„Dobre wychowanie” Amor Towles

DOBRE WYCHOWANIE

  • Autor: AMOR TOWLES
  • Wydawnictwo: ZNAK LITERANOVA
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery w tym wydaniu: 24.11.2021r.
  • Data premiery: 01.02.2021r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.03.2013r.

„-Masz dużo…książek – powiedział w końcu.  – To choroba.  – Leczysz… się?  – Niestety, jest nieuleczalna”. – Dobre wychowanie” Amor Towles.

Ha! Ja też choruję nieuleczalnie, tak jak Kate. Bohaterka debiutu literackiego amerykańskiego pisarza i publicysty Amora Towles’a. Autora, który zachwycił świat książką „Dżentelmen w Moskwie”. Czytaliście ten bestseller? Ja jeszcze nie, ale po przeczytaniu „Dobrego wychowania” wydanego nakładem  @wydawnictwoznakpl wiem, że „Dżentelmena w Moskwie” muszę obowiązkowo przeczytać. To taki typowy must have na nowy rok 2022, który  już prawie stoi u naszych drzwi.

Amor Towles opisał w jedynym swoim rodzaju, prawdziwie literackim stylem Nowy Jork w czasie wielkiego kryzysu. Nowego Jorku, gdzie każdy mógł „(…) skrócić albo wydłużyć sobie imię lub nazwisko. Teddy’ego do Tinkera. Eve do Evelyn. Katyę do Kate”. To świat na który spoglądam z zachwytem. Gdzie kluby jazzowe stykały się z nielegalnymi pijalniami. Gdzie istniały miejsca na których drzwiach wisiał szyld „Kobietom wstęp wzbroniony”. Gdzie każdy mógł wiele stracić, gdy równocześnie inny mógł wszystko zyskać. W takiej atmosferze poznajemy Eve i Kate, które w trakcie wspólnej nocy sylwestrowej w muzycznym klubie spotykają bogatego i przystojnego Tinkera. Niespotykanym zbiegiem okoliczności Tinker powoduje wypadek samochodowy, w którym Eve zostaje oszpecona do końca życia. Zraniona dziewczyna zaczyna grę. Grę, w której nagrodą ma być jej nowe, dostatnie życie.

Przeważnie w toku codziennego życia znosimy liczne dowody na to, że tak uniwersalna sprawiedliwość nie istnieje. Niczym koń ciągnący wóz, ze spuszczonymi łbami i końskimi okularami na swoim miejscu, człapiemy po bruku, ciągnąc dobytek panów, i cierpliwie czekamy na następną kostkę cukru.” „Dobre wychowanie” Amor Towles.

Może to nie jest bestsellerowy „Dżentelmen w Moskwie”, ale dla mnie „Dobre wychowanie” okazało się książką wyśmienitą. Czytając miałam wrażenie, że przechadzam się ulicami Nowego Jorku w czasie czterech pół roku. Tak też zresztą skonstruowana jest ta powieść. Odzwierciedla jeden rok w życiu Kate, która jest jednocześnie narratorką tej pozycji. Poznajemy jej wszystkie spostrzeżenia, uwagi, myśli, odczucia i rozterki. Jest to bohaterka i narratorka wyjątkowa. Wysoce inteligentna, umiejąca postawić na swoim, odrzucająca stare konwenanse i obyczaje. Na swój sposób unikatowa. Dodatkowo książkoholiczka, która czyta mnóstwo książek. Opiniami o nich dzieli się wraz z czytelnikiem. Poznajemy jej stosunek do Prousta, Hemingwaya, Wolf, Dickensa czy Agathy Christie. Nie tam żadna młoda trzpiotka, której jedynym celem jest zdobycie bogatego męża, ale kobieta świadoma swojej wartości. Potomkini rosyjskiego żołnierza, który jak wielu innych emigrantów na początku ubiegłego wieku poszukał szczęścia na Nowym Lądzie. W Katie faktycznie można się zakochać i to praktycznie od pierwszych kilkudziesięciu stron.

Nie przeszkadzała mi nawet literówka, którą znalazłam już na 22 stronie w słowie „odróżnić”, które brzmi „dróżnić”. Nie przeszkadzały by mi w czytaniu zapewne setki literówek, a jak wiecie na tego typu błędy jestem wyjątkowo przeczulona. Formuła książki jest bardzo atrakcyjna. O podziale na części zatytułowane kolejnymi porami roku już wspomniałam. Każda część składa się z zatytułowanego rozdziału. Rozdziałów jest łącznie dwadzieścia sześć. Autor zafundował nam wstęp, w którym wiele się dowiadujemy o okolicznościach powstania książki. Do tego Epilog. Nie wiem, czy miał być „… ale mało wybranych”, czy raczej „…dla mało wybranych”. Ale o literówkach już wspomniałam uprzednio. Gdzieniegdzie Autor w historię Katie i jej przyjaciół wplata cytaty z „Zasad uprzejmości i dobrego zachowania w towarzystwie i rozmowie spisane przez młodego George’a Washingtona”. Zestawienie wszystkich stu dziesięciu rad znajdziecie na końcu książki. Niektóre z nich są nadal aktualnie, niektóre już niekoniecznie. Ale czytać o nich w kontekście opisanych w powieści zachowań i postępowań to prawdziwy rarytas.

Amor Towles to pisarz wielowymiarowy. Z jednej strony przypominał mi Hemingwaya, czy Virginię Wolf. Z innej strony jednego z moich ulubionych amerykańskich powieściopisarzy Johna Irvinga. Trudno go jednoznacznie sklasyfikować. Tak jak jego prozę. To proza, gdzie parafrazując samego Autora, każda postać, każde pomieszczenie, które wydaje się zupełnie nowe, jest zarazem znajome jak stary zwyczaj. Amor o samej Agathcie Christie  napisał, że „(…) rozdziela swoje małe niespodzianki w staranie stonowanym tempie niani raczącej słodyczami dzieci powierzone jej opiece.” Ja czytając „Dobre wychowanie” czułam się jakby to Towles rozdzielał mi słodycze, strona po stronie, rozdział po rozdziale. I im bliżej końca, tym chciałam tych słodyczy więcej. Aż żal, że książkę już przeczytałam. Liczę, że znajdę czas by do niej powrócić. CZYTAJCIE!!!

Moja ocena: 9/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.

„Najsłynniejsze opowiadania wigilijne” Charles Dickens, Anthony Trollope

NAJSŁYNNIEJSZE OPOWIADANIA WIGILIJNE

  • Autorzy: CHARLES DICKENS, ANTHONY TROLLOPE
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 275
  • Data premiery: 30.11.2021r.

