„Maski pośmiertne” Anna Rozenberg

MASKI POŚMIERTNE

  • Autor:ANNA ROZENBERG
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:10.03.2021r.

Moi dwaj lubiani autorzy kryminałów polecają tą pozycję, która miała premierę 10 marca br.@Marta Matyszczak pisze, że „Lepszego kryminalnego debiutu w 2021 roku nie przeczytacie.” @Robert Małecki (przypominam recenzję rewelacyjnej Zmory), że jest to „Świetna, ekspresyjna narracja, fachowy research i niepowtarzalny klimat brytyjskiego miasteczka …”. Sprawdzicie, czy opinie nie są przesadzone? Jeśli tak, to zapraszam.

Każdy z nas nosi maskę

Chyba zakładamy maski każdego dnia. Zakładamy z różnych powodów, gdy chcemy się komuś przypodobać, gdy nie chcemy nikogo urazić, gdy boimy się konsekwencji. Odgrywamy w życiu pewne role. Jesteśmy pracownikami, rodzicami, kolegami/koleżankami, dziećmi. A prawda jest gdzieś zawsze pośrodku. O jakich maskach myślała @Anna Rozenberg pisząc swą debiutancką powieść? Fabuła toczy się w typowo brytyjskim miasteczku Woking. Rzeczywistość brytyjska została tak świetnie oddana przez autorkę, że oczami wyobraźni widziałam niskie domki z cegły z murowanymi ogrodzeniami i typowo angielskie apartamentowce. Nietypowy jest główny bohater. To inspektor policji David Redfern pół Polak, pół Anglik, a raczej angielski Jamajczyk. O tym, że jego skóra ma inny kolor, niż typowo brytyjski zorientowałam się na 80 stronie. A to już o książce naprawdę dobrze świadczy. Nie dość, że pochodzenie nietypowe, to jeszcze potrafi mówić w języku polskim. Co momentami przysparza mu przyjaciół, a momentami wrogów. Najczęściej umiejętność ta powoduje duże zaskoczenie. To nie jedyny polski motyw. David rozpoczyna śledztwo w sprawie morderstwa, uwaga … dwójki Polaków, Bożeny i Mariusza Sokolińskich. On przyjechał na rozmowę o pracę do McLaren Technology Centre, ona mu towarzysza. Ale czy tylko? Jaki prawdziwy cel wizyty miała Bożena? Dlaczego interesowały ją losy polskich żołnierzy, którzy spoczęli na Brookwood Military Cemetery? Czy znalazła to czego szukała? Śledztwu nie pomaga osobista sytuacja Redferna, od niedawna w Woking. W aktualnym miejscu pracy pojawił się po śmiertelnym postrzeleniu swego byłego partnera Adriana Bones, brata byłej dziewczyny Patricii. Wybitnego i zdolnego śledczego u którego w pewnym momencie zdiagnozowano chorobę psychiczną, która powiodła go do zamachu w katedrze w Guildford. Śmierć Adriana staje pod znakiem zapytania, gdy w Dover wyłowiono ciało nieznanego mężczyzny, u którego znaleziono tabliczkę z nagrody policyjnej na nazwisko Redferna. David nie ma wątpliwości, wyłowione ciało to Adrian. Równolegle do morderstwa Sokolińskich, David próbuje się dowiedzieć, co tak naprawdę stało się z Adrianem i kim jest osoba, która pozostawia mu takie wiadomości jak: „Odpuść”, „Masz ostatnią szansę” i „Nie zginęło Ci coś?”. David skrupulatnie bada, analizuje, czyta między wierszami, kluczy i sprawdza, czy coś mu nie umknęło. Rozszerza poszukiwania wiedząc, że „(..) śledztwo to nie film sensacyjny. (…) Zwykle to żmudna, mrówcza praca, a najczęściej irytujące czekanie”.

Czy to udany debiut?

Bardzo udany debiut. To oczywiście kwestia gustu. Ja jestem pewna, że jeśli pojawią się dalsze losy Davida Redferna będę je chciała prześledzić. Przede wszystkim głębokie ukłony dla autorki za: Osadzenie w powieści postaci autentycznej. Świadka tamtejszych wydarzeń. Mieszkającego w Woking Pana Pawła Jarząbka, którego historia została wpleciona w fikcję literacką.Prawdziwie poważny research. Zwrócenie uwagi czytelnika na obóz polski w Tweedsmuir i polskie groby w Brookwood. Te dowody trudnych, powojennych losów niezwykle