„Jestem otchłanią” Donato Carrisi

JESTEM OTCHŁANIĄ

  • Autor: DONATO CARRISI
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 27.04.2022r.

Wydaje się nam, że ich dobrze znamy, tylko dlatego, że wydałyśmy ich na świat, ale czasem pozwalamy, by rozproszyła nas miłość, którą do nich czujemy, i nie chcemy widzieć. Lecz głęboko w duchu doskonale wiemy… Jeśli matka nie robi nic, by uniemożliwić swojemu dziecku czynienie zła, to jest winna.” – „Jestem otchłanią” Donato Carrisi.

Donato Carrisi autor wielu thrillerów, które już za mną (patrz recenzje: „Dom głosów”, „Gra zaklinacza”) po raz kolejny mnie zaskoczył. W „Jestem otchłanią”, która premierę miała 27 kwietnia br., stworzył zgrabną opowieść, która zamyka się w pewną całość na samym końcu. Ale nie koniec w tej książce ma znaczenie.

Poważne uzależnienie psychiczne, stały stan podporządkowania… jest wiele określeń na tę formę niewoli. Ujarzmiona bestia liże rękę poskromiciela, pochyla się na sam dźwięk trzaskanego bicza.”- „Jestem otchłanią” Donato Carrisi.

Znaczenie ma historia. Tym bardziej, że w przypisie autora przeczytamy: „Opowiedziane tu historie zainspirowane są rzeczywistymi wydarzeniami”.

Historia syna Very, łowczyni much, sprzątającego mężczyzny i dziewczynki z fioletowym kosmykiem. Historia jakich mało. Gdzie pewnego dnia w jednym jeziorze uratowana została trzynastolatka i znaleziono ramię zamordowanej, nieznanej kobiety w wieku około sześćdziesiątego roku życia. I z jednym i z drugim wydarzeniem związek ma tajemniczy Mickey. Tylko kim on jest? Kim on jest?

Donato Carissi już w poprzednich publikacjach udowodnił, że wątek przemocy w rodzinie nie jest mu obcy. Autor z odwagą porusza kwestie związane z cienką linią, która istnieje między dobrem a złem, opieką a krzywdzeniem, miłością a nienawiścią. Gdzie dla jednych ten sam człowiek może być aniołem, a dla innych potworem. Narracja pisana z perspektywy dziewczyny z fioletowym kosmykiem, sprzątającego mężczyzny i łowczyni much. Każda z nich jest tak samo ważna. Jedna płaszczyzna dotyka wykorzystania seksualnego, druga matki, której syn popełnił straszną zbrodnię, a trzecia ofiary przemocy domowej.

Fabuła została podzielona na pięćdziesiąt pięć rozdziałów, które dziej się w teraźniejszości, gdy śledczy wraz z łowczynią much starają się rozwikłać zagadkę śmierci niemłodej już kobiety. Druga płaszczyzna czasowa dzieje się od 7 czerwca do 23 lutego, gdy czytelnik zagłębia się w smutną historię małego chłopca, któremu na czas nie pomogła miła pani z opieki społecznej. Dla której kult matki w katolickim kraju był wyraźniejszy, niż przerażenie w oczach dziecka. Obie perspektywy zostały rozpisane bardzo dokładnie, z dużym zaangażowaniem i uczuciem. Obie przedstawiają przerażający obraz świata, w którym nikt nie chciałby się znaleźć. Ja wytrwałam do końca. Mimo niepokoju, mimo wielu pytań, mimo złości do tych kobiet, które krzywdzą lub które są obojętne, unikające konfrontacji i działań. I do tych kobiet, które pozwalają sobą pomiatać, manipulować jakby nie były nic warte, jakby były podludziami. I tylko łowczyni much jest inna. I dla niej warto przeczytać tę książkę. Ku inspiracji i ku przestrodze.

Mocna, ciekawie opowiedziana historia. Mroczna jak jej tytuł i okładka. Kto ma odwagę przeczytać?

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Albatros.

„Pierwszy dzień wiosny” Nancy Tucker

PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY

  • Autorka: NANCY TUCKER
  • Wydawnictwo: KSIĄŻNICA
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.03.2022r.

Jak pisałam w zapowiedzi, z końcem kwietnia otrzymałam od Wydawnictwa @Książnica książkę, która premierę miała 23 marca br. Po tę publikację sięgnęłam sama gdy zapoznałam się z wieloma, pozytywnymi recenzjami na jej temat. Czujecie już powiew wiosny? Czy do Waszych okien zagląda już słonko? W „Pierwszym dniu wiosny” Nancy Tucker słońca i bezchmurnego nieba jest najmniej. Jakże mogłoby być inaczej, jeśli powieść zaczyna się od słów „Zabiłam dzisiaj małego chłopczyka. Ściskałam rękami jego szyję, czułam pod kciukami, jak pulsuje w nim krew. (…) Nie sądziłam, że to będzie takie łatwe.”

Nic bardziej szokującego, jeśli słowa wypowiada ośmioletnia Chrissie Banks. Dziewczynka pozostawiona sama sobie. Wierząca do końca, że jej matce na niej zależy, a jej zmartwychwstały od czasu do czasu ojciec przybywa do niej z wielkiej miłości, a nie z poczucia winy w przerwie zakrapianej alkoholem wizyty w barze. Ojciec odpowiadający zawsze „Nie mów mi tego! (…) Nie mogę tego słuchać” na takie słowa jak; „Mama nie daje mi nic do jedzenia(…) Jestem głodna. Nieraz wydaje mi się, że umrę z głodu.”. Gdy zostaje zamordowany dwuletni Steven spokojną miejscowością wstrząsa ogrom tego nieszczęścia. Policjanci szukają winnego. Przesłuchują i dorosłych, i dzieci. Senni mieszkańcy zajęci swoimi sprawami plotkują o tragedii i o śledztwie. Nie angażują się jednak. Tak jak przez lata nie angażowali się, by uchronić głodującą Chrissie przed wyzbyciem się resztek człowieczeństwa, gdy głodna szwendała się pomiędzy ich domami. Szwendała się i szukała. Szukała schronienia i pomocy, którego nie znalazła.

Ludzie mający nade mną władzę najpierw mnie ukryli, a potem wypchnęli na głęboką wodę życia, o którym nie sądziłam, że będzie moim udziałem, rzucili w świat, o którym nie sądziłam, że będą musiała go zrozumieć.”  „Pierwszy dzień wiosny” Nancy Tucker.