Koniec końców, całe to Boże Narodzenie to jedno wielkie nudziarstwo!” – „Boże Narodzenie na plebanii w Kirkby Cliffe” Anthony Trollope.

Nudziarstwo, nie nudziarstwo jest tylko jedno Boże Narodzenie. Boże Narodzenie gdzie pieczemy karpia, lepimy uszka i pierogi, a w odległej wiktoriańskiej Anglii przygotowywane są puddingi świąteczne oraz pieczeń z wołowiny. Do takiego Bożego Narodzenia zabrało mnie Wydawnictwo @Zysk i S-ka antologią trzech opowieści na grudniowe wieczory wydaną pod jednym tytułem „Najsłynniejsze opowiadania wigilijne”. Książka miała premierę 30 listopada br. i wydana została naprawdę w niezwyczajny sposób. Zdobi ją prześliczna, nastrojowa okładka. Wewnątrz Wydawca zafundował nam staroangielskie ilustracje, a tłumaczenie jest naprawdę wyśmienite. Same superlatywy. Nie macie pomysłu na prezent? Kupcie koniecznie tą pozycję.

Autor „Kolędy prozą, czyli Bożonarodzeniowej opowieści o duchach” to prawdziwy literacki mistrz. Mowa oczywiście o Charlesie Dickensie. I to jego historia ujęta została w antologii jako pierwsza. Zdziwieni? Słusznie, wszak każdy z nas zna tylko „Opowieść wigilijną”, której oryginalny tytuł brzmi właśnie „Kolęda prozą, czyli Bożonarodzeniowa opowieść o duchach”.  Wszystko się jednak zgadza, w wybitnym przekładzie Jerzego Łozińskiego śledzimy koleje losu Scrooga, którego nawiedzają trzy kolejne duchy. Pierwsza część odnosi się jednak do jego zmarłego wspólnika Marleya, z którym Scrooga łączyły wieloletnie interesy. Do tego oczywiście jego siostrzeniec, niezwykle chorowity, mały Tim i przesłanie, o tym, że nigdy nie jest za późno by się zmienić, by radować się z Bożonarodzeniowych świąt.  Następnie zanurzamy się w dwie świąteczne opowieści Anthonego Trollope’a, tj. „Boże Narodzenie w rezydencji Thompsonów”, gdzie istotne znaczenie dla pogodnych świat miał pewien słoik musztardy oraz „Boże Narodzenie na plebanii w Kirkby Cliffe”, gdzie fabuła skoncentrowała się wokół strojenia przedświątecznego miejscowego kościoła. Ale za to jaka fabuła!!!

O Charlesie Dickensie i jego „Kolędzie prozą, czyli Bożonarodzeniowej opowieści o duchach” znanej przez nas wszystkich pod nazwą „Opowieści wigilijnej” nie muszę zbyt wiele pisać. Fabuła pojawia się cyklicznie w coraz to nowszych ekranizacjach i to od prawie 200 lat. Wydanie opowiadania przypadało na lata czterdzieste XIX wieku, a zawarte w nich prawdy są nadal aktualne po tylu latach. Cierpienie, lęk, obawy, nieszczęście pokazane z perspektywy jednego człowieka, którego odwiedziły duchy przeszłości. Duchy będące metaforą, tego co minione, tego co za Scroogem i tego, co przed nim. Te metaforyczne przedstawienie człowieka na wskroś nieszczęśliwego to prawdziwa sztuka. To jest prawdziwa sztuka. Nie mogę nie wspomnieć o tłumaczeniu Pana Łozińskiego. To translacja, na najwyższym poziomie. Jest sztuką samą w sobie.

Pozytywnie zaskoczył mnie Anthony Trollope w swej historii zatytułowanej „Boże Narodzenie w rezydencji Thompsonów”. To proza na najwyższym poziomie. Autor zaprasza czytelnika do zabawy, romansuje z nim. Gdzieniegdzie w narracji wtrącając sformułowanie skierowane wprost do czytającego, typu: „(…) którą odnotowaliśmy powyżej” lub „jak czytelnik wie”. To taki dialog Autora zmniejszający dystans, który w tej wiktoriańskiej narracji sprawdził się znakomicie. Sam narrator jest trafny w swoich osądach i uwagach. Niezwykle mnie ujął. Relacjonuje wydarzenia w życiu Państwa Brown w liczbie pierwszoosobowej, jakby był ich bezpośrednim świadkiem. Dlatego czyta się to opowiadanie jak pewną rozbudowaną anegdotę z niezwykle ciekawym wątkiem humorystycznym. Do tego sama Pani Brown, przedstawiona jak typowo angielska matrona, „(…) straszna kobieta rodem z sennego koszmaru…”. Kobieta praktycznie bez wieku, mimo, że stan mężatki piastuje od ośmiu lat. Zaplątana w angielskie konwenanse, ograniczenia, które nie umożliwiły jej realizację najprostszego zadania zleconego jej przez męża. Za to w opowiadaniu „Boże Narodzenie na plebanii w Kirkby Cliffe” tegoż samego autora na szacunek zasługuje Maurice Archer. Młodzieniec mający odwagę w małomiasteczkowej, angielskiej społeczności wypowiedzieć niepopularną opinię o Bożym Narodzeniu. Zabrakło mi w historii bardziej wyrazistych postaci kobiecych. I Isabel, i Mabel zostały przedstawione jako słabo myślące kmiotki, którym daleko do inteligentnych dysput, czy odważnych posunięć. No, ale przecież piszę o literaturze z końca XIX wieku. Wieku, w którym kobiety nie nabyły jeszcze praw do głosowania.

Trudno powiedzieć jak reagowało społeczeństwo na te opowiadania w czasach, gdy żyli ich autorzy. Czy doceniano ten kunszt literacki? Tą prawdziwą sztukę, która wyziera z kart książek? Czy może tylko, trochę jak my współczesnych nam autorów, oceniano te opowiadania wyłącznie z perspektywy spójności, inteligencji i świeżości opowiedzianej historii. Dla mnie to literatura piękna najwyższego formatu. Styl niepodrobiony w żadnej współczesnej książce. Narracja roniąca słowo nad każdym najdrobniejszym szczególe, czy to w opisie scenografii, charakteryzacji, czy w opisie bohaterów. To obowiązkowa pozycja w świąteczny czas. Poczytajmy o Świętach, całkowicie innych.

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Krwawe łzy” Wojciech Wójcik

KRWAWE ŁZY

  • Autor: WOJCIECH WÓJCIK
  • Cykl: AGNIESZKA JAMRÓZ I PAWEŁ ŁUKASIK, tom 2
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 720
  • Data premiery: 23.11.2021r.

Ależ ostatnio rozpieszcza mnie Wydawnictwo @Zysk i S-ka 😊. Ileż listopadowych nowości jego nakładem czeka na mnie. Tak z grubsza patrząc na moją biblioteczkę jeszcze na pewno trzy i to wszystkie w wigilijnym, świątecznym duchu. A takie książki w grudniu czytam najchętniej.

Wracając jednak do pozycji, o której dzisiaj chciałam napisać przyznaję, że czekała na mnie dość długo. „Krwawe łzy” Wojciecha Wójcika premierę miały 23 listopada br. Aż dziw, że tyle wytrzymałam po odebraniu przesyłki, tym bardziej, że poprzednia książka Autora, „Kurs na śmierć” mi się spodobała. Było w niej wszystko. Wyraziści bohaterowie, ciekawa postać kobieca, intrygujący wątek świata policyjnego oraz zbrodnia, prawie doskonała. Czy „Krwawe łzy” powtórzą sukces poprzednika?

Sztuka jest dobra dla ludzi, którzy nie mają w życiu większych problemów” – „Krwawe łzy” Wojciech Wójcik.

Tym razem Autor zabiera nas w podróż do przygranicznych Długosielc, gdzie odnalezione zostało ciało mężczyzny z poderżniętym gardłem. Komisarz Paweł Łukasik rozpoznaje w nim ojca Wiktorii. Wiktorii, z którą łączył go romantyczny związek przerwany z nieznanych mu do tej pory przyczyn. Czy odejście Wiktorii łączy się z późniejszą śmiercią jej ojca? Jednocześnie Agnieszka Jamróz po zakończeniu kursu podstawowego w Akademii Szkolenia Policji powołana została do przewiezienia ciała zamordowanego komendanta placówki straży granicznej. Czy jego śmierć wiąże się ze śmiercią ukraińskiego pogranicznika, który zginął w ten sam sposób sześć miesięcy wcześniej? Dwoje śledczych, dwoje policjantów, dwie ofiary i wiele teorii do sprawdzenia. Jamróz i Łukasik w akcji, w której historii ma znaczenie, a duchy przeszłości powracają w najmniej oczekiwanym momencie.

Fabuła została ujęta w nieponumerowanych rozdziałach. Każdy z nich oznaczony jest datą i miejscem akcji.  Autor prowadzi akcję dwuwymiarowo, naprzemiennie. Dwóch różnych śledczych, prowadzi na pozór dwa odrębne śledztwa. Agnieszka z nonszalanckim, trochę gburowatym Wnukiem. Paweł z asesorem Górskim. I w jednym, i w drugim miesza prokurator Lichocka. Trzydziestoczteroletnia kobieta z dziewczęcym głosem, przed którą drżą i policjanci, i pracownicy prokuratury. I to postać Lichockiej była dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Lubię takie kobiety petardy, które umiejętnie dążą do celu nie zważając na opinie innych, na niechęć której są poddawane. Wójcik jest mistrzem wielowątkowości. Pociąga za sznurki różnymi pobocznymi postaciami, co wprawiało mnie chwilami w osłupienie. Trudno się skupić na domniemanym śledczym, jeśli moje myśli biegną w stronę innych wydarzeń, które zostały rozpisane dość szczegółowo. Nie traktuję jednak stylu Wójcika jako wadę. Wręcz przeciwnie urozmaica on gatunek kryminału, w którym nie tylko chodzi o ofiarę i sprawcę, lecz również o inne okoliczności, które bardziej lub mniej miały dla sprawy znaczenie.

Narracja prowadzona jest w trzeciej osobie czasu przeszłego. Na wydarzenia patrzymy oczami głównych bohaterów, tj. Pawła i Agnieszki. Narrator o wszystkim wie, dopowiada, dodatkowo opisując scenografię, nastrój i pogodę w sposób bardzo szczegółowy. Autentyczności dodają scenopisy przesłuchań śledczych, które wprowadziły do powieści świeżość. Wyniki i teorie śledcze formułujemy w tych momentach nie z perspektywy wydarzeń, lecz z poziomu zapisanych zeznań świadków, podejrzanych, czy rodziny ofiar.  Chapeau bas dla Autora za klamrę w zakończeniu, która spięła wszystkie pozornie nieistotne wątki.  Do tego niebezpieczny obraz Bieszczad, jakże mrocznych i chłodnych w tą zimową aurę, chwilami przyprawiał mnie o dreszcze. Na uwagę zasługuje również temat związany z pisaniem ikon oraz szeroki aspekt najbardziej cennych i pożądanych ikonopisarzy. Ogrom bohaterów chwilami mnie przytłaczał. Myliłam się w tych wszystkich Jagiełłach, Gwóździach, Zającach, Wilkach i Kotach.

„Krwawe łzy” to interesujący, wieloaspektowy kryminał z rozbudowanymi kreacjami bohaterów. Jest ich cała gama. Od możnych radzieckich dygnitarzy, po pograniczników po polskiej i ukraińskiej stronie, przez policjantów i prokuratorów, a także wiejskich pijaczków, zabobonnych bab, czy znachorek opiekujących się własnym, małym cmentarzykiem. To książka, w której duch Podlasia i Bieszczad został zachowany, bardzo prawdziwie odzwierciedlony. Fantastycznie czytało mi się o miejscach, w których nigdy nie byłam, o współpracy i niepokojach po jednej oraz po drugiej stronie granicy, i o sile pieniądza. Podobno jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

Reasumując, warto zanurzyć się w świetnie skonstruowane śledztwo, z wieloma bocznicami, które prowadzą czytelnika na manowce, a także poobserwować oczami wyobraźni Bieszczady zimą. Jeśli jesteście tego samego zdania to „Krwawe łzy” są dla Was. Miłej lektury.

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Wyzwanie” Elle Kennedy

WYZWANIE

  • Autorka: ELLE KENNEDY
  • Seria: BRIAR U. TOM 4
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 03.11.2021r.
  • Data premiery światowej: 16.06.2020r.

Poprzednią książkę cyklu „Rozgrywkę” (recenzja na klik) oceniłam 8/10. Cykl nie jest kolejną serią erotyków. To raczej młodzieżowa, rozrywkowa seria, w której znaczenie ma sport. Oczywiście wszystko w duchu New Adult. I mimo, że moje młodzieńcze lata już dawno za mną 😉, listopadowa propozycja Wydawnictwa @Zysk i S-ka przypadła mi do gustu.

Opis fabuły College. Taylor Marsh to szara myszka, która przez swe siostry z Kappa Chi musi podjąć wyzwanie. Conor Edwards oprócz ogromnego talentu sportowego, ma talent do … uwodzenia. Oboje rozpoczynają swoją grę, której stawką jest szacunek innych dziewczyn oraz poczucie własnej wartości. Zabawa zamienia się w grę dla dwojga, której finał może być tylko jeden.

Tym razem Elle Kennedy zabrała czytelnika w podróż do świata hokeja. Jest to kompletnie obcy dla mnie świat. Zwykle widzę tylko je z perspektywy szklanego ekranu. Oczywiście Conor jest stereotypowo przystojny i niezwykle sprawny. Takie chodzące cudo, które cieszy się podziwem i szacunkiem wszystkich wokół. Nawet odsunięte przez niego dziewczyny, nie darzą go zbytnio antypatią. No cóż, na ideał faktycznie trudno się gniewać. Nie będę ukrywać, trochę to bajka o brzydkim kaczątku i Kopciuszku w jednym. Momentami infantylna, przerysowana, przesłodzona. Bez wątpienia jest to pozycja dla fanów tego typu historii. Ogromny plus dla Autorki za poruszone przez nią w powieści problemy, których w literaturze nigdy nie za dużo. Nawet powszechne problemy, dość wyświechtane sprawdzają się w funkcji edukacyjno – wychowawczej. Do tej pory nie znudziło mi się czytanie o odrzuceniu, dyskryminacji ze względu na wygląd, kolor skóry czy ilość kilogramów. We właściwy dla siebie sposób Kennedy poddaje pod rozwagę i uwagę czytelników etyczność tych zachowań, piętnuje je w bardzo delikatny sposób umiejętnie unikając stylu moralizatora. To dodaje świeżości i autentyczności tej pozycji. Muszę wspomnieć jeszcze o stylu. Naprawdę czyta się ją bardzo szybko, bo styl jest lekki, tu i ówdzie zakrapiany sporą dawką humoru. Dzięki czemu książkę pochłonęłam praktycznie ekspresowo.

W takich typowych młodzieżówkach wiele się dzieje z perspektywy młodych dorosłych. Niektóre problemy wydają mi się nieważne, nieistotne. Nie dziw, że tak jest, jeśli ja do młodzieży nie należę od kilkudziesięciu lat i mam o wiele bogatszy bagaż doświadczeń. To wcale nie znaczy, że książki tego gatunku mogą mi się nie podobać. Wręcz przeciwnie. „Wyzwanie” wprowadziło mnie w dobry nastrój, dało mi chwilę wytchnienia i oderwania od codziennych problemów. Stanowiło dla mnie bardzo dobrą rozrywkę. Tylko nie wiem skąd ta okładka!!! Kompletnie nie wiem. Moim skromnym zdaniem nie oddaje ona w ogóle fabuły książki, a wręcz wprowadza zamęt co do samego gatunku i przedstawionej historii.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Życie jest zbyt krótkie” Abby Jimenez

ŻYCIE JEST ZBYT KRÓTKIE

  • Autorka: ABBY JIMENEZ
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Cykl: THE FRIEND ZONE (tom 3)
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 10.11.2021r.

Abby Jimenez czytałam w ubiegłym roku przy okazji premiery „To tylko przyjaciel” (recenzja na klik). Książka bardzo mi się podobała. Oceniłam ją wysoko, bo 8/10. Dowiadując się o listopadowej premierze od @wydawnictwo.muza.sa od razu zdecydowałam, że „Życie jest zbyt krótkie” muszę przeczytać. Pamiętam, że po przeczytaniu pomyślałam sobie, że jest to Autorka, która pisze powieści optymistyczne, pełne humoru i wprowadzające w dobry nastrój. Czy się myliłam?

Co może się zdarzyć pomiędzy przystojnym prawnikiem i youtuberką? Wszystko. Dosłownie wszystko.

Adrian Copeland i Vanessa Price to dwa bieguny. Ona wzięła odpowiedzialność za swoją siostrzenicę, której matka jest narkomanką. On zaniepokojony nocnym, długim płaczem dziewczynki postanawia się jej pomóc. Ona uważa, że choruje na ALS, stwardnienie zanikowe boczne i postanawia walczyć z chorobą sama. On, zajęty, odnoszący sukcesy i niezwykle przystojny, z pozoru nie ma przestrzeni, by na swoje barki wziąć małą Grace i ciężko chorą Vanessę. Tę dziwną parę połączy jednak przyjaźń, która w dzisiejszym świecie nie zdarza się często. I tylko pozostaje pytanie (cytując za mistrzem piosenki), „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”

Cykl „The Friend Zone” jest warty Waszej uwagi. Książki Jimenez, mimo, że podejmuję różne problemy, są faktycznie niezłą odskoczną, która przyda się w życiu każdego z nas. Z jednej strony napawają optymizmem. Z drugiej uzmysławiają nam jak bezproblemowo żyjemy, w obliczu poważniejszych tragedii, z którymi borykają się inni. Jest w nich i trochę cukru, i trochę soli, a nawet trochę pieprzu. Zarówno Adrian, jak i Vanessa zostali przez Autorkę opisani bardzo wdzięcznie. Ta przyjaźń, która ich połączyła to ciekawe studium przypadku. Niestety trochę stereotypowe. No bo, jak tu teraz wierzyć mężowi, partnerowi, który mówi, że tylko z inną kobietą się przyjaźni? Jeśli w większości w literaturze przyjaźń wiąże się z powstaniem relacji głębszej, opartej na uczuciu i pożądaniu. Przyznajcie sami.

Historia nie jest rozpisana wartko. Wręcz momentami się „wlecze jak żółw ociężale”. Autorka stosując lekko senną narrację stopniowała przebieg całej historii dopieszczając każdy szczegół. I nie jest to wada tej książki. Takie drobiazgowe podejście sprawdza się w literaturze obyczajowej. W relacjach ma bowiem znaczenie każdy szczegół, każdy gest, każde spojrzenie, każde wypowiedziane słowo i sposób, w który to zostało zrobione. Dodatkową zaletą tej pozycji są postaci drugoplanowe. Każda z nich zasłużyła na moją sympatię. Każda z nich stanowiła ciekawe uzupełnienie głównej fabuły. Nie pojawili się oni przypadkowo. Również czuć kompleksowy pomysł Autorki na ich rozpisanie, który spoił całą opowieść w jedną, spójną całość.

Podsumuję naprawdę krótko; Warto czytać Abby Jimenez i warto przeczytać „Życie jest zbyt krótkie”. Miłej lektury!!!

Moja ocena: 8/10

Bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza za obdarzenie mnie zaufaniem i darowanie mi egzemplarza recenzenckiego.

„A ja na Ciebie zaczekam” Magdalena Kordel

A JA NA CIEBIE ZACZEKAM

  • Autorka: MAGDALENA KORDEL
  • Wydawnictwo: ZNAK
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 18.11.2021r.

Książki @magdalena kordel bardzo sobie cenię. Literatura obyczajowa sprawdza się i na jesienne, i na zimowe smutki. Ostatnią „Zanim wyznasz mi miłość” recenzowałam w czerwcu, tym chętniej sięgnęłam do premiery z 18 listopada br. wydanej nakładem @wydawnictwoznakpl. Okazało się, że książka „A ja na Ciebie zaczekam” oprócz pięknej, nastrojowej okładki miała do zaoferowania o wiele więcej. Historię, którą nawet do tej pory wspominam z rozrzewnieniem😉.

Trzy kobiety. Trzy historie. Trzy zagadki.

Kim jest Emilia, która budzi się w szpitalu, gdzie jedyną osobą, która ją rozumie, jest młoda polska pielęgniarka? Kim jest Ernestyna, która pogrąża się wciąż we wspomnieniach  o rodzinnej Warszawie?

Kim jest Anastazja, która po raz kolejny nie dostała się na wymarzone studia, ciągle okłamuje rodziców, a dodatkowo nie ma pracy? „Dzieli je wiek i odległość, ale łączy jedno – w tę Wigilię będą potrzebować prawdziwego cudu” – z opisu Wydawcy.

W książkach obyczajowych, dobrych książkach obyczajowych, lubię, gdy historie wzbudzają we mnie prawdziwe emocje. W trakcie lektury „A ja na Ciebie zaczekam” odczuwałam nostalgię, rozrzewnienie, zniecierpliwienie, sympatię i chwilami antypatię oraz ogromne zaciekawienie jak ta historia potoczy się dalej. Kordel zachwyciła mnie nietuzinkowymi wątkami, które rozwinęła nieszablonowo. Zachwycił mnie i motyw z portretem dziewczyny w granatowym płaszczu, i zbłąkany wędrowiec przemierzający ulicami Stolicy. A rozmowy z tajemniczym starszym panem przy stoliku w pijalni czekolady Wedla nadały całej fabule dodatkowego uroku.

Niby historia jakich wiele. Historia o więzi, mimo dzielących różnic, dzielących lat i dzielących kilometrów. Więzi, których szukamy czasem przez całe życie, lub które zrywamy czasem nawet nieświadomie. Nie o sam pomysł na fabułę tu chodzi. Raczej o nastrój, który w książce napawa optymizmem, pozwala oderwać się od codzienności i daje siłę by przeć na przód. O ten moment zadumy nad sobą, nad swoimi związkami, nad pojawiającymi się refleksjami o radości życia, o wartości bycia tu i teraz. Zostawienia za sobą wszystkich przykrych doświadczeń i poddaniu się dniu jutrzejszemu, który może przynieść wiele. Kordel umiejętnie w swych powieściach łączy te wszystkie elementy, które powieść obyczajową czynią niezwykle przyjemną w czytaniu. Do tego styl. Raczej niespieszny, jak to w tym gatunku i bardzo czarujący język. Święta tuż, tuż. Idealny prezent pod choinkę. Gorąco polecam!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Znak.

„W cieniu twierdzy” Kamila Cudnik

W CIENIU TWIERDZY

  • Autorka: KAMILA CUDNIK
  • Wydawnictwo: ZYSK i S-KA
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 02.11.2021r.

Ale się rozleniwiłam ostatnio😊. Trochę przygotowań do Świąt, kapka zimowej aury i prawie zasnęłam zimowym snem. Na szczęście tylko prawie😉. Czytania nigdy nie za dużo, gorzej z dzieleniem się spostrzeżeniami. Ale po każdej nocy przychodzi dzień i jakoś dzisiaj siły mi wróciły, by przerwać recenzencki stupor. Zacznę od powieści historycznej. Jest to gatunek, który umiłowałam przy okazji czytania innych rodzimych autorów. Nawiązanie do przeszłości w beletrystyce zaczęło mnie żywo interesować. Sami powiedzcie czego można się spodziewać po powieści historycznej? Ja dostrzegam zwykle głębokie przeżycia, polityczne odniesienia, odzwierciedlenie polskiej historii, o której czytam z nostalgią. Czasem zakropiona jest taka powieść romansem, ideami, czy działalnością antyrządową. Bez znaczenia kto wtedy rządzi. Realizm miesza się z fikcją, tak mocno, że chwilami nie wiadomo, co było rzeczywistością, a co jest tylko wytworem fantazji autora.

Jedną z takich powieści jest listopadowa premiera od Wydawnictwa @Zysk i S-ka. To klasyka gatunku pióra @Kamila Cudnik pt. „W cieniu twierdzy” opisująca czasy zaboru pruskiego na dzisiejszych terenach powiatu toruńskiego. Książka obrazuje bardzo wiernie ówczesne czasy. Scala dwa światy. Świat zaborców i świat tych, którzy zamieszkiwali zagrabioną Polskę wcześniej, prawdziwych Polaków. Śledząc losy Waltera von Offenberga, kapitana pruskiej armii oraz Luizy Zagórskiej dziedziczki zubożałych ziemian, których majątek przeszedł w ręce Offenberga, śledzimy losy Polaków pod rządami pruskimi. Polaków, którzy świętując po raz pierwszy od jedenastu lat kupalnockę odkrywają morderstwo kilkunastoletniej wieśniaczki Julii. To, kto odpowiada za śmierć niewinnej dziewczyny, spędza sen z powiek szefowi toruńskich policjantów Grigowi. Wynikami śledztwa zaczyna interesować się coraz więcej ludzi. Sam Walter von Offenberg oraz miejscowy, polski hrabia Edward Jaxa-Garlicki snują rozmaite teorie śledcze, które nie do końca się sprawdzają. A morderca nadal krąży po okolicy. Krąży i krąży….

Kompletnie nie wiem na czym skupić Waszą uwagę dzieląc się moją opinią o „W cieniu twierdzy”. Naprawdę. Bynajmniej nie dlatego, że nie ma o czym pisać. Wręcz przeciwnie. Wielość wątków w powieści jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Spodziewałam się kryminału retro osadzonego na ziemiach zaboru pruskiego, a dostałam historię, którą nie jestem w stanie ocenić szablonowo. Każdy rozpisany z niezwykłą skrupulatnością wątek zasługuje na uwagę. Po pierwsze śmierć Julii, miejscowej wieśniaczki. Osadzenie tej tragedii w świetle miejscowych, ówczesnych obrzędów, wierzeń, socjologicznych uwarunkowań zasłużyło na moje uznanie. Społeczność wiejska została przedstawiona jako krąg ludzki rządzący się swoimi zasadami, oddany walce o Polskę oraz zachowujący polskie obyczaje, a także obrzędy. Rozpasanie w trakcie nocy świętojańskiej dodało temu wątkowi pieprzu. Po drugie antyrządowa działalność prowadzona przez Polaków w wielu sferach. Działalność, o której wiedzą zaborcy, a którym nie udaje się jej całkowicie wyplenić. Sam obraz kobiety w czerni ze srebrnym krzyżem na szyi jako symbol żałoby po Polsce chwycił mnie za serce. Z kart książki wyziera patriotyzm i to przez duże „P”. Po trzecie obraz niemieckich zaborców. Walter von Offenberg zdobył moją sympatię okolicznościami zsyłki z Berlina do nadgranicznej Twierdzy Toruń. Nie będę spojlerować o tych okolicznościach. Musicie mi jednak uwierzyć, że są nietypowe. Jak nietypowe jest jego późniejsze zachowanie oraz zachowanie jego ojca. I jeden i drugi nie potrafią zmierzyć się ze skutkami podjętej decyzji, skutkami tragedii, która stała się udziałem Offenberga. Czytając ten wątek czułam niedosyt. Niedosyt nierozwiniętej fabuły, która zapowiadała się naprawdę kwieciście. Ileż można uknuć wątków pobocznych, ile dialogów, ile intryg związanych ze sprawą Waltera, aż się prosiło. Waltera jakby zabrakło w tym całym wirze wydarzeń, a jest on bez wątpienia postacią na tyle skomplikowaną, że mógłby posłużyć jako główny bohater innej książki. Po trzecie polscy ziemianie. Niestety, głównie zubożali. To wspólnota niezwykle hermetyczna, chroniąca swojej tożsamości, mimo braku majątku, mimo braku pieniędzy. Niestety, męscy polscy ziemianie nie wzbudzili mojej sympatii. W wielu miejscach zostali przedstawieni stereotypowo. O dziwo, niemieccy bohaterowie wydali mi się chwilami i bardziej inteligentni, i bardziej przedsiębiorczy, i bardziej sympatyczni. Umiejętność wyjścia poza patriotyczne schematy i wrodzoną polską solidarność, szczególnie w powieściach historycznych to rzadkość wśród rodzimych autorów. Po czwarte kobiety. Kobiety jak Luiza, jak Zoja, jak Klaudia, jak Sabina, czy nawet jak zamordowana Julia i krnąbrna Zuzanna. Te postaci zostały rozpisane w sposób kompletny. Zachowania, wybory, decyzje, ich błędy i sukcesy spinały się w komplementarną całość. Sposób odzwierciedlenia przyczynił się do ich prawdziwości. Nieroztropne, naiwne, zadufane w sobie, zachowujące się w sposób przekraczający kanony dobrego smaku, niezdecydowane, zakochane okazały się w pełni autentyczne. Możliwe, że Autorka pisać o kobietach potrafi wyjątkowo dobrze. Możliwe, że tworzenie tak skomplikowanych bohaterek to chleb dla niej powszedni. Nie wiem, muszę sprawdzić, bo „W cieniu twierdzy” to pierwsza powieść tej Autorki którą przeczytałam.

Książka Kamili Cudnik to naprawdę ciekawa mieszanka gatunkowa. Kryminał, powieść historyczna, romans i książka obyczajowa w jednym. Do tego napisana w bardzo przyjemnym stylu. Czyta się ją błyskawicznie i tylko pozostaje pytanie: Co do diaska stało się z Luizą, no co ?

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała we współpracy z Wydawnictwem Zysk i S-ka.

„Mursz” Ewa Przydryga

MURSZ

  • Autor: EWA PRZYDRYGA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 24.11.2021r.

Moją przygodę z autorką @Ewa Przydryga-strona autorska zaczęłam od „Miała umrzeć”. Potem zachwyciłam się „Topieliskiem”. To właśnie w tej książce poznałam Polę, Idę, Kubę i Janka, których echa głośno wybrzmiewają w listopadowej premierze od @wydawnictwo.muza.sa. Mowa o książce „Mursz”. Tytuł tak duszny, jak duszny las, lub raczej powinnam napisać Duchny Las, w którym dzieje się wiele złego i w którym narasta napięcie. Napięcie, które wciąga wszystkich. I miejscowych, i przyjezdnych. Czego szukają w takim lesie? Czego szukała Mary? Co próbowała odkryć Lara? I dlaczego do tego lasu wybrała się Pola?

Pola, która po zakończonej terapii po stracie synka i męża próbuje odzyskać równowagę psychiczną oraz emocjonalną. Pola, która w trakcie pobytu w ośrodku psychiatrycznym zaprzyjaźniła się z Kasandrą, współpracowniczką tragicznie zmarłej youtuberki Lary. Dziewczyny nietuzinkowej. Dziewczyny ciągle poszukującej ciekawych miejsc, historii, interesujących zdarzeń. Dziewczyny, która próbowała dowiedzieć się, co tak naprawdę stało się z jej ulubioną nauczycielką biologii, która zginęła w pożarze leśniczówki. Czy wszystkie te kobiecy coś łączy? Czy Kas, Mary i Lara miały ze sobą coś wspólnego? Coś, co przyczyniło się do niewinnej śmierci dwóch z nich.

Nie do końca mroczny thriller. Raczej historia o ludzkiej zemście i nienawiści. O nieprzepracowanych krzywdach i nieumiejętności poradzenia sobie ze stratą z rozbudowanym wątkiem kryminalnym. I to nie jednym. To właśnie spodobało mi się w tej opowieści. Na wydarzenia osnute cieniem Duchnego Lasu patrzyłam z perspektywy trzech istotnych zdarzeń, w których Mary i Lara odegrały znaczną rolę. Sam pomysł wprowadzenia do fabuły nauczycielki pokroju Mary napawał mnie optymizmem i radością. Nostalgicznie czytałam o zaangażowanej w sprawy uczniów belferce, która swoje nowatorskie podejście praktykowała z dużym skutkiem. Ewa Przydryga lubi bawić się perspektywą czasową. Historię rozpisała w trzech następujących po sobie latach; 2018, 2019, 2020. To trzy historie w jednej. Z trzema kobietami, które są jednocześnie narratorkami poszczególnych rozdziałów. Każda jest inna. Każda ma swoje własne, często traumatyczne przeżycie. Ale są do siebie chwilami bardzo podobne. Zdeterminowane, obdarzone wielką wrażliwością emocjonalną, mające swoje emocje na wierzchu, z którymi mierzą się codziennie, raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. I te trzy kobiety są największą wartością tej książki.

Autorka starała się oddać wiernie nastrój Duchnego Lasu. W wielu miejscach nawiązała do jego historii, jego tajemnic i jego mieszkańcach. Ciekawie zapowiadał się wątek Pszczelarza i Myśliwego. Niestety tylko się zapowiadał. Czuję pewien niedosyt. Nienasycenie spotęgowała również trudna historia Duchnego Lasu nie do końca wykorzystana w tej opowieści. Sama Pola jako osoba przypadkowo wplątana w odkrywanie przeszłości i w dążenie do prawdy nie do końca nie przekonała. Mam niestety tę wadę, że wątki kryminalne rozwiązywane przez amatorów przesiewam przez ich osobowość, temperament, wykonywany zawód i dotychczasowe doświadczenia. Tak silne i skrajne emocje, z którymi borykała się przez ostatni czas Pola, stawiały ją w tej roli w pozycji z góry straconej. Aż dziw, że zakończenie ułożyło się w taką całość. Pola przemówiła do mnie całym swoim jestestwem w „Topielisku”. Nawet mogłabym napisać, że „Topieliska” to Pola, bez niej ta pozycja nie byłaby taka sama. Ale przecież nie powstała ta książka w mojej głowie i nie wyszła spod mego pióra. Dla Autorki, za co ją bardzo szanuję, istotne były „wojny” Poli, Lary, Mary, które musiały toczyć. Toczyć dla siebie i dla swoich bliskich. Toczyć dla swej przyszłości. Niestety, nie wszystkie zakończyły się wygraną.

Czy warto przeczytać? Tak warto. Warto przeanalizować splątane losy trzech kobiet, które nigdy się nie spotkały, a które połączył los. Jakże trudny los. Jakże różny los.  

I pamiętajcie, nie ma źle napisanych książek. Tylko nie każda pozycja trafia w oczekiwania i gusta czytelnika. Każdy z nas odbiera książkę w inny sposób, na innych jej aspektach skupia swoją uwagę.

Moja ocena: 6/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Żołnierskie serce” Tomasz Betcher

ŻOŁNIERSKIE SERCE

  • Autor: TOMASZ BETCHER
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 415
  • Data premiery: 10.11.2021r.

Tomasz Betcher @tomaszbetcherfanpage zapadł mi w pamięć po przeczytaniu „Szeptuna”, którego przeczytałam i zrecenzowałam przedpremierowo😊. I to zapadł na dobre. Gdy usłyszałam o kolejnej premierze z 10 listopada br. od @wydawnictwo.wab, nie wahałam się ani chwili. Od razu wiedziałam, że najnowsza książka tego Autora pt. „Żołnierskie serce” musi znaleźć się  w moich planach czytelniczych. Czytając opis Wydawcy o weteranie misji w Afganistanie, który „(…) W domu po dziadku odkrywa rodzinne tajemnice i sąsiadów…” skojarzyłam całkowicie inną pozycję😉, tj. „Powrót” Nicholasa Sparksa. „Powrót” czytany na początku tego roku bardzo mi się podobał, a przecież skojarzenia wymagają konfrontacji. Tym chętniej sięgnęłam po publikację rodzimego Autora, by sprawdzić, jaka była jego perspektywa. Generalnie czytanie o tym, co znamy, sprawdza się wyśmienicie. Liczyłam więc, że polski punkt widzenia od razu skradnie moje serce.

(…) Nawyki były jak blizny – mogły stać się mniej widoczne, ale miało się je do końca życia.” – „Żołnierskie serce” Tomasz Betcher

Opis Wydawcy.

Kiedy Piotr Walczak powraca ranny z misji w Afganistanie, cierpi nie tylko jego ciało, ale także dusza. Borykając się z zespołem stresu pourazowego, oskarżeniem o spowodowanie śmierci kolegów i zainteresowaniem mediów, ucieka na prowincję. W domu po dziadku odkrywa rodzinne tajemnice i sąsiadów, których kłopoty kochają tak samo jak Piotra. Czy senne miasteczko i jego mieszkańcy potrafią uleczyć żołnierskie serce i sprawić, by znów zaczęło kochać? Czy Emilia, Natalia i Janek będą w stanie żyć z wybuchowym i nieobliczalnym człowiekiem za ścianą?”.

Cóż będę parafrazować we wprowadzeniu do fabuły opis Wydawcy, który jest tak celny, że nic go nie upiększy. W paru zdaniach Wydawca wprowadza czytelnika w główny bieg historii opisanej na kartach tej powieści. Ten kto czytał wspomnianego we wstępie recenzji Sparksa, pewnie sam wyłapie podobieństwa. Nie jest to jednak wada tej książki, bynajmniej. Wszak przeżycia wojenne, bez względu kiedy nabyte i w jakiej wojnie, to temat – jak Wisła – długi i szeroki. Tej głębi przeżyć nie sposób zawrzeć w jednej prozie. Nieskończenie wiele wątków pobocznych pojawiających się wokół podobnych do siebie, ale tylko z pozoru, historii, pozwala tworzyć całkiem nową powieść, nawet jeśli wiodący temat jest porównywalny.

Zaletą książki jest silny rys psychologiczny Walczaka. Ten aspekt mocno uwypuklony został w jej pierwszej części. Nie znam żadnego weterana misji w Iraku, czy w Afganistanie. Z faktami, wydarzeniami i skutkami pewnych zdarzeń stykam się z tylko czytając relacje z „drugiej ręki”. Czuję wtedy zwykle smutek, niezgodę. Zagłębiając się w losy Walczaka starałam się być maksymalnie uważna, by nie uronić żadnego słowa z jego charakterystyki. Nie pominąć żadnego aspektu tego, z czym taki człowiek się zmaga. Bardzo dobrze odzwierciedlony został mechanizm, gdy Walczak „(…) Chcąc nie chcąc, stał się narodowym antybohaterem, co w czasach, w których opluwano nawet bohaterów, oznaczało przekleństwo gorsze niż śmierć.” To taka Polska rzeczywistość. Może dlatego fabuła opisana w tej pozycji jest mi się bliższa od tej opisanej w „Powrocie” Sparksa. Czuję jednak lekki zawód. Walczaka jako bohatera powieści, weterana, kalekę chciałabym widzieć na każdej stronie. Chłonąć go na nowo z każdym słowem. Autor rozwinął historię w trochę innym kierunku. Ułagodził ją, rozwinął wątki poboczne, które zdominowały drugą część książki. Ma więc ona bardzo pozytywne przeslanie i to mimo trudnych tematów (niepełnosprawność fizyczna i intelektualna, lęk adaptacyjny, przemoc szkolna, patologia), z którymi i Autor, a dzięki temu i Czytelnik musi się zmierzyć. Wyjątkowo spodobała mi się postać proboszcza Zaręby. Mała miejscowość, hermetyczna społeczność, a tu taki ksiądz nie ksiądz, niezwykle ludzki, bardzo postępowy. W czasie tak ogromnej niechęci do kleru okazał się dla mnie niezłym odkryciem i postacią całkowicie pozytywną.

Powieść dająca nadzieję, tak określiłabym w paru słowach „Żołnierskie serce” Tomasza Betchera. Książka balansująca między dobrem a złem, między tym co ważne, a co nieistotne, pomiędzy demonami przeszłości a iskierkami nadziei z przyszłości. To idealna pozycja na jesienną chandrę.

Moja ocena: 7/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.

„Szelest” Małgorzata Oliwia Sobczak

SZELEST

  • Autorka: MAŁGORZATA OLIWIA SOBCZAK
  • Wydawnictwo: W.A.B.
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 10.11.2021r.

@Małgorzata Oliwia Sobczak – autorka bardzo cenię za cykl „Kolory zła”. Do tej pory pamiętam jak „Kolory zła. Czerwień” czytałam wylegując się na leżaku przy basenie w trakcie letniego urlopu, co chwilę dzieląc się spostrzeżeniami z leżącą obok mnie przyjaciółką. Basen, słońce, przyjaciółka obok i bardzo dobra książka. Nie dziw, że do Autorki mam więc wielki sentyment. Jeśli nie czytaliście żadnej książki z serii, o której wspominam, zapraszam do przeczytania recenzji na blogu („Kolory zła. Czerwień”, „Czerń”, „Biel”). Od razu jednak zastrzegam, nawet najbardziej skrupulatnie i z oddaniem napisana recenzja, nie oddaje nawet w połowie przyjemności i satysfakcji z czytania😉.  A wiecie co to znaczy? Tak, tak. Po prostu, nie warto pominąć serii „Kolory zła” w swoich planach czytelniczych.

Wracając do premiery z 10 listopada br. od @wydawnictwo.wab  pt.  Szelest” przyznaję, że od razu zaciekawił mnie opis. Zaciekawił już w pierwszym zdaniu😊. Zobaczcie sami jak brzmi: „Podejrzana aplikacja mobilna, wciągające śledztwo i tajemnicza namiętność”. Ha!!! Same znaki zapytania. Same niejasności. Sama niewiadoma. A to tylko pobudza moją ciekawość i wzmacnia motywację do sięgnięcia po książkę. Tak więc udało wreszcie mi się spotkać z Małgorzatą Oliwią Sobczak w nowej literackiej odsłonie. Odsłonie listopadowej premiery.

Dziwne, jak działa pamięć. Widzimy tylko jakieś drobne szczegóły, które przysłaniają nam całość, albo całość obrazu, który zaciera szczegóły.” – „Szelest” Małgorzata Oliwia Sobczak.

Była dziennikarka śledcza Alicja Grabska aktualnie pisze nic nie znaczące artykuły w „Dzienniku Trójmiejskim”. W trakcie kolejnego zlecenia zaczyna poznawać aplikację mobilną Place to Rest, która zabiera ją w inspirujące miejsca. W trakcie jednej z takich wycieczek odkrywa zwłoki kilkunastoletniej dziewczyny z poderżniętym gardłem. Modus operandi jest analogiczny jak w przypadku innej ofiary, którą zajmuje się komisarz śledczy Oskar Korde. Tym samym Grabska zostaje wciągnięta w niebezpieczną grę, w której – jak jej podpowiada intuicja – odgrywa kluczową rolę. Zaczyna się pościg z czasem, w którym każda minuta ma znaczenie, by złapać mordercę niewinnych kobiet.

Tak, z krótkiego opisu fabuły nic nie wyczytacie. To dobrze. Dobry kryminał tym się wyróżnia, by czytelnik przed jego czytaniem wiedział jak najmniej. Wystarczy tylko, by wiedział, że warto go przeczytać. Tak jest w przypadku najnowszej książki Sobczak, która wyrobiła już sobie markę na rodzinnym rynku kryminałów. Książkę czyta się ekspresowo. Uwielbiam ten styl Autorki. Dużo dialogów, wartka akcja przybliża do ostatecznego rozstrzygnięcia, które – jak to zwykle u Sobczak bywa – nie jest oczywiste. Muszę jednak głęboko się ukłonić Pisarce, że dała mi możliwość zlepiania z pozoru nieistotnych wydarzeń komplementarną całość, która w zakończeniu ułożyła się jak idealnie dobre puzzle. I to jest prawdziwa sztuka w pisaniu kryminałów!

Bardzo podobały mi się retrospekcje. W oznaczanych latami rozdziałach Autorka przenosiła mnie w rok 1999 i w rok 2018. I w jednym, i w drugim roku wiele się działo. Małolaty rozrabiały, „pały” się sypały w licealnych dziennikach, a na imprezach alkohol lał się strumieniami. W tych wszystkich niuansach śledztwa musiał połapać się komisarz Korde, by odnaleźć sprawcę przestępstwa. Jest to mój ulubiony bohater tej pozycji. Co innego Tajfun, wiecznie na „wkurwie”, czy sama Grabska, która odsuwa od siebie demony przeszłości, z którymi nie stara się zmierzyć. Unikanie i dystans nie jest nigdy dobrą formą radzenia sobie z własnymi emocjami. Z jednej strony doświadczona, z drugiej jakby niedojrzała emocjonalnie. Muszę przyznać, że jednak bardzo wyrazista. Ma w sobie to coś. I nie ukrywam chętnie przeczytałabym jeszcze w jakim kierunku jej życie, jej decyzje podążą w przyszłości. Czy ułoży sobie przyszłość, w której zdoła odkryć szczęście? Nie takie chwilowe pojawiające się w sytuacji przypadkowego spełnienia własnych żądz i pragnień, ale takie stałe, na dłużej, na przyszłość.

Jest to kryminał warty przeczytania!!! Nic w nim nie jest przypadkowe, każda postać ma do odegrania swoją rolę, każdy szczegół w śledztwie ma znaczenie. Duet damsko – męski w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych często się sprawdza. Grabska z Korde sprawdzili się znakomicie!!!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WAB.