografii. Margaret ma za sobą publikację udanego eseju, eseju o bliźniakach. Czym zaintrygowała zleceniodawczynię, znawczynię dobrego pióra i mecenaskę nieznanych pisarzy.  Wybór biografki nie jest dla Vidy przypadkowy. Sama mówi Margaret, że opowie jej „historię o bliźniakach”. Ta wciągająca historia opowiedziana przez Vidę Winter dzieje się w Angelfield, angielskiej posiadłości. Aktualnie zdewastowanej, w poprzednim życiu zachwycającej pięknem architektury oraz zadbanym, ogromnym ogrodem. Posiadłość rodziny Angelfieldów. Ciekawej rodziny, ekscentrycznej rodziny. Najpierw Isabelle i jej nieokiełznanego brata Charliego. Brata, który w pewnym momencie zniknął. Później interesujących bliźniaczek, Emmeline i Adeline. Relacja spisywana przez Margaret to relacja o dziewczętach. Dziewczętach delikatnych, pięknych, rudowłosych z zielonymi oczami. Dziewczętach naznaczonych decyzjami rodziców. Dziewczętach niewinnych, który los zesłał bez ich zgody i akceptacji do Angelfield. Dziewczętach złączonych wspólnym losem. Opowieść pełna jest ciekawych postaci drugoplanowych, domowników, czy odwiedzających. Domowników wpływających swoimi decyzjami na losy rodziny. Na życie w posiadłości. To guwernantka Hester. Ambitna kobieta, oddana sprawie. Doktor Maudsley, jak z medycznej książki historycznej. Lekarz rodzinny, pojawiający się w posiadłości w razie potrzeby. John Digence – ogrodnik, oddany swemu państwu. Pielęgnujący ogród i jednocześnie odgrywający istotną rolę w życiu dziewczynek. Ostoja posiadłości. Ambrose młody chłopak, pomocnik Johna. Chłopak zakochujący się w jednej z sióstr. Oddany jej bez reszty. Bezwolne spisywanie biografii Vidy Winter przeradza się w amatorskie śledztwo, gdy Margaret poznaje Aureliusa, który chciał tylko by ktoś powiedział mu prawdę. Aureliusa, który pojawił się znikąd, który nie znał swojej historii. Aureliusa, który odegrał kluczową rolę w powieści Vidy, całkiem nieświadomie. Dwa pytania kołatały mi się w głowie czytając: Czy Vida Winter ma coś wspólnego z rodziną Angelfieldów? Czy pożar, który strawił bibliotekę posiadłości ma coś wspólnego z historią opowiadaną przez Vidę? Liczę, że Was już wystarczająco zainteresowałam.

Książka składa się z części zatytułowanych: Początki, Środki, Zakończenia i…Początki. Już sam zastosowany przez autorkę układ części jest intrygujący.  Kartkując pierwsze strony zastanawiałam się, co to za początki po zakończeniu. Teraz już wiem. To proste. Zawsze przecież można zacząć od nowa. W częściach Setterfield rozlokowała rozdziały. Każdy rozdział ma tytuł. Jedne podobały mi się bardziej, inne mniej. Moi faworyci to „Czy wierzy pani w duchy?” oraz „Pani Love wyrabia na drutach piętę”. To wielka zaleta pisarza zainteresować czytelnika samym tytułem rozdziałów. Początkowo myślałam, że główną postacią jest Margaret Lea. W trakcie czytania zorientowałam się, że niekoniecznie. Książka zbudowana jest z trzech perspektyw.  Perspektywa Margaret, jej życie, odczucia, emocje, działania przywołane duchami przeszłości posiadłości Angelfield i decyzje, które przybliżają ją do odkrycia sekretu rodzinnego. Perspektywa Vidy Winter. Znanej pisarki bestselerów, która ukazana jest w powieści Margaret. W opowieści, którą Vida snuje na potrzeby zamówionej biografii. Jest jeszcze trzecia, poboczna perspektywa byłej guwernantki panienek Angelfield zaczerpnięta z jej dziennika. Treść czytanego przez Margaret dziennika jest tak żywa, tak dobrze opisana z uwzględnieniem rzeczywistości sprzed sześćdziesięciu lat, że mam wrażenie, jakby dziennik istniał naprawdę. Guwernantka istniała naprawdę. Tą część czytałam z zapartym tchem. Z jednej strony nie wierząc w opisywane zdarzenia, spostrzeżenia, światopogląd, z drugiej strony czekając na więcej. Czym jeszcze Panna Hester może mnie zaskoczyć? Co przede mną odkryje? Jakie decyzje i dlaczego jeszcze podejmie?

Moimi oczami

Ta współczesna powieść gotycka ma wszystko, czym powinno charakteryzować się dobre pióro. Dlaczego wspomniałam o powieści gotyckiej? Nie znam się na tym gatunku to fakt, ale jak inaczej nazwać powieść, gdy od początku do końca towarzyszyło mi poczucie grozy? Macie inny pomysł? Dajcie proszę znać. Próbowałam na wszystkie sposoby znaleźć słabe punkty. Nie udało się. Język jest przystępny, ale literacki. Ciekawi, wykreowani do samego końca bohaterowie. Nawet postaci poboczne, jak ogrodnik, pokojówka, kucharka mają swoje charaktery. Autorka ważne kwestie przeplata opowiastkami codzienności. Codzienności, z którą bohaterki musiały się borykać. Codzienności trudnej, ale momentami szczęśliwej. Autorka poruszyła w książce różne ważne wątki. Wątek niespełnionej miłości, która naznaczyła życie młodego chłopca na lata. Wątek miłości kazirodczej, zakazanej, która została przerwana za późno. Wątek porzucającego dziewczynki wujka, Charliego, który zniknął. Ekscentryka mającego wiele złych czynów na sumieniu. Wątek samotności młodych dziewcząt w dużym domu, gdzie musiały radzić sobie same, wspierane tylko przez nieliczną służbę, a jedyny im oddany pomocnik ogrodnika Ambrose został odprawiony. Łącząc te wątki autorka stworzyła powieść oryginalną, przeplataną niepokojem o dalsze losy postaci, o dalszą historię. Wiele razy w trakcie czytania nie mogłam się doczekać, by się dowiedzieć co będzie dalej. Jakie będzie zakończenie? Czy szczęśliwe? Czy naznaczone kolejną śmiercią i tajemnicą?  

Bardzo podobają mi się dwie główne postaci. Pierwsza to Margaret, córka antykwariusza wychowana na powieściach Austen, Eliot, Dickensa i sióstr Brontë. Cała książka przesycona jest porównaniami do „Dziwnych losów Jane Eyre”. Wręcz fanatyczka literatury. Skrywająca własną tajemnicę i ukrywająca pod licznymi warstwami ubrań ogromną wyrwę w sercu. Wyrwę, której nie udało się zapełnić. Margaret nie kochana przez własną matkę. Czująca się smutna w dniu swoich urodzin. Druga to Vida Winter, ekscentryczna pisarka. Wychowana w bardzo surowych warunkach. Uwielbiająca książki i czytać, i pisać. Mimo swego wieku, słabości i choroby opiekująca się do końca bliskimi. Żyjąca z przymrużeniem oka i budująca dziwną relację z otoczeniem. Starająca się być niedostępna, jakby na odległość. Potrafiąca nawet wymyśleć nietypową zabawę pytając Margaret czy użyłaby pistoletu, który miałaby w ręku, gdyby ktoś kładł kolejno na taśmie jadącej do pieca wszystkie powieści, które najbardziej ukochała?  Uwielbiam refleksje o czytaniu w powieściach. Jest to zawsze sprawmy zabieg autorów, który zaspokaja pragnienia książkoholików. Z historiami jest jak z rodziną. Jak pisze autorka, można „(…) nie znać swoich krewnych, stracić z nimi kontakt, ale oni istnieją. (…) oddalić się od nich albo odwrócić” ale nie powiemy „(…) że ich nie ma”. To dobrze, że ta historia jest. Choć nagle pomyślałam, że tak wspaniała historia, opowiedziana z różnych perspektyw, po prostu musiała zaistnieć. Nie mogła pozostać tylko w obszarze fantazji jej autorki, bo ile byśmy stracili.

Werdykt

Czy znacie to uczucie, kiedy zaczyna się czytać nową książkę, a jeszcze żyje się wcześniejszą? Odkładamy tę poprzednią, ale jej tematyka i wątki – a nawet postacie – nadal tkwią we włóknach naszych ubrań i kiedy otwieramy następną, wciąż nam towarzyszą”.

„Trzynasta opowieść” Diane Setterfield

Ze mną tak właśnie jest. Ciągle pamiętam misternie utkaną opowieść przez Setterfield. Wykreowane postaci, malownicze krajobrazy, opisane wydarzenia. Ta pokazana więź, więź dziewczynek, więź sióstr jeszcze szumi mi w głowie. Jeszcze czuję te emocje. Jeszcze na myśl o więzi bliźniaczej, tak naprawdę do końca nie poznanej, jest mi smutno. Po prostu, po ludzku smutno.

Przed Wami macie opowieść, z którą nie spotkałam się dotychczas w żadnej z książek, którą przeczytałam (a przeczytałam ich sporo). Opowieść trzymającą w napięciu o nieprzewidywalnym zakończeniu. Po prostu „Trzynastą opowieść”. Werdykt nie może być inny, jak tylko CZYTAĆ !!!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS

.

„Klątwa ruin” Magdalena Wala

KLĄTWA RUIN

  • Autor:MAGDALENA WALA
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Liczba stron:298
  • Data premiery:15.07.2020r.
  • Moja ocena: 8/10

Przy okazji publikacji recenzji najnowszej książki Magdaleny Wali „Skradzione życie” (https://slonecznastronazycia.blog/2021/03/29/skradzione-zycie-magdalena-wala/ ) pochwaliłam się Wam, że czytałam również jej poprzednią książkę pt. „Klątwa ruin”. Na szczęście jedna z moich wiernych czytelniczek wyłapała moje niedociągnięcie. Ja się po prostu z Wami moimi spostrzeżeniami na temat „Klątwy ruin” nie podzieliłam! Jak to się stało? Nie mam pojęcia. Mogłabym się tłumaczyć pędem życia, roztargnieniem. Najważniejsze, że postanowiłam czym prędzej naprawić moje faus pa. I oto zaległa recenzja „Klątwy ruin” Magdaleny Wali.

Wyobraźcie sobie duże, dębowe, masywne drzwi. Pięknie zdobione sztukaterią. Z ogromną, mosiężną klamką. To magiczne drzwi. Wystarczy tylko przez nie przejść, a po drugiej stronie znajdziecie się w polskim dworku sprzed stu lat. W Polsce, gdzie liczył się honor. Gdzie walka o nieskalanie nazwiska było jedną z głównych cnót. Gdzie liczyły się potulne, posłuszne i pokorne żony, a słabostki były tylko domeną mężczyzn. Wszystkie słabostki na „k” jak: karty, kielichy i kobiety. Każdy z nas może mieć takie drzwi. Każdy z nas przez te drzwi może przejść. Drzwi mogą być kupione, mogą być pożyczone. Takimi drzwiami jest książka Magdaleny Wali „Klątwa ruin”. Każdy z nas ma do niej dostęp. Mam nadzieję, że ta recenzja Wam pokaże, że warto przez te książkowe drzwi przejść.

Dawno, dawno temu

Tak naprawdę to dokładnie 100 lat temu. Historia bowiem dzieje się w roku 1920. W roku, gdy wszystko było inaczej. W roku, gdy mówiło się „cichaj” zamiast ciszej, „żwawo” zamiast szybciej, „zasnąć w Panu” zamiast „umrzeć”, „smalić cholewki” zamiast podrywać W roku, gdy nosiło się „szlafmycę”, „kapotę” zamiast kurtki. W roku, gdzie suknia z odkrytą kostką już była powodem do przygany, a co dopiero z odkrytą połową łydki. W roku, gdzie związki pomiędzy herbowym szlachcicem a prostą dziewczyną, nawet wykształconą były nie do pomyślenia. W roku, gdy właściciele majątków zatrudniali stajennych, lokai, kamerdynerów, panie do towarzystwa i utrzymywali rezydentów. W roku, gdy Polskę trawiła wojna polsko-bolszewicka, a najważniejsza bitwa, Bitwa warszawska miała dopiero nadejść. Główną bohaterkę Anielę Wilczkówną poznajemy w lutym 1920. Śledzimy jej zawiłe losy do grudnia 1920. Przez te parę miesięcy dowiadujemy się o niej wszystkiego. O jej trudnym dzieciństwie, o utraconej w młodości matce, o jej ciężkiej pracy w ziemiańskim dworku jako panna do towarzystwa, o jej relacji z krewnym właścicielki dworu Rafałem Mielżyńskim, z jednej strony żartownisiem i hulaką, z drugiej poważnym młodym patriotą walczącym o wolność Ojczyzny. Aniela jest wykształcona. To dzięki właścicielowi sąsiedniego dworku Panu Korzeńskiemu zdobyła wykształcenie, który otoczył ją opieką po śmierci rodziców. Oprócz wykształcenia Stanisław Korzeński pozwalał jej zdobyć przyjaźń własnej córki, Konstancji. Dzięki temu Aniela nie była tak całkiem samotna. Czy to dobre serce właściciela ziemskiego nad biedną sierotą czy coś jeszcze? Dwór, w którym mieszka Aniela trawią wszystkie przywary ówczesnego społeczeństwa. Jednolite wychowanie i oczekiwania względem panien, bo przecież jak mówi pewien starszy pan: „Kobieta uparta, szeląga niewarta” Buta i przeświadczenie o swej wyjątkowości, tylko dlatego, że pochodzi się ze szlacheckiego rodu. Dbałość o pozory. Wykorzystywanie biedniejszych, nie tylko służby. Nawet taką pannę do towarzystwa jak Aniela, eksploatuje się do późnym godzin nocnych zlecając prace jej nieprzystające. W tym wszystkim dziewczyna nie zatraca samej siebie. Planuje przyszłość, a w godzinie próby właścicielka majątku może na nią liczyć. Co odkrywa Aniela przechadzając się po komnatach majątku Strumieńskich – Olszowej? Sprawdźcie sami.

Sama dedykacja jest świetna

Przygodę z „Klątwą ruin” zaczęłam bardzo dobrze. Autorka w dedykacji napisała „Kochającym czytanie”.  Wiem, wiem, przemawia przeze mnie próżność. Przecież tyle cudownych osób, wspierających pisarza mają autorzy wokół siebie, a ja oczekuję jako czytelnik dedykacji. A przecież pisanie to nie prosta sprawa, szczególnie tak dobrych książek. Ja kocham czytanie. Więc zrozumiałe, że czuję się adresatką tej dedykacji, za którą autorce niniejszym dziękuję.

Powieść dzieje się w otoczeniu pięknego krajobrazu. Krajobrazu dwóch sąsiadujących ze sobą majątków, majątku Strumieńskich – Olszowej oraz majątku Korzeńskich – Rudnik. Dwóch rodów ze sobą związanych wspólną historią. Autorka włożyła dużo pracy w przybliżenie nam ówczesnego życia dworskiego. Zrobiła to wyśmienicie. Ponownie mogłam się wielu nowych zwrotów nauczyć. Jest to kolejny dowód na to, że Magdalena Wala traktuje swoje pisanie jak misję. Mimo podejmowanych w swoich powieściach wątkach obyczajowych, umiejętnie wplata w fabułę treści historyczne korzystając tylko ze sprawdzonych źródeł. Jest to wartość sama w sobie, dla tych którzy z jednej strony uwielbiają historię, z drugiej nie gustują w książkach historycznych. Wydanie nieprzypadkowe. Przecież 2020 roku obchodziliśmy stulecie Bitwy Warszawskiej, jak pisze autorka w posłowiu „(…) jednej z najważniejszych bitew w naszej historii…”. Polubiłam główną bohaterkę Anielę, ubogą damę do towarzystwa. Spodobał mi się jej hart ducha i oddanie sprawie, pomocy pokrzywdzonych w wojnie. Mimo, że musiała tą swoją aktywność na rzecz potrzebujących prawie wyszarpać pazurami. Nie ustała. Aniela jest bardzo dojrzała jak na swój wiek. Możliwe, że jej trudne losy i samotność odcisnęły w taki sposób na jej obyciu oraz zachowaniu piętno. Nieważne. Ważne, że to postać bardzo dobrze wyeksponowana w powieści. Dziewczyna bez niczego, a jednocześnie mająca wszystko. Swoją powagę, inteligencję i plan na życie. Plan, w którym niekoniecznie musi istnieć mężczyzna, któremu oddałaby się bez reszty. To dobrze, że autorka, mimo możliwości nie uległa pokusie i nie zrobiła z Anieli kolejnej zakochanej po uszy w swoim panu dzierlatki. Wolę bardziej taką Anielę, niż zakochanego podlotka. Anielę mimo swej młodości, siwowłosej. Co spotkaliby w majątku swoich przodków praprawnuki Strumieńskich, właścicieli Olszowej? Czy ruiny, czy chaszcze, czy ukryty majątek i rodzinne „precjoza”, czy płyty nagrobne, czy dworek myśliwski? Nie sposób się tego dowiedzieć, jeśli nie zerkniecie w karty tej książki i nie rozpoczniecie podróży. Podróży przez magiczne drzwi. Czy to nie dowód na to, że magia istnieje naprawdę?

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Szeptacz” Alex North

SZEPTACZ

  • Autor: ALEX NORTH
  • Wydawnictwo:MUZA
  • Liczba stron:480
  • Data premiery:16.10.2019r.
  • Moja ocena:7/10

Kilka dni temu opublikowałam moją spóźnioną recenzję powieści „W cieniu zła” Alexa Northa (znajdziecie ją tu: https://slonecznastronazycia.blog/2021/03/21/w-cieniu-zla-alex-north/ ). Mimo, że dostrzegłam pewne braki i niedociągnięcia oceniłam tą pozycję pozytywnie. Przy jej okazji jednak dopiero uświadomiłam sobie, że nie opublikowałam recenzji „Szeptacza” pierwszej książki autora. Ukazała się ona w październiku 2019 roku, gdy z powodów problemów osobistych miałam bardzo trudny czas. Nadrabiam te zaległości teraz, odświeżyłam sobie lekturę i przedstawiam Wam recenzję. „Szeptacz” to książka zdecydowanie wysoko oceniana, szeroko reklamowana oraz polecana przez znanych i lubianych. Oczekiwałam więc mocnego thrillera, wręcz horroru, nie pozwalającego mi zmrużyć oka przez co najmniej tydzień. Książki, której fabułę zapamiętam na długo, chcąc jednocześnie o niej jak najszybciej zapomnieć. Czy tak się stało? Zapraszam do zapoznania się z recenzją.

Wstęp

Książka rozpoczyna się od porwania Neila Spencera. Kilkuletniego chłopca wracającego samotnie do domu wieczorem po wizycie u swego ojca. Syna dwójki alkoholików. Rodziców, którym za bardzo na nim nie zależy. Początek mrozi krew w żyłach. Okazuje się, że chłopiec w trakcie swej drogi do domu jest obserwowany. A porywacz zbliża się do niego od tyłu szepcząc jego imię. Niestety dwa miesiące poszukiwań nie przynoszą rezultatu. Wkrótce ciało Nela zostaje odnalezionego. W tym samym czasie pisarz Tom Kennedy cierpi po śmierci żony Rebekki. Wprowadził się ze swoim synem Jake’em do nowego domu w cichej miejscowości Featherbank. Zaczyna się niepokoić, gdy zauważa, że syn mówi sam do siebie i zaczyna się bać mężczyzny, którego wieczorami słyszy szept za oknem. Tom nie dowierza synowi. Do momentu, gdy w nocy budzi się niespokojnie i odkrywa, że jego syn rozmawia z kimś szeptem przez drzwi wejściowe. W otworze na listy widać palce, które Jake dotyka. Palce mężczyzny. Tom dowiaduje się również, że jego syn zna bardzo dobrze rymowankę, którą powtarzały od lat miejscowe dzieci: „Jeśli drzwi nie zamkniesz w porę, szeptać zacznie ktoś wieczorem. Jeśli na dwór wyjdziesz sam, złego pana spotkasz tam. Jeśli okno uchylisz choć trochę, pukanie w szybę usłyszysz przed zmrokiem. Jeśli jesteś sam i miewasz się źle, pan Szeptacz na pewno odwiedzi cię”. Tom czy chce czy nie staje się aktywnym uczestnikiem pogoni za Szeptaczem. W garażu kupionego domu znalezione zostają przez niego szczątki sześcioletniego Tony’ego Smitha, zamordowanego dwadzieścia lat wcześniej. Tom wie, że to nie może być przypadek. Tom podświadomie czuje, że jego syn będzie następny.

Rozwinięcie

Bardzo podobała mi się relacja ojca i syna pokazana przez Alexa Northa. Tom, samotny wdowiec i jego siedmioletni syn Jake. Syn, z którym Tom nie jest w stanie spędzać całych dni od rana do wieczora. Syn, który często ma pretensje do ojca i nie chce się przed nim całkowicie otworzyć. Syn, któremu Tom nie wierzy. Szepty, obecności i „chłopca w podłodze” traktuje jak wymysł chorej fantazji Jake’a. Mimo to, nawet jak się kłócą, oboje wiedzą, że bardzo się kochają. Jak nikt na świecie. Tom wie, że nie jest perfekcyjnym ojcem i obwinia się o to. Ma jednak świadomość, że potrzebuje trochę czasu dla siebie. Potrzebuje czasu by pracować nad zaczętą książką, potrzebuje chwili wytchnienia, by uporać się ze śmiercią żony i poradzić sobie z nową dla niego relacją, z dawno niewidzianym ojcem. Tom ciągle się obwinia się, że wszystko co się dzieje z jego synem – Jake’em jest jego winą. Nieidealny, niewystarczająco oddany. Takich rodziców swoich ofiar upatrzył sobie Szeptacz. Niedoskonałych, zawodzących własne dzieci. Dzieci, które chciał uwolnić od nieperfekcyjnych rodziców. Od złych rodziców.

W stosunku do kolejnej książki autora „W cieniu zła” w „Szeptaczu” wyraźnie skonstruowana została postać Pani komisarz Amandy Beck oraz komisarza Pete’a Willisa. Oboje ambitni, oboje nie potrafią pogodzić się z porażką. Oboje pamiętają swoje ofiary. Pete bardzo dokładnie. Pamięta 20 lat Tony’ego Smitha. Sześciolatka, którego nie ochronił przed Szeptaczem. Chłopca, którego szukał przez 20 lat. Chłopca, któremu nie pomógł. Czy te traumatyczne przeżycia i pamięć spowodowały, że stał się człowiekiem, którym jest, którym był? Zapewne. Przecież w różny sposób radzimy sobie z naszymi traumami. Oddanie śledztwa tak oddanym policjantom jak Beck i Willis spowodowało, że policyjne śledztwo toczy się ciekawym torem, odkrywane są kolejne wątki. Pytanie, które mi się kołacze po przeczytaniu zakończenia, czy Willis naprawdę musiał odejść? Czy nie było dla niego miejsca w rzeczywistości po Szeptaczu? Czy to odejście to jest kara za poprzednie czyny, poprzednie życie? Chociaż z drugiej strony, życie wymaga ofiar, wojna wymaga ofiar. I ta ofiara została złożona.

Totalny majstersztykiem jest postać mordercy, naśladowcy Franka Cartera, mężczyzny, który „dwadzieścia lat wcześniej porwał i zamordował pięciu chłopców z Featherbank”. Franka, którego alibi własnej żony pozwoliło przez wiele miesięcy unikać złapania. Franka, który maltretował i żonę, i własnego syna każąc go obrazami tego, co robił z małymi chłopcami. Mordercy, który próbuje odkupić swoje winy, obojętność. Nie do końca mu się udaje. Zwierzęce instynkty wygrywają. Nie wystarczy tylko założyć koszulkę na głowę. Wszystko dzieje się naprawdę. Koszulka nie powoduje, że znikamy. Zastanawia mnie co myślała sobie żona Franka Cartera wiedząc, że jej mąż to potwór, morderca dzieci. Kryjąc go. Rozumiem, że robiła to z obawy o własne życie i życie swojego syna. Rozumiem, że dopiero po pewnym czasie znalazła w sobie siłę by wskazać śledczym komórkę w ogrodzie, w której Frank Carter ukrył ciała chłopców. Tylko czemu tak późno? Jak można żyć i zasypiać wiedząc, że ma się koło siebie potwora? Szkoda, że nie był to wątek, który Alex North rozwinął. Byłoby to ciekawe studium przypadku. Zabrakło mi jeszcze historii, co się stało z Tony’m Smithem. Dlaczego Frank Carter zmienił swoje modus operandi i nie ukrył ciała piątego chłopca w szopie za domem? Dlaczego Tony musiał spocząć w innym miejscu i stać się pożywką dla żądnych przygód, zwyrodnialców, którzy odwiedzali jego szczątki? Albo ten wątek mi umknął, albo nie został rozwiązany.  

Zakończenie

Kompletnie nie rozumiem zachwytu nad „Szeptaczem”. Według mnie owszem, jest to ciekawy kryminał z dreszczykiem w tle. Nie nazwałabym jednak książki „objawieniem gatunku”. Dla mnie to ciągle raczej kryminał, niż mrożący krew w żyłach spektakularny thriller. Akcja momentami się rozwleka, a wątki obyczajowe wydają się być za bardzo rozbudowane. To powodowało, że nie brakło mi ani razu tchu w trakcie czytania, co zwykle się dzieje, gdy mam w ręku pasjonujący thriller.

Czego więc nauczyła mnie lektura „Szeptacza”? Potwierdziła, że opinie są całkowicie subiektywne. Nieważne, jak recenzent się stara. Opinia uzależniona jest od jego wcześniejszych doświadczeń, spotkań z autorem, oczekiwań. Nawet emocje i bieżące samopoczucie również wpływa na odbiór czytanego dzieła literackiego. Czasem nawet drażniące recenzenta sformułowanie może uniemożliwić pozytywny odbiór dzieła. Dla kogoś może być ono odkryciem, dla innego całkiem przeciętną książką. Ktoś inny może nawet jej nie strawić od początku do końca. Opinie nie są więc dobre, ani złe. Są moralnie obojętne. Nie ma bowiem jednego kanonu opinii. Dla każdego ważne jest coś innego. Nie można więc powiedzieć, lub sfrustrowanym napisać „całkowicie nie zgadzam się z tą opinią”. Należałoby raczej swoje odczucia zdefiniować jako „mam inną opinię”.

Tak jest u mnie z „Szeptaczem”. Nie podzielam zachwytu licznych recenzentów, również z pierwszej strony książki, czy blogerów. Dla mnie jest to książka ciekawa, przy której nie zmarnowałam ani minuty. Bez wątpienia jednak, w mojej opinii, nie zasługuje na miano odkrycia gatunku i thrillera 2019. Ale pamiętajcie każdy z Was ma prawo mieć inne zdanie. Nie będziecie wiedzieć jakie macie, póki nie przeczytacie.  

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU MUZA

.

„Idealny detektyw” Kristen Ashley

IDEALNY DETEKTYW

  • Autor:KRISTEN ASHLEY
  • Seria: ROCK CHICK. TOM 5
  • Wydawnictwo:AKURAT
  • Liczba stron:575
  • Data premiery:17.03.2021r.
  • Moja ocena: 7/10

„Idealny detektyw” to piąty już tom cyklu „Roch Chick”. Przeczytałam każdy poprzedni tom, w związku z tym wiedziałam czego się spodziewać. Każdy z nich opiera się na tym samym schemacie – zwariowana, piękna dziewczyna, która pakuje się w tarapaty i seksowny, władczy mężczyzna, który pomaga jej się nich wydostać. Oprócz wątku miłosnego, niesłychanie gorących scen, niesamowitego humoru, w książce jest też watek sensacyjny, pościgi, wątki mafijne, zagadki do rozwiązania.

Ava Barlow postanowiła sobie, że będzie żyć bez mężczyzn, ma bowiem jak najbardziej powody by ich nienawidzić. Gdy więc jej przyjaciółka przyłapuje męża na zdradzie Ava postanawia dostarczyć jej dowody przeciwko niemu, by jak najszybciej mogła się rozwieść. Postanawia zwrócić się do detektywa Luke’a, swojej miłości z lat dziecinnych. W ostatnim momencie zmienia zdania, ale machina została już wprawiona w ruch. Luke się nią zainteresował, a gdy przystojniak z Nightingale Investigations postanawia uratować jakąś ślicznotką, ona sama nie ma zbyt wiele do powiedzenia:)

Jest to zwariowana opowieść o miłości, przyjaźni, odwadze, radości życia. Jest gorąca historia miłosna, zapierające w dech piersiach sceny erotyczne, pościgi, porwania, intrygujące śledztwa. A przede wszystkim jest cała gromadka zwariowanych bohaterów, dziewczyn wprost mających talent do pakowania się w kłopoty oraz przystojnych mężczyzn, którzy chcę je uratować. Do tego jest optymizm, poczucie humoru, błyskotliwe dialogi, zwroty akcji. Jednym słowem, czegóż chcieć więcej?;) O ile pierwsze tomy serii nie bardzo mnie porwały, choć czytało się przyjemnie, a środkowe mnie zachwyciły, o tyle w „Idealnym detektywie” mimo że czytało mi się go bardzo szybko i przyjemnie były momenty, kiedy te znane schematy już mnie trochę męczyły. Przede wszystkim postawa Avy – kocha się w Luke’u od dzieciństwa, dla niego staje się super laską, udaje się do jego biura, ale gdy już tam jest postanawia przed nim uciekać i przez cała książkę zachowuje się w taki sposób, wprost ślini się na jego widok, ale gdy tylko akcja posuwa się odrobinę do przodu w panice postawia uciekać na egzotyczną wyspę. Jej zachowanie było więc dla mnie niespójne i momentami dość irytujące. Jednak Luke jest tak gorący, przystojny i męski, a chemia między bohaterami powoduje, że dosłownie iskrzy tak mocno, że odwraca to naszą uwagę od wszelkich nieścisłości. Jeśli lubicie zwariowane przygody i równie szalonych bohaterów i nie ma macie wymagań dotyczących tego by akcja była mocno oryginalna to „Idealny detektyw” na pewno Wam się spodoba i dostarczy Wam wielu niezapomnianych wrażeń.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU AKURAT.

„Skradzione życie” Magdalena Wala

SKRADZIONE ŻYCIE

  • Autor:MAGDALENA WALA
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Liczba stron:304
  • Data premiery: 24.02.2021r.
  • Moja ocena: 8/10

Jak już wspominałam, cenię sobie pozycje wydawane przez Wydawnictwo Książnica.  W lutym trafiły do mnie dwie ich nowości. Recenzja „Wyboru Charlotty” już za mną (https://slonecznastronazycia.blog/2021/03/06/wybor-charlotty-agnieszka-olejnik/ ), więc przyszedł czas na lekko spóźnioną recenzję nowości od Magdaleny Wali „Skradzione życie”. Magdalenę Walę już znam, a raczej jej twórczość. Przeczytałam jej opowiadanie w antologii „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny” (https://slonecznastronazycia.blog/2021/02/09/taniec-pszczol-i-inne-opowiadania-o-czasach-wojny/ ) oraz powieść: „Klątwa ruin”, która miała premierę w lipcu ubiegłego roku. Autorka w swych utworach dotyka poważnego tematu związanego z II wojną światową. Nie dziwi mnie to wiedząc, że z wykształcenia jest historyczką. Chociaż nie jest to temat łatwy, wracam do jej twórczości. Każde jej dzieło to dowód, że w takiej tematyce Magdalena Wala czuje się rewelacyjnie.

Kiedyś nadejdzie pokój, ale te wydarzenia zostawiły już zbyt wiele blizn. Te doświadczania, ta wojna zostanie z każdym, kto ją przeżyje, już na zawsze. Tymczasem trzeba udawać normalność. I… po prostu dalej żyć”.

„Skradzione życie”  Magdalena Wala

Posłuszna Żydówka

Książka składa się z dwudziestu sześciu rozdziałów podzielonych na części. Części noszą tytuły, które są odzwierciedleniem fabuły. Zaczynamy poznawać główną bohaterkę w części Posłuszna Żydówka. To Śląsk w roku 1939. Ewa Abramowicz świętuje ze swoimi przyjaciółkami urodziny. Przyjaciółkami, nieżydówkami. Mimo, że pochodzi z rodziny zreformowanej nie może pogodzić się z decyzją rodziców o ślubie z jedynym synem bogatego zegarmistrza Rosenbauma, Dawida. Dawida, konserwatywnego chasyda. Ma świadomość, że życie z Dawidem będzie dla niej „pasmem wyrzeczeń i obowiązków”. Do ślubu jednak nie dochodzi. Kilka dni przed nim wybucha wojna.

Następnie autorka opisuje losy Ewy i jej rodziców w części W drodze. Ewa już wie, że wojna nie będzie trwać miesiąc, czy dwa. Ewa już wie, że dotychczasowy świat runął. Jak wielu innych Ślązaków zaczyna uciekać na Wschód, pakując tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kierują się do Przemyśla, gdzie mieszka daleka rodzina Abramowiczów. W czasie podróży pomagają brzemiennej, samotnej Polce, Lilianie Radziejowskiej. Niestety Polka w trakcie trudnego porodu wraz z dzieckiem traci życie. Abramowicze postanawiają rzeczy po Lilianie oddać jej ciotce, do której podążała.  W trakcie pobytu w rodzinnej wsi Lilki okazuje się, że Ewa jest do niej bardzo podobna. Tak podobna, że myli ją nawet sąsiadka nieżyjącej już ciotki. Z kolei w Walce o przetrwanie losy Ewy zaczynają przypominać koszmar Żydów w obliczu bezeceństwa drugiej wojny światowej. Żydów tracących cały dobytek w rynsztokach, pozbawionych domów, najpotrzebniejszych rzeczy. Kolejne ograniczenia i zakazy sprzedaży towarów Żydów powodują, że Żydzi głodują, chorują, marzną. Ewa w tym czasie traci ojca, następnie w wyniku choroby matkę. Wdowa, u której mieszkała również umiera. Mimo, że była bardzo przydatna, zaradna i pomocna, Ewa musi opuścić mieszkanie. Liliana to czwarta część książki. Ewa w wyniku samotności i chęci przeżycia podejmuje decyzję, która odmienia jej życie na zawsze. Podróżuje do Piotrkowa, by spotkać się z Witoldem. Spotkanym w trakcie wędrówki żołnierzem, który uciekł z obozu jenieckiego. Żołnierzem, Polakiem, gojem z którym podzieliła się chlebem. Witold i Ewa zakochują się w sobie. Najbardziej podobała mi się ostatnia część, Niezwyczajne życie. To opis losów Ewy współpracującej z doktorem Kłosowskim. Polakiem wspierającym polskie podziemie oraz żydowskie dzieci. Dokarmiającym dzieci z getta, gdy jeszcze mogły wychodzić. Ewa dojrzewa, dorasta, by stać się niemą bohaterką żydowskich dzieci. Dzieci, którym los nie szczędził cierpienia, bólu, głodu i zimna. Niewinnych dzieci.

Ludzie ludziom gotują ten los

To przesłanie, jak autorka sama pisze w posłowiu, przyświeca książce. Jej zdaniem „(…) odnosi się do czasu teraźniejszego. Nie wolno nam zapominać o tym, co działo się w czasie wojny z mniejszościami, jak wskutek odgórnych decyzji zostali odarci z człowieczeństwa…(…) Jeśli ponownie pozwolimy sobie wmówić, że są grupy, którym należy ograniczyć prawa, (…)” opisywane przez Walę wydarzenia „(…) w przyszłości również mogą się powtórzyć”. Dlatego tak ważne dla autorki było ukazanie człowieczeństwa każdej żydowskiej postaci opisanej w książce. Osadzenie jej w konkretnym miejscu, czasie, wśród zwykłych domowych sprzętów, w trakcie zwykłych codziennych zajęć. To ludzie tacy sami, jak my wszyscy. Zasługujący na taki sam szacunek, który niestety został im niesłusznie odebrany. Za serce chwytały mnie losy małych żydowskich dzieci. Opuszczających getto by zjeść miskę lichej zupy. Aron, Rebeka, czy Ben. Różne imiona, te same dzieci. Wygłodniałe, brudne, osamotnione, krzywdzone. Cały czas jednak troszczące się o tych dorosłych, którzy zostali w getcie. O matki cierpiące i głodujące, o ojców pracujących i tracących życie w fabrykach na przymusowych robotach. Nawet te resztki normalnego życia zostały im zabrane. Nawet z takiej fikcji społeczeństwa zostały ograbione. Zapadła bowiem decyzja o likwidacji getta. Dzięki rozbudowanym przypisom dowiedziałam się, co oznaczają poszczególne sformułowania, jak: szojchet, balebos, kehila, czy bale goles. Całkowicie mi obce. Okraszając powieść tak obcobrzmiącymi słowami, Magdalena Wala udowodniła, że bardzo poważnie podeszła do tematu. Jej znajomość obrzędów, rytuałów, zwyczajów i tradycji żydowskich zachwyca. Co innego czytać o rzezi niewinnych, co innego wczytywać się w ich codzienność. Dotykać każdego dnia. Czuć się prawie członkiem ich rodziny, społeczeństwa. Poznając to co obce, oswajamy nieznane. To jest zapewne główne przesłanie książki. Wala chce byśmy nie zapomnieli o świadkach tamtych dni. O człowieczeństwie, które niesłusznie uchodziło z dymem wraz z tysiącami ludzkich istnień w komorach gazowych.

Muszę wspomnieć o okładce. Urocza prawda? Delikatna z mocnym akcentem zdjęcia w sepii. Zdjęcie nieprzypadkowe. Ale nic więcej już Wam nie zdradzę. Mówią Nie oceniaj książki po okładce. Coś w tym jest. Chociaż nierzadko okładka jest tak samo dobra jak książka. Tak jest i tym razem.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Gra zaklinacza” Donato Carrisi

GRA ZAKLINACZA

  • Autor: DONATO CARRISI
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Seria: MILA VASQUEZ. TOM 3
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 24.02.2021r.
  • Moja ocena: 7/10

„(…) poszukiwanie zaginionego dziecka to jak śledzenie czarnej tęczy. Na koniec nie ma co się spodziewać złotego garnca, lecz tylko milczącego potwora, złaknionego krwi i niewinności”.

„Gra zaklinacza” Donato Carrisi

Trzecia część serii o Mili Vasquez miała premierę ponad miesiąc temu. Ja do tej pozycji dojrzałam dopiero teraz. Czytając recenzje o thrillerze nad thrillerami, sami rozumiecie, czekałam na odpowiedni moment. Po spektakularnym „Zaklinaczu” (2009) debiucie literackim włoskiego pisarza, reżysera, scenarzysty i dramaturga oraz późniejszej „Hipotezie zła” (2016) przyszła kolej na „Grę zaklinacza”. Autor ma również na swoim koncie rewelacyjną „Dziewczynę we mgle”.  Czytaliście, oglądaliście na platformie Netflix? Dajcie znać. Gdybyście nie czytali poprzednich dwóch książek serii, której główną bohaterką jest inteligentna kryminolog z „Przedpiekla”, działu odpowiedzialnego za odnajdywanie zagubionych, nic straconego. Książkę można czytać odrębnie, nie znając zawiłych losów głównej bohaterki.

Kim jest Mila Vasquez?

W tej części Mila Vasquez nie jest już policjantką, tropicielką zaginionych. Rzuciła pracę w policji i zaszyła się w domku nad jeziorem, z dala od zgiełku miasta ze swoją 10-letnią córką Alice. Niestety jej spokój nie trwa długo. Zostaje poproszona o udział w roli cywilnego konsultanta w śledztwie mającego na celu schwytanie mordercy czteroosobowej rodziny, dwójki dorosłych oraz dwóch ośmioletnich bliźniaczek. Andersonów, którzy porzucili miejskie życie, odrzucili technologię i zaszyli się w domku tylko z jednym telefonem komórkowym. Telefonem, z którego matka przed śmiercią zadzwoniła na policję informując, że jej mąż Karl rozmawia z jakimś obcym mężczyzną na zewnątrz. Niestety policja przyjechała za późno. Mimo ogromu krwi w domu, ciał na miejscu zbrodni nie odnaleziono. Co było tak niepokojącego w wizycie mężczyzny, że spowodowała telefon na policję? Czy to, że był „pokryty liczbami od głowy do stóp, łącznie z podeszwami i wewnętrzną stroną dłoni”?.  Mężczyzny, który w wyniku anonimowego telefonu na policję zostaje schwytany. Nagi, pokryty tatuażami, w otoczeniu licznych złomów komputerowych, w opustoszałej rzeźni. Mila Vasquez dość szybko odkrywa, że poszukiwany mężczyzna to zaklinacz, inaczej morderca podprogowy. To morderca, który otacza się wyznawcami, rodzinami, jak członkami sektą. Morderca najbardziej niebezpieczny i trudny do schwytania. Morderca, który zabija przez innych, wybiera sobie ofiarę, uzależnia ją od siebie, by w końcu namówić do zaspokajania najgorszych żądz i pragnień. Czy jest nim faktycznie mężczyzna z tatuażami? Niestety, morderstwo Andersonów okazuje się tylko początkiem. Wkrótce zostaje porwana córka Mili, Alice. Mila prosi o pomoc swojego kolegę, który zastąpił ją w „Przedpieklu” – Simona Berisha. Razem szukają Alice odkrywając kolejne elementy układanki, gdzie rzeczywistość miesza się z wirtualnym światem. Światem, w którym Raul Morgan kryminalny antropolog, ojciec opłakujący stratę syna, okazuje się mordercą. Wiernym odtwórcą i uczniem zaklinacza, nazywanego Enigmą, poddającym się jego urokowi, któremu chodzi tylko o „moc zmieniania ludzi, przeobrażania niewinnych jednostek w sadystycznych morderców”.

Hm..

Czytając strona za stroną zastanawiałam się, jak jeszcze bardziej będzie zagmatwana ta historia.

Cokolwiek się w niej nie działo, zbudowane zostało na postaci Mili Vasquez. To ona tu jest istotnym spoiwem łączącym poszczególne wątki. Kobieta, matka, była tropicielka zaginionych, efektywna śledcza cierpiąca na aleksytymię. Aleksytymię przez którą nie potrafi nazwać własnych stanów emocjonalnych, odczuwać empatii i jest niezdolna do rozpoznawania wszelkich uczuć. Aleksytymię, która nie przeszkadza jej jednak wychowywać córki. Doświadczenie związane z jej porwaniem i spotkaniem z tytułowym zaklinaczem – Enigmą pozwala Mili dojrzeć. Pokonać swoje zaburzenie i zacząć odczuwać emocje. Odczuwać potrzebę przytulenia własnego dziecka, okazania mu miłości i troski. Postać Mili jest w centrum. W centrum odkrywanych kolejno okropności i zbrodni. W centrum wszystkich zdarzeń. To wokół niej piętrzą się kolejni bohaterowie, ofiary i ich sprawcy. Bo to Mila  potrafi wniknąć w świat zaklinacza, by go odnaleźć, by do niego się zbliżyć. Autor kluczy pomiędzy wątkami w mistrzowski sposób. Poszczególne sekwencje wydają się oderwane, by ostatecznie dojść do wniosku, że to tak naprawdę gra. Gra w świecie wirtualnym oraz świecie rzeczywistym. Wszystko co się dzieje jest wyreżyserowane. Morderstwa studentek, blondynek w okularach, czy morderstwa prostytutek. Zniknięcie Jimmiego Jacksona, odnalezienie Szczapy. Przecież „(…) Błędy przeszłości to remedium na teraźniejszość”. Postać Rosy Ortis, której zniknięcie zgłosiła córka Laura. Rosy, której nigdy nie było. Wyreżyserowane przez chory umysł zaklinacza, który jest zawsze o jeden krok z przodu. Nawet na końcu, gdy wydaje się, że winny został schwytany. Mila wie, że musi odnaleźć prawdziwego zaklinacza, jeśli tego nie zrobi – parafrazując autora – ciemność po nią przyjdzie.

Mimo, że powieść trzymała mnie w napięciu, burząc mi krew w żyłach i powodując gęsią skórkę, czuję pewien niedosyt. Nie dowiedziałam się jaką przemianę przeszła Alice, córka Mili, w wyniku kontaktu z zaklinaczem. Czy obudził w niej zło? Czy faktycznie otrzymała zdolność zmieniania ludzi, jak on sam? Czy Alice może być nowym zaklinaczem? Zabrakło mi również rozwinięcia wątku ojca Alice, pogrążonego w śpiączce, sadysty, mordercy. Wydawało się, że Carrisi nawiąże do jego postaci bardziej formułując domniemanie, że w wyniku rehabilitacji ojciec Alice zetknął się z alternatywną rzeczywistością reżyserowaną przez zaklinacza w Gdzie indziej lub Dwójce – nie pytajcie co to? Nie zdradzę. Przecież Mila znalazła w podziemiach kliniki stare komputery, okulary VR i dżojstik.

ps. a propos jak cywil może się dostać do podziemi kliniki i przeszukiwać złożone tam depozyty? Tego autor nam nie zdradza. Może na te pytania i wątpliwości uzyskam odpowiedzi w kolejnej części o Mili Vasquez? Jak to mówią pożyjemy, zobaczymy…

Na tą chwilę proponuję Wam podróż w najskrytsze i najodleglejsze miejsca umysłu zaklinacza. Kogoś kogo, czego jestem pewna, nikt z nas nie chciałby spotkać, ani w świecie wirtualnym, ani tym bardziej w świecie rzeczywistym.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ALBATROS.

„Wróbel w getcie” Kristy Cambron

WRÓBEL W GETCIE

  • Autor: KRISTY CAMBRON
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Seria: UKRYTE ARCYDZIEŁO. TOM 2
  • Liczba stron: 384
  • Data premiery: 27.01.2021r.
  • Moja ocena: 8/10



Kristy Cambron to amerykańska autorka powieści historycznych i non-fiction o tematyce religijnej. Jest historykiem sztuki i tego tematu dotyka też pośrednio wydana w Polsce jej seria „Ukryte arcydzieło”. Nie było mi na razie dane przeczytać jej pierwszego tomu „Motyl i skrzypce”,czytałam jednak na jego temat wiele pochlebnych opinii. Dlatego gdy na początku tego roku dowiedziałam się o premierze drugiego tomu zdecydowałam się na jego lekturę. Trochę obawiałam się, że bez znajomości pierwszego tomu będzie to utrudnione, ale tak naprawdę są do dwie odrębne historie, tylko bohaterowie współcześni Ci sami.

Jest to historia Kai Makovski, która gdy dowiaduje się, że niemiecki terror dociera do Pragi, gdzie pozostali jej rodzice opuszcza Wielką Brytanię, by spróbować uratować swoją żydowską rodzinę. Trafia do getta w Terezinie i wojenna groza staje się jej codziennością. Los krzyżuje jej drogi z drogami dziewczynki, która niespodziewanie odmieni jej życie. Kilkadziesiąt lat później Sera i William Hanover, bohaterowie „Motyla i skrzypiec” zastają brutalnie rozdzieleni podczas ślubu. Mężczyznę oskarżona o przestępstwo związane z dziełami sztuki i grozi mi dziesięć lat więzienia. Sera próbuje odkryć tajemnicę z jego przeszłości i postanawia zrobić wszystko, żeby mu pomóc. Niespodziewanie losy tych dwóch kobiet zostaną połączone historią tajemniczej dziewczynki ocalonej z Holokaustu.

Akcja toczy się dwutorowo, współcześnie i w czasie II wojny światowej, w narracji trzecioosobowej, współcześnie z punktu widzenia Sery, w przeszłości Kai. Świetny, lekki styl, ciekawe okazja, wyraziści bohaterowie to wszystko sprawia, że książkę czyta się bardzo przyjemnie. Jest to opowieść o miłości, przywiązaniu do rodziny, zdolności do poświęceń nawet w najtrudniejszych czasach. Przypomina, że ludzie nie są jednoznaczni, w każdym jest i dobro i zło, od nas zależy, którą stronę dopuścimy do głosu. Bardzo polubiłam obie główne bohaterki. Postawa Kai jest godna naśladowania, byłam pełna podziwu, gdy czytałam o jej trosce o rodziców, która kazała jej wrócić do okupowanej Pragi i zaryzykować wywóz do obozu, a także jej determinację i otwartość na krzywdę dzieci również w obozie. Również Sera jest wspaniała kobietą, mądra, wrażliwa, uczciwa, mimo wątpliwości, które ma pozostaje lojalna i wierna miłości. „Wróbel w getcie” to mądra, optymistyczna, pełna emocji opowieść, której długo nie zapomnicie. Polecam serdecznie.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU ZNAK.