Ten mechanizm mnie właśnie zastanawia, typowo mieszczański, ta wszechobecna społeczna obojętność, byle tylko nie mieszać się w nieswoje sprawy i nie zaglądać innym przez okna do domu. Wszystkie matki świata, a tym bardziej małej miejscowości powinny zebrać się w sobie i zaopiekować się małą Chrissie, która zmuszona była do podjęcia nieakceptowalnych czynów, byle tylko zapomnieć o głodzie. Małą Chrissie nie potrafiącą się przyznać wprost do tego, że potrzebuje pomocy. Małą Chrissie od maleńkości nauczoną, że musi radzić sobie sama. Kulminacyjna scena tej społecznej hipokryzji znalazła odzwierciedlenie w bardzo dobrze skonstruowanej scenie prawie na końcu książki, scenie przesłuchania matki najlepszej przyjaciółki Chrissie, Lindy. Która i tłumaczyła się ze swojej obojętności i braku reakcji, i biła w pierś. Ilu innych bohaterów powinno się tak zachować? Łącznie z pracownicą ośrodka adopcyjnego, do którego zaprowadzona została Chrissie, łącznie z jej nauczycielką.

Książka podzielona została na krótkie rozdziały zatytułowane imionami głównych bohaterek, które jednocześnie są narratorkami: Chrissie, Julii i Molly. Książkę przeczytałam bardzo szybko. Bardziej podobała mi się jednak pierwszoosobowa narracja małej Chrissie. Autorka stanęła na wysokości zadania stosując retorykę właściwą dla ośmioletniej dziewczynki. Jej tłumaczenia rzeczywistości, naiwność, wiara w miłość rodzicielską, przeświadczenie o własnej samotności z jednej strony mnie zachwycały swoją trafnością i realnością, z drugiej przerażały. Autorka weszła bardzo dobrze w rolę kilkuletniej bohaterki i odwzorowała jej trudny, zmasakrowany przez dorosłych świat. Obraz Julii niesie ze sobą przesłanie, że nie każdy jest skazany na niepowodzenie, nawet jeśli początek nie był udany. Że każdy może powrócić i zacząć wszystko od nowa. W tej postaci bardzo uderzyła mnie troska o własną córkę i ten codzienny, wszechobecny lęk, że wszystko nagle się skończy. Do tego spotkanie po latach z dawno niewidzianą przyjaciółką. Bardzo dobre uwieńczenie steranej losem matki, która dla siebie nie będzie nigdy wystarczająco dobra.

Niezwykle wstrząsająca historia skonstruowana tylko z kilku bohaterów o wyjątkowej głębi. Niezwykła historia, w której los dzieci został w rękach innych dzieci. W której obojętność dorosłych może być zabójcza. Miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Książnica.

„Sanctuary” V.V. James

SANCTUARY

  • Autorka: V.V. JAMES
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron: 476
  • Data premiery: 19.04.2022r.
  • Data premiery światowej: 09.03.2020r.

Znacie V.V. James? Wiecie coś o tej autorce? Ja z mojego researchu dowiedziałam się, że V. V. James to pseudonim używany przez Vic James. Z jej profili @drvictoriajames wynika, że uwielbia podróże, kocha czytać i jest bardzo wykształcona. Studiowała historię i angielski w Merton College w Oksfordzie, gdzie Tolkien był kiedyś profesorem. Przeprowadziła się do Rzymu, ukończyła doktorat w Tajnych Archiwach Watykańskich (w niczym nie przypominają Kodu Da Vinci), a następnie spędziła pięć lat mieszkając w Tokio, gdzie uczyła się japońskiego i pracowała jako dziennikarka. Teraz pisze w pełnym wymiarze godzin ( źródło: https://www.fantasticfiction.com/j/vic-james/ ).

Sanctuary to odpowiednie miejsce dla tej historii. (…) Kiedy skręcam w kolejną cichą podmiejską uliczkę, zrzucam śmieci z siedzenia pasażera na zmienię, żeby nikt ich nie zobaczył. Sanctuary to miejsce, które wie, jak sprawić, byś czuła się bezwartościowa.” -„Sanctuary” V.V. James.

„Sanctuary”, które premierę miało 19 kwietnia br. Wydawnictwo @Zysk i S-ka reklamuje jako „(…) trzymający w napięciu thriller o czarach, tajemnicach i niszczycielskiej sile matczynej miłości, w którym „Wielkie kłamstewka” łączą się z „Totalną magią”.  A wszystko zaczyna się od śmierci młodego licealisty Daniela Whitmana w pozornie spokojnym i sennym miasteczku, którego mieszkańcy o jego śmierć zaczynają obwiniać Harper Fenn jego byłą dziewczynę. Nietypową nastolatkę, córkę lokalnej wiedźmy. I jak to w takim gnuśnym, hermetycznym środowisku bywa: „Plotki i domysły szybko przekształcają się w oskarżenia, a miasteczko ogarnia paranoja, doprowadzająca do polowania na czarownice”– z opisu Wydawcy.

Gdzieś w okolicy pięćdziesiątej strony przemknęła mi myśl typu: O ludzieeeeeeeeeeeeeeeeeee. Ale o dziwo historia mnie pochłonęła😉. Im dalej zagłębiałam się w fabułę, tym szybciej czytałam chcąc dowiedzieć się, czy Harper lub jej mama Sarah miały coś wspólnego ze śmiercią idealnego syna, idealnej pary, w idealnym wręcz miasteczku.

Autorce należą się wyrazy uznania za wiele aspektów tej publikacji. Doceniam konstrukcję książki. Sam pomysł, by głównych bohaterów opisać na początku powieści już mi się spodobał. Autorka wyraźnie zaznaczyła, kto uczestniczył w sabatach oprócz Sarah Fenn. Umiejscowiła w relacjach pomiędzy bohaterami inne poboczne postaci oznaczając ich funkcję, typu dzieci, partnerzy, gliniarze itd. Wymieniła je z imienia i nazwiska. Bohaterów jest sporo, to fakt. Dzięki jednak jasnemu podziałowi i wyraźnemu opisowi na samym początku nie sposób wśród nich się pogubić. A jeśli nawet, wystarczyło sięgnąć do pierwszych stron i wyjaśnić wszelkie wątpliwości. Fabuła została podzielona zatytułowanymi, zwykle imionami bohaterów, rozdziałami. Narracja w rozdziałach pisanych z perspektywy kolejnych bohaterek jest pierwszoosobowa. I tak czytamy jak rzeczywistość kształtowała się z punktu widzenia Harper, jak samej czarownicy – Sarah. O czym myślała detektyw prowadząca śledztwo – Maggie i jakie cierpienie znosiła matka nieżyjącego chłopca – Abigail. Nad sensem sabatu głowimy się w narracji Bridget, a o sekretach magicznych na jej mężu czytamy w rozdziale zatytułowanym Julia. Są też wyjątki, które smakowały w tej książce bardzo dobrze. To rozdziały obrazujące co się dzieje wokół, jakie żniwo zbiera panika, jaka narracja istnieje w mediach oraz jakie informacje znajdują się w raportach policyjnych. Opisany „E-mail wysłany do detektyw Maggie Knight”, czy „Raport z incydentu, 28 maja”, lub „Fragment z „Sanctuary Sentinel”, a nawet „Transkrypt wiadomości i wywiadu „Na żywo”, w Con-TV. Connecticut Tonight” to „smaczki” urozmaicające i fabułę i narrację. Pisane nawet suchym, profesjonalnym językiem stanowiły przedsmak tego co mogłoby się dziać, gdyby historia oparta była na faktach. A „Tweety @Potus – oficjalnego konta Prezydenta Stanów Zjednoczonych” wręcz zwaliły mnie z nóg😊. Do tego wątek obyczajowy, który tak naprawdę jest dominujący w książce. Cztery przyjaciółki; Sarah, Abigail, Bridget i Julia. Cztery uczestniczki sabatu, ale tylko jedna wiedźma. Wspólne dzieciństwo dzieci, wspólne problemy, tragedie i traumy przeżywane razem. I jedna tragedia za dużo zmienia wszystko. Nagle nie ma już sabatu, nie ma zaufania, nie ma miłości, nie ma wsparcia. Jest tylko rozpacz, niezrozumienie i nienawiść, która podsyca wszystkich wokół do agresji.

Czas leczy wszystkie rany. Ale kiedy nie ma czasu, muszą wystarczyć czary” -„Sanctuary” V.V. James.

Bardzo dobrze Autorka zobrazowała psychologię tłumu, która opiera zachowania na domniemaniach, podejrzeniach i nienawiści. Psychologię wzmaganą przez rozpacz matki jedynaka. Matki, która tkwi w nieszczęśliwym małżeństwie. Wręcz nieprawdopodobnie V.V. James opisała jak to działa. Co się dzieje z człowiekiem, który szaleje z rozpaczy. Do jakich czynów, w tym niecnych i niezgodnych z prawem jest się w stanie posunąć. Co tak naprawdę jest w stanie zrobić, by tłum za nim poszedł, by tłum go poparł.

Nie kupiłam w ogóle tych magicznych, czarodziejskich sztuczek. Chowańce, rytuał rozpoznania, czary, magia, eliksiry i życie obok zwykłej amerykańskiej społeczności to jednak było dla mnie za dużo. Kompletnie nie moja tematyka i nie mój zakres zainteresowania. Przyznaję jednak, że Autorka wspaniale i konsekwentnie scharakteryzowała życie wiedźm wśród zwykłych obywateli, wszelkie ograniczenia, przepisy, zwierzchnictwo i organizacje nadzorujące ich funkcjonowanie.  Tylko, co tak naprawdę jest prawdziwe, a co wyczarowane? Tego trudno się dowiedzieć, gdy życiem może rządzić magia.

Lekki thriller z ciekawą, magiczną fabułą. To idealna książka dla rozluźnienia, dla relaksu. Trochę inna, ale dobrze napisana. Przeczytajcie o Sanctuary. Przeczytajcie o mieście, „(…) które wie, jak sprawić, byś czuła się bezwartościowa”.

Moja ocena: 7/10

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka, za co niezmiernie dziękuję.

„Zachowaj spokój” Harlan Coben

ZACHOWAJ SPOKÓJ

  • Autor: HARLAN COBEN
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.04.2022r.
  • Data 1 wydania polskiego: 01.01.2009r.
  • Data premiery światowej: 17.04.2008r.

Harlan Coben to światowej sławy autor thrillerów, który szczęśliwie dla niego podpisał w 2018 roku umowę z platformą Netflix na ekranizacje jego powieści. Finalnie co rusz pojawiają się nowe dzieła telewizyjne oparte na historiach wymyślonych przez niego. Tym razem polska ekipa wzięła na warsztat powieść „Zachowaj spokój”. Wynik prac załogi już możemy oglądać na Netflix, a w rolach głównych występuje Magdalena Boczarska i Leszek Lichota. Przy okazji tej ekranizacji @WydawnictwoAlbatros wznowiło wydaną w 2008 roku książkę. W tej edycji książka miała premierę 13 kwietnia br.

Całe jej życie było gwałtowną ucieczką od wszystkiego, co dobre i porządne, poszukiwaniem następnego nieosiągalnego lekarstwa, stanem nieustannego znudzenia przerywanym żałosnymi wzlotami.” -„Zachowaj spokój” Harlan Coben.

To nie opis prostytutki, kobiety samotnej, narkomanki, czy pacjentki szpitala psychiatrycznego. To opis matki, jednej z wielu. To opis Marianne, której życie nagle zostaje zakończone. I nikt nie wie na początku dlaczego…..
W tym samym czasie nastoletni syn Tii i Mike’a Baye’ów zaczyna zachowywać się inaczej. Rzuca ukochany hokej, staje się małomówny, odosobniony, niedostępny. Wszyscy jego zachowanie tłumaczą samobójczą śmiercią przyjaciela; Spencera Hilla, którego ciało zostało znalezione jakiś czas temu na dachu szkoły. A może z Adamem dzieje się coś innego…….
Sąsiadka Baye’ów, Susan Loriman stara się znaleźć idealnego dawcę nerki dla jedenastoletniego syna, który leczony jest w klinice Mike’a Baye, znanego transplantologa. Nagle okazuje się, że Susan ma coś wspólnego z nauczycielem córki Baye’ów; Joe Lewistonem. Tylko co?

Książki Cobena zawsze czytam w ciemno wiedząc, że zapewnią mi na stałym, dobrym poziomie rozrywkę. Tak się stało i tym razem, mimo, że książka okazała się mniej wyjątkowa niż na przykład „Chłopiec z lasu” lub „Mów mi Win”. Stanowi jednak kwintesencję talentu jej autora. Akcja dzieje się bardzo szybko, pełna jest zwrotów akcji, kolejnych zagadek, niedopowiedzeń, ciekawostek i wzajemnych powiązań, które jako czytelnik pragnęłam jak najszybciej poznać. Narracja jest trzecioosobowa, a fabuła została ujęta w krótkie ponumerowane rozdziały. Jest ich łącznie czterdzieści. Do tego wątek programu szpiegowskiego w komputerze nastoletniego syna, z którym jako matka nastolatków utożsamiłam się praktycznie od razu. W uszach brzmią mi ciągle słowa Mo:

Macie je wychowywać, nie rozpieszczać. Każdy rodzić decyduje, na ile samodzielności pozwala swojemu dziecku. Wy sprawujecie kontrolę. Powinniście wiedzieć o wszystkim. To nie republika. To rodzina. Nie musicie stosować mikrozarządzania, ale powinniście mieć możliwość interweniowania. Wiedza to władza.” -„Zachowaj spokój” Harlan Coben.

Sam początek również przypadł mi do gustu, ze względu na teorię o Kainie i Naczelnej😊. Niezwykle intersująca, przezabawna dyskusja, która zapada w pamięć. Kompletnie nie przekonała mnie jednak opowieść w zakresie starszej inspektor Muse i jej problemów z podwładnymi. Jak na realia amerykańskiej, czy nawet polskiej policji, silnie ustrukturyzowanej i wręcz dyktatorskiej, przedstawione niektóre fakty literackie odebrałam jako silnie fantazyjne. Samo śledztwo FBI prowadzone w miejscu zamieszkania Baye’ów było również grubymi nićmi szyte. Takie jakby „na odwal”, takie jakby od niechcenia. Stanowiło słaby wątek poboczny. A postaci dwóch agentów FBI moim zdaniem zostały zobrazowane w sposób kuriozalnie karykaturalny. To samo dotyczy wątku córki Baye’ów, Jill i jej przyjaciółki Yasmin Novak. Ciekawy pomysł, nie powiem, potraktowany jednak trochę po macoszemu, jakby na dokładkę.

Trochę mam kłopot z oceną tej książki. Mimo, że powieść czytałam bardzo szybko i przyjemnie, to w niektórych momentach  nie mogłam wkręcić się w fabułę, przez co mnie męczyła. W wielu miejscach nie była tak ekscytująca, jak w innych powieściach Cobena. O dziwo, dostrzegam również, że historia została bardzo dobrze poprowadzona. Jest kompletna od początku do końca. Cobenowi żaden wątek nie uciekł, nie znalazłam żadnej luki fabularnej. Taki trochę miszmasz. Taka dychotomia. W wielu miejscach tak samo dobra, jak i słaba.

Jednego możecie być pewni, Coben pisze zawsze ciekawie. Nie wszystkie historie powodują zachwyt czytelnika, wszystkie jednak czyta się z uważnością i zaciekawieniem. A dla wątku Nasha i Pietry na pewno warto zapoznać się z „Zachowaj spokój”. Miłej lektury!

Moja ocena: 6/10

Książkę podarowało mi  Wydawnictwo Albatros, za co bardzo dziękuję.

„Oskarżona” Magda Stachula

OSKARŻONA

  • Autorka: MAGDA STACHULA
  • Cykl: LENA (tom 3)
  • Wydawnictwo: ŚWIAT KSIĄŻKI
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 13.04.2022r.

Nie czytałam poprzednich dwóch tomów cyklu pt. „Oszukana” i „Odnaleziona”. Wiedziona jednak ich recenzjami, słusznie założyłam, że książki o Lenie można czytać odrębnie. Jeśli chodzi o literacką znajomość z Autorką @Magda Stachula to przeczytałam jej dwie publikacje, które oceniłam bardzo wysoko, tj. „W pułapce” (recenzja na klik) oraz „Idealna”, która była debiutem Pani Magdy. „Oskarżoną”, która premierę miała 13 kwietnia br. otrzymałam od Wydawnictwa @swiatksiazkipl, za co niezmiernie dziękuję.

W jej przeświadczeniu niczego mi nie brakuje. Mam piękny widok z okna, dobre jedzenie i cykliczne odwiedziny mamusi. Codziennie. Czego chcieć więcej i kto inny mógłby liczyć na tak dobrą matkę? A ja czuję się jak ptak w klatce, niby bezpieczny, niby dopieszczany, ale tak naprawdę już dawno martwy.” -„Oskarżona” Magda Stachula.

Tak swoje życie kwituje jeden z głównych bohaterów „Oskarżonej”. By być bardziej precyzyjną, jeden z czterech. Fabuła kręci się wokół Leny, Emila, Nikodema i Anny. Wszyscy związani są z historiami, które miały miejsce w poprzednich dwóch tomach cyklu. Wszyscy, w jakiś sposób są ze sobą powiązani. Każdy coś ukrywa, przed czymś się chroni. Lena po zdemaskowaniu ucieka z Kopenhagi do Madrytu, gdzie zatrzymuje się u swojej przyjaciółki Izy. Emil aktywnie uczestniczy w poszukiwaniu winnego śmierci jego byłej dziewczyny, pielęgniarki Sylwii. Anna próbuje wyplątać się z relacji z byłym partnerem Andresem, który wysyła jej niepokojące smsy. A Nikodem orbitując między zaborczą matką załatwiającą za niego wszystkie sprawy, stara się odzyskać na nową Lenę. Dziewczynę, która swego czasu go opuściła, a o której on nigdy nie zapomniał.

Bardzo podobała mi się konstrukcja książki. Jest to bez wątpienia jej zaleta. Autorka podzieliła fabułę na krótkie rozdziały. Każdy zatytułowany datą i imieniem bohaterów, z których perspektywy opowiadana jest historia, a także miejscem akcji. Wiele zdarzeń się przeplata, wiele sytuacji czytelnik obserwuje z różnych perspektyw. Jest np. rozdział zatytułowany „Anna. 22 października 2019. Kopenhaga” i zaraz pojawia się podobny „Emil. 22 października 2019. Kopenhaga”. Ta przeplatająca się narracja, to wieloaktorstwo jednej sceny zasługuje na respekt. Akcja dzieje się w wielu miejscach; w duńskiej Kopenhadze, hiszpańskiej Maladze, polskim Poznaniu, Krakowie, czy nad Jeziorem Powidzkim. Narracja jest pierwszoosobowa. Opisywane zdarzenia czytelnik poznaje więc z „pierwszej ręki”, z najbardziej intymnej strony. Dzięki temu dowiaduje się nie tylko, co dzieje się wokół, ale także co dzieje się w myślach i duszy bohaterów. Akcja toczy się dość szybko, jest pełna dialogów, mimo, że fabuła nie jest porywająca. Opiera się na przeszłych zdarzeniach, które mają skutek w teraźniejszości. W wielu miejscach Autorka zawarła powtórzenia z uprzednich części, by czytelnik niezaznajomiony z serią mógł rozeznać się w sytuacji. Myślę, że dla czytelnika z odpowiednią wiedzą, te wielokrotne odnoszenie się do zdarzeń z przeszłości, może być niezmiernie nudne. A Epilog daje obietnicę na kontynuację. Ciekawe, czy otwarte pytania wreszcie uzyskają odpowiedzi.

Mi w odbiorze bardzo przeszkadzały błędy fabularne oraz językowe. Gdzieś zabrakło słowa „się” w zdaniu. W innym miejscu zamiast naciskając przycisk windy napisane zostało „(…) naciskając przycisk widny”. Konstrukcja wypowiedzi „A tobie mówiła ci coś o tym wieczorze? – pytam.” zawiera nadprogramowe „ci”. Najpierw czytałam o interesującej zawartości szamba dwa metry pod ziemią (w rozdziale „Nikodem. 19 października 2019. Jezioro Powidzkie”, by już w akcji umiejscowionej w tym samym miejscu, lecz 1 listopada 2019 dowiedzieć się, że bohater zastanawia się; „Gdyby tylko wiedziała, co znajduje się niecały metr poniżej.”. W gwoli ścisłości, obie sytuacje dotyczą ciekawego szamba. A w zdaniu „Robi krok do przodku…” skupiłam się na słowie „przodku” zachodząc w głowę, czy czasem nie miało być „przodu”. Sięgnęłam nawet do Słownika Języka Polskiego i dowiedziałam się, że „przodek” oznacza: „1. w zoologii: osobnik, od którego wywodzą się organizmy pochodne; 2. w kopalni: czoło chodnika, ściany albo komory, miejsce, gdzie wydobywa się kopalinę; 3. w rolnictwie: przednia część wozu lub pługa koleśnego; 4. w wojsku: przodek działowy – pojazd dwukołowy, do którego mocowano działo w celu przetransportowania go; 5. dawniej: płaszczyzna lub linia stanowiąca przednią część czegoś; przód, front, czoło”. (cyt. za: https://sjp.pl/przodek). Nie wiem, czy użycie dawnego określenia „przodu” we współczesnej wypowiedzi literackiej było celowym zamierzeniem Autorki. Możliwe też, że tylko mnie zaciekawiło i stanowiło podstawę do głębszej analizy. Cóż, nie raz już wspominałam, że ta moja uważność przy czytaniu jest chwilami prawdziwym utrapieniem😉.

Nie do końca wgryzłam się w historię. Oczekiwałam trzymającego w napięciu thrillera pełnego zwrotów akcji i pasjonujących pościgów. Otrzymałam jakby rekonstrukcję „po”. Po ciekawych zdarzeniach z przeszłości, kolejne skutki wcześniej podjętych decyzji i nieplanowane przypadkowe śmierci. Nawet jakoś tej prawdziwej gangsterki mi zabrakło. Nie określiłabym „Oskarżonej” jako thriller. Raczej odebrałam ją jako lekki, dynamicznie i przejrzyście napisany kryminał z rozbudowanymi wątkami obyczajowymi, chociaż zestaw bohaterów okazał się bardzo interesujący.

Moja ocena: 6/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.

„Życzę mu śmierci” Matt Witten

ŻYCZĘ MU ŚMIERCI

  • Autor: MATT WITTEN
  • Wydawnictwo: WYDAWNICTWO KOBIECE
  • Liczba stron: 368
  • Data premiery: 13.04.2022r.

Matt Witten to scenarzysta „(…) takich produkcji telewizyjnych jak: „CSI: Kryminalne zagadki Miami”, „Dr House”, „Słodkie kłamstewka” oraz „Prawo i porządek.”, jak przeczytałam na tylnym skrzydełku obwoluty. Wszystkie  znam, wszystkie oglądałam. W przypadku „Dr House’a” nie ominęłam żadnego odcinka😊. Patrząc na dorobek scenariuszowy założyłam, że premiera z 13 kwietnia br. pt. „Życzę mu śmierci” od @Wydawnictwo Kobiece musi być powieścią udaną. Chociaż nie do końca rozumiem polski tytuł. W oryginale brzmi „The Necklace”, czyli naszyjnik i taki wydaje mi się bardziej właściwy😉.

(…) to częste zjawisko: ludzie czują się winni po niezrozumiałej tragedii, jaka ich dotknęła, i za wszelką cenę starają się nadać wydarzeniom sens, byle nie były przypadkowe. Bo dla niektórych najgorszy ze wszystkiego jest brak kontroli – wola już sami ponosić winę za to, co ich spotkało.” – „Życzę mu śmierci” Matt Witten.

To się naprawdę zdarza i to całkiem często. Zdarza się, że w amerykańskich celach śmierci na egzekucję oczekują Ci, który tak naprawdę są niewinni. Taka historia stała się inspiracją do napisania tej powieści. Historia matki zamordowanej dziewczynki, która walczyła o uniewinnienie według niej, niesłusznie skazanego za tę zbrodnię. W fabule tą matką jest Susan Lentigo, której niespełna siedmioletnia córeczka Amy została dwadzieścia lat wcześniej brutalnie zgwałcona i zamordowana. Wraz ze swoją rodziną i przyjaciółmi oczekuje na egzekucję „Potwora”, który został skazany za ten czyn i dla którego kary śmierci się domagała w trakcie procesu. Przemierza całe Stany do Dakoty Północnej, by wziąć udział w wykonaniu wyroku śmierci. W trakcie podróży ponownie analizuje całe śledztwo, wszystkie działania śledczych i zachowanie skazanego. Zaczyna w głowie kreować alternatywne rozwiązania. I nie wie, czy to tylko poczucie winy za śmierć innego człowieka, czy prawda, która mogła się zdarzyć.

Bardzo udany pomysł na thriller. Zaczyna się naprawdę mocno. Zaczyna się od przeogromnej straty. Straty, której żadna matka nie potrafi udźwignąć. Okrutnej śmierci niewinnego dziecka. I pewnie ze względu na tak mocny początek książki nie odłożyłam, aż do jej całkowitego przeczytania. Przeczytałam ją jednym tchem. Autor umiejętnie wprowadził nas w nastrój konstruując krótkie rozdziały, których jest czterdzieści trzy. Każdy rozdział ma oznaczoną datę i określa czasoprzestrzeń. Podzielona jest ona na „Obecnie” i „Dwadzieścia lat wcześniej”. Dodatkowo czytelnik otrzymał Epilog, który stanowi pewną klamrę dla życia Susan. Życia pełnego nienawiści do człowieka, który pozbawił jej córeczkę życia. Życia pełnego żalu do matki, która w dniu, gdy Amy zaginęła, nie mogła się nią zająć, by iść na kolejną randkę. Życia pełnego oczekiwania, by wreszcie sprawiedliwości stało się zadość.

Narracja jest trzecioosobowa i kręci się wokół głównej bohaterki – Susan, która oprócz córki straciła również swojego męża Danny’ego. Męża, który po roku od niesprawiedliwej śmierci Amy porzucił ją, by zacząć nowe życie. I sposób rozpisania postaci Danny’ego jest jedynym maleńkim niedociągnięciem autora. Pojawia się niespodzianie, jakby na dokładkę, jakby ważniejsze od zbudowania kompleksowej postaci, było jej mocne uderzenie, silne wejście praktycznie na końcu książki. Gdy zaczęły pojawiać się pewne wątki, już czułam wewnętrznie, że rozwiązanie jest blisko. Nie powinno tak być w bardzo dobrym thrillerze, który powinien wskazywać alternatywne rozwiązania do samego końca.

Bardzo zbliżyłam się do Susan. To jest postać, która była mi od początku bardzo bliska. Rozumiałam jej uczucia. Jej miotanie się od jednych negatywnych emocji do drugich. Taką traumę trudno jest udźwignąć, trudno się z nią mierzyć. Susan stanowi dla mnie odzwierciedlenie pewnego bohaterstwa. W swej rozpaczy zachowała dotychczasowe życie starając się normalnie żyć, mimo trudności, mimo samotności. Postać Lenory zatrważa, a z drugiej strony stanowi pewne przeciwieństwo do podobnych bohaterek z innych książek. Może dlatego jest idealna do zapamiętania. Cieszę się, że pojawił się w powieści Agent Pappas, który nie ustał pracować nad sprawą, mimo, że już dawno przeszedł na emeryturę. To taka przeciwwaga do tych wszystkich śledczych, którzy po wyroku przestają logicznie myśleć ciesząc się z dobrze wykonanego obowiązku.

Mimo zbyt oczywistego zakończenia uważam, że książka zasługuje na Waszą uwagę. Dotyka najczulszych strun w ludzkich duszach, dotyka żałoby po okrutnej i niesprawiedliwej śmierci niewinnego dziecka. Dotyka potworów, którzy żyją wokół nas, czasem nawet bardzo blisko, a my albo nie dostrzegamy ich potworności, albo umiejętnie udajemy i tłumaczymy ich zachowania. Byle tylko nie musieć się konfrontować. Byle tylko nie musieć nic robić. A do tego czyta się jednym tchem. Dialogi płynną przez całą książkę. Autor zaoszczędził nam zbędnych powtórzeń i przydługich opisów. A takie książki czyta się najlepiej. Miłej lektury!  

Moja ocena: 8/10

Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

„Wstyd” Robert Małecki

WSTYD

  • Autor: ROBERT MAŁECKI
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 408
  • Data premiery: 13.04.2022r.

@robertmalecki.autor, Ćwirlej, Chmielarz, Ostaszewski, Mróz to kawalkada moich ulubionych rodzimych autorów kryminałów. Mam słabość do tych pisarzy i wszystkie kolejne publikacje czytam w ciemno. Nigdy się jeszcze nie zawiodłam😉. O przygodzie literackiej z Robertem Małeckim pisałam przy okazji recenzji „Najsłabszego ogniwa”. Przeczytałam i serię z Grossem, i wznowioną z Benerem, a także „Żałobnicę” i „Zmorę”. „Wstyd”, który premierę miał 13 kwietnia br. pochłonęłam praktycznie w jeden wieczór. I tylko i wyłącznie dzięki współpracy z Wydawnictwem @czwartastronakryminalu mogę podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami po przeczytaniu tej książki.

Z opisu Wydawcy wynika, że to „Mocny thriller kryminalny o uczuciu, które może dać początek złu, i o mrocznej drodze ku prawdzie, która wyniesiona na powierzchnię, rani do krwi.” Tak emocjonujący opis musi być zapowiedzią dobrej książki.

Z takim założeniem wciągnęłam się w historię Julii Karlińskiej, byłej była policjantki nazywaną Karlą. Aktualnie uczy historii w liceum medycznym. Jest też samotną matką nastoletnich bliźniaków. Zawód zmieniła po tragicznej śmierci męża, również policjanta, który zginął w wypadku komunikacyjnym, po którym sprawcy nigdy nie znaleziono. Jej życie wywraca się do góry nogami, gdy Karlińska w jednym dowiaduje się o zabójstwie Sławomira Nowaka, swego kolegi z grona nauczycielskiego oraz o zaginięciu jednego z synów. Gdy okazuje się, że chłopak stracił życie, Karlińska postanawia podjąć działania śledcze. Od razu również łączy obie sprawy, tylko pozornie ze sobą niezwiązane.

Bardzo lubię historie, w których wątek kryminalny składa się z dwóch lub więcej z pozoru niepowiązanych ze sobą spraw. Ta konstrukcja sprawdza się wyśmienicie. Wzmacnia zainteresowanie czytelnika, gdyż chyba każdy chce odkryć, o co tak naprawdę w tych sprawach chodzi. Małecki potrafi skonstruować wciągającą fabułę, w której bardzo dużo się dzieje. „Wstyd” zawiera ich wystarczającą ilość. Książkę czytałam bez okładania, a to zawsze jest miara dobrego literackiego dzieła. Do tego te emocje, które Autor we mnie wzbudził. Najpierw strata męża – policjanta. Tragedia żony i tragedia życia w roli samotnej matki. Później strata jednego z synów. Strata, z której prawie każda matka nie potrafi się nigdy otrząsnąć. Gdy w tragicznych okolicznościach umiera ileś osób z naszego otoczenia, zawsze podejrzewamy, że chodzi o nas. Czy tak jest i tym razem, tego musicie dowiedzieć się sami czytając „Wstyd”.

Zawiodło mnie trochę zakończenie. Nie ukrywam oczekiwałam wielkiego WOW, którego na końcu nie było. Nie zgodzę się także z opinią Wydawcy z jego opisu. Dla mnie książka bardziej wkomponowuje się w gatunek bardzo dobrego kryminału, niż „mocnego thrillera”. Emocje owszem i były, ale bardziej na płaszczyźnie załamanej żony i zdruzgotanej matki. Wątki obyczajowe zostały oddane z pełnym zaangażowaniem oraz właściwym stopniem natężenia. Potwierdzam, że spodobały mi się na równi z głównym wątkiem kryminalnym. To jest rozwijająca się cecha charakterystyczna Autora, którą zauważyłam przy okazji „Żałobnicy”, „Zmory”, czy „Najsłabszego ogniwa”.

Jeśli lubicie kryminały, w których poruszane są bardzo ważne tematy obyczajowe, a akcję kształtuje ciekawa kobieca postać to „Wstyd” jest bez wątpienia książką dla Was. Miłej lektury!

Moja ocena: 8/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Czwarta Strona.

„O włos” Katarzyna Bonda

O WŁOS

  • Autorka: KATARZYNA BONDA
  • Wydawnictwo: MUZA
  • Seria: JAKUB SOBIESKI. TOM 1
  • Liczba stron: 352
  • Data premiery: 23.03.2022r.

Nie mogę się dowartościowywać. Kompletnie się to nie sprawdza. W recenzji z 13 kwietnia br. książki pt. „Mamo, nie krzycz” (recenzja na klik) chwaliłam się, że opublikowałam już 19 opinii na temat książek wydanych w marcu i jeszcze 3 przede mną. Okazało się, że tych marcowych premier przede mną jeszcze więcej. Wczoraj na blogu pojawiła się zaległa recenzja piętnastego tomu z Chyłką, a dziś uzupełniam blog o moje spostrzeżenia związane z pierwszą częścią nowej serii autorstwa @Katarzyna Bonda wydanej nakładem @wydawnictwo.muza.sa. Książka miała premierę praktycznie miesiąc temu, tj. 23 marca br.

Jakub Sobieski to nie Hubert Meyer, ale Bonda, to zawsze Bonda😊.

Ofiarami są dwie dziewczyny, których ciała odnalezione zostały w Lesie Kabackim. Policjantów szokuje stopień zbezczeszczenia zwłok. Jakby morderca nawet po śmierci chciał zadać ofiarom ból, kolejne cierpienie. Jakby chciał pokazać całemu światu, że nie ma dla niego żadnych świętości. Odkryciu towarzyszy pukiel blond włosów związanych wstążką znaleziony w okolicy. Śledztwo zaczyna uwzględniać zamiłowanie zbrodniarza do fetyszu. Nadany mu zostaje nawet chwytliwy przydomek; Kosiarz z Kabat. Kosiarz, który umiłował sobie ofiary w świecie prostytutek. W świecie, który zamknięty jest dla detektywa Jakuba Sobieskiego i jemu podobnych.

Bonda zastosowała sprawdzający się w jej kryminałach schemat niewyjaśnionych zbrodni i grzechów z przeszłości. To zbudowało dodatkowe napięcie. Okazało się, że nie tylko tu i teraz było ważne. Czytelnik musiał być uważny cały czas zastanawiając się, gdzie jest początek tego współczesnego bestialstwa. Sam Sobieski to totalnie inna postać, niż mój ukochany Meyer. Autorka nie poszła na łatwiznę, nie użyła cech, które wpadły w oko wielu czytelnikom. Stworzyła całkowicie nowego bohatera, bez wątpienia bohatera z potencjałem. Jestem ciekawa jak będzie się rozwijała jego postać i czy kolejne jego ruchy w fikcyjnej rzeczywistości spotkają się z entuzjazmem z mojej strony. Zbrodnie opisywane w fabule nie są może wyszukane. Wręcz przeciwnie są zwierzęce. Tym sposobem Bonda opisała drapieżność  mordercy, któremu samo zabijanie nie wystarcza. Bardzo lubię nową narrację Autorki, która od trzech ostatnich tomów z Hubertem Meyerem jest bardzo przystępna, bardziej płynna, mniej męcząca, mniej wielowątkowa. Czasem mniej znaczy więcej, a mówienie bardziej po prostu też się sprawdza😊. Dzięki temu książkę oceniam jako dobry kryminał, który czyta się lekko. Może nie jest on arcydziełem gatunku, ale daje prawdziwą rozrywkę i wytchnienie po trudnym dniu. Intryga, jak to w dobrym kryminale ciekawa.

Lubicie kryminały ? Ja uwielbiam. Dlatego nigdy dobremu nie odmawiam. Polecam byście też przeczytali nową Bondę. A zapewniam, że czas spędzony z książką nie uznacie za zmarnowany.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Muza.

„Skazanie” Remigiusz Mróz

SKAZANIE

  • Autor: REMIGIUSZ MRÓZ
  • Seria: JOANNA CHYŁKA (TOM 15)
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron: 488
  • Data premiery: 23.03.2022r.

@RemigiuszMróz wespół z Wydawnictwem @Czwarta Strona Kryminału dotrzymali słowa. Przy okazji recenzji czternastego tomu „Egzekucja” (recenzja na klik) w post scriptum napisałam „i tak się zastanawiam na koniec, czy następna Chyłka już w marcu 2022 ? Oby, oby.” I faktycznie następny tom serii ukazał się w marcu, a dokładniej 23 marca br. Ja książkę przeczytałam praktycznie na pniu😉, jak to zwykle w przypadku Asiulki Chyłki bywa. Niestety, nie udało mi się tym razem z recenzją na czas. Więc dość spóźniona, za to pisana z ogromnym entuzjazmem – takim samym jak czytana – recenzja kolejnego tomu jednej z najlepszych serii thrillera prawniczego, z jakim miałam do czynienia.

Joanna Chyłka odzyskuje prawo do wykonywania zawodu adwokata. Mierzy jak zwykle wysoko. Niestety, tym razem Temida nie okazała się sprawiedliwa i Chyła otrzymuje sprawę, której nikt nie chciał się podjąć, a jej rola związana jest z funkcją oskarżyciela subsydiarnego, który co do zasady działa samodzielnie, zastępując oskarżyciela publicznego w sytuacji, gdy ten odmawia wszczęcia postępowania lub umarza je, bez skierowania sprawy do sądu. To nie jedyna nowa rola, z którą musi zmierzyć się Chyłka. Jej determinacja pozwala na ruszenie sprawy, która do tej pory była umarzana przez każdego kolejnego prokuratora. Sprawy uznawanej za każdym razem za samobójstwo.

O tym, że Chyłka dojrzewa pisałam sporo przy okazji recenzji „Egzekucji”. Chyłka nabiera nowego kształtu. Staje się bardziej stonowana, odpowiedzialna, mimo, że w tej części, tak jak w poprzednich nie brakuje ciętych ripost i ostrego języka. Co by nie zarzucić tej serii, zdecydowanie ma w sobie coś. Coś niespotykanego dotychczas. Ja jestem jej wierną fanką, mimo, że niektóre części podobały mi się bardziej, a inne mniej.  Trudno jednak mi się od niej oderwać. Taki syndrom mają wszyscy z mego otoczenia, którzy tę serię czytają. Podobnie jak poprzednie tomy i  „Skazanie” przeczytałam jednym tchem. Fajnie obserwowało się relacje Chyłki i Zordona, które ewoluują z relacji pasożytniczej, w relację kooperacyjną. Samej Chyłce w dwóch nowych rolach – oskarżającej i narzeczonej – żony tez mam niewiele do zarzucenia. Ona jest po prostu jedyna w swoim rodzaju. Kobieca bohaterka na miarę naszych czasów.

Podobał mi się wątek matki walczącej o to, by pozorne samobójstwo córki zostało wyjaśnione w sposób, w jaki powinno być wyjaśnione w państwie prawa, czyli dogłębnie, czyli do końca. Po przeczytaniu jednak już piętnastu części tego thrillera prawniczego, a obok wielu innych, o polskim państwie prawa nie ma co jednak mówić. Te wszystkie obłudne zachowania polskiego systemu prawniczego zostały świetnie odsłonięte przez Remigiusza Mroza w serii o Chyłce. Do tego, jak często u Mroza bywa, zabawa w uchybienia proceduralne, manipulacje, szantaże, czy wpływy . I to jest dla mnie wyjątkowa wartość tego cyklu.

Język Chyłki mnie nie raził nigdy i chyba razić nie zacznie. Narracja Mroza jest jak zwykle bardzo dynamiczna. Generalne prawdy Chyłka wypowiada w taki sposób, jakby była wyrocznią. Plątanina zdarzeń, myśli, słów i kolejnych poczynań dwójki głównych bohaterów przenosiła mnie płynnie w kolejne wątki fabuły, w której czasem można się było pogubić. Dlatego Chyłka wymaga skupienia. A o to nietrudno, w tak świetnie skonstruowanej powieści.

Chyłka jest jedyna w swoim rodzaju. Mimo zmian i nowych przeżyć, które stają się jej udziałem nadal mnie pociąga. Ten, kto nie próbował Chyłki, musi podjąć tą próbę. A Ci, co już próbowali niech zmrużą oczy, bo nadchodzi coś nowego, coś innego. Skazana na prawdziwe życie, Chyłka. Joasia Chyłka😊.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier

OBERŻA NA PUSTKOWIU

  • Autorka: DAPHNE DU MAURIER
  • Wydawnictwo: ALBATROS
  • Liczba stron: 336
  • Data premiery w tym wydaniu: 13.04.2022r.
  • Data pierwszego wydania polskiego: 01.01.1976r.
  • Data premiery: 07.06.2012r.

Przy okazji recenzji książki Daphne du Maurier pt. „Moja kuzynka Rachela” pisałam, że „Serię butikową od @WydawnictwoAlbatros wprost ubóstwiam. Przeczytałam wszystkie jej wydania. Woluminy zdobią aktualnie moją skromną biblioteczkę”. Do kolekcji butikowej dołączyła ostatnio kolejna pozycja, którą przywitałam z ogromną radością. To wznowiona „Oberża na pustkowiu” tej samej autorki, która premierę miała 13 kwietnia br. Mam nadzieję, że ciekawi Was, czy oprócz przepięknego wydania, w tym prześlicznej okładki, wnętrze również mnie zachwyciło.

„Nie przejmowała się samotnością i nie poświęcała jej myśli. Człowiek pracy nie zważa na samotność, wieczorem, po skończonej robocie, kładzie się po prostu spać.” –„Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier.

Mężczyźni są złymi towarzyszami, kiedy najdzie ich niedobry humor, a ja, Bóg to wie, jestem z nich wszystkich najgorszy.” – „Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier.

Znów odczuła, że bycie kobietą jest upokarzające, gdyż upadek sił i ducha otoczenie traktuje u kobiety jak rzecz naturalną i sam przez się zrozumiałą.” – „Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier.

Kompletnie nie wiem skąd Daphne du Maurier brała te swoje mądrości, z którymi czasem łatwo się zgodzić😉. Czy to specyfika jej czasów, czy czasów w których osadzała akcję swych powieści. Tym razem zabrała nas do dziewiętnastowiecznej dusznej, wietrznej i mglistej Kornwalii otoczonej wrzosowiskami i bagnami. Gdzie „(…) nawet dzieci rodzą się tu pewnie wynaturzone niczym sczerniałe krzaki żarnowca, przyginane do ziemi wiatrem, który nigdy nie ustaje, lecz dmie, jak mu się podoba…”. A także gdzie miejscowi „(…) Umysły też mają pewnie spaczone, myśli niedobre, skoro muszą wciąż przebywać wśród moczarów i skał, wśród twardego wrzosu i kruszejących głazów”. Do tego miejsca po śmierci matki przybywa dwudziestotrzyletnia Mary Yellan. Do miejsca, w którym pragnęła przywitać dawno niewidzianą ukochaną siostrę matki, ciocię Patience, a zastała wynędzniałą, obdartą staruszkę bojącą się wzroku własnego męża Jossa Merlyna, który przy każdej sposobności zwracał uwagę na to, kto w oberży i w całym domostwie rządzi, komu należy usługiwać i kto może, jako jedyny wydawać polecenia. Tytułowa oberża Jamajka to nie miła knajpka na trakcie komunikacyjnym z Bodmin do Launceston, gdzie odpoczywają przejezdni. To mroczna posiadłość, w której dominuje kiepskie jedzenie, alkohol, pajęczyny, zamykane na klucz drzwi, strach i lęki, a także nocne uderzenia o trakt na dziedzińcu. Do takiego miejsca zawitała niewinna Mary Yellan, której życie nie było już takie same.

Mój ulubiony cytat to: „Owszem, jestem dziwolągiem, anachronizmem. Nie należę do obecnej epoki. Urodziłem się od razu z żalem do niej i z żalem do całej ludzkości. W dziewiętnastowiecznym wieku bardzo trudno jest o spokój. Cisza znikła, nawet z gór. Myślałem, że znajdę spokój w Kościele, ale dogmaty mi obmierzły, a w ogóle cały fundament wspiera się na bajkach. (…)  i przekonałem się, że Kościół zbudowano na nienawiści, zawiści i chciwości, czyli na wszystkich stworzonych przez człowieka atrybutach cywilizacji, gdy tymczasem pradawne pogańskie barbarzyństwo było czymś nagim i czystym.”” – „Oberża na pustkowiu” Daphne du Maurier. Wymagał on od du Maurier ogromnej odwagi, szczególnie w okresie w którym tworzyła. Dyskusja, której cytat stanowi tylko niewielki fragment była jedną z jaśniejszych stron powieści.

Dla mnie książka straciła na tajemniczości w okolicy 150 stronie. Nie powiem z początku napięcie narastało. Osierocona Mary Yellan wychowywana bardzo długo tylko przez matkę spełniając jej ostatnią wolę przeprowadziła się do jej ukochanej, jedynej siostry. Niestety ciotka Patience nie była już osobą zapamiętaną sprzed lat przez Mary, ani tym bardziej przez jej matkę. Wszystkiemu winny był wuj, który okazał, jakby powiedział to bieszczadzki przewodnik, zakapiorem prowadzącym szemrane interesy. Wuj, który zniszczył szczęście i radość z życia Patience, a samą Mary każdego dnia przyprawiał o dreszcze niepokoju. I dochodzenie do prawdy, o co chodzi z działalnością wuja dla mnie było najciekawszą częścią książki. Później tylko się coraz bardziej irytowałam. Z jednej strony bezwolnością Patience, z drugiej brakiem reakcji Mary na wszystko to, czego była świadkiem i czego doświadczyła. Jej troska o ciocię była tylko pozorna. Nawet ja wiedziałam, że nie wystarczy od czasu do czasu stanąć sprytnie w jej obronie, by uchronić ją przed wszystkimi niegodziwościami ze strony męża i jego kompanów. Przecież jak sama Mary twierdziła widziała, „(…) tu same złe rzeczy…”, widziała „(…) tylko cierpienie, okrucieństwo i ból. Kiedy wuj przybył do Jamajki, rzucił widocznie swój cień na wszystko, co dobre, i dobre rzeczy umarły.”.

Nie powiem, Daphne du Maurier zaciekawiła mnie dwoma bohaterami, Francisem Davey oraz Jemem Merlynem. Obaj okazali się kimś innym, niż z początku się wydawało. Obaj odkryli w kulminacyjnym momencie fabuły swoje oblicze. I obaj zostali zapamiętani przeze mnie, czego nie mogę powiedzieć o postaciach kobiecych, z Mary włącznie.

Powieść została, jak wiele innych publikacji Daphne du Maurier, zekranizowana przez Alfreda Hitchcocka w 1939 roku. Zdjęcia dostępne na Filmwebie wydają się obiecujące (źródło: link). Zaraz po napisaniu recenzji zajmę się odszukaniem pierwszej ekranizacji tej powieści autorstwa prawdziwego mistrza thrillerów.  W kolejnej wersji ekranizacji, tym razem telewizyjnej Mary zagrała – Jane Seymour, niezapomniana dr Quinn. Ta ekranizacja nie spotkała się z przychylnym przyjęciem. Jako ciekawostkę napiszę Wam, że na platformie Vod jest dostępna wariacja na temat tej historii z 2014 roku. Tym razem plakat wyjątkowo zachęca do obejrzenia. Widocznie filmowcy odnajdują ogromny potencjał tej historii, który można opowiedzieć przepięknymi obrazami.

Jest to najsłabsza książka autorstwa Daphne du Maurier, którą przeczytałam. Daleko jej do „Rebeki”, a z „Moją kuzynką Rachelą” łączy ją tylko piękne, butikowe wydanie.

Moja ocena: 5/10

Egzemplarz recenzencki otrzymałam od  Wydawnictwo Albatros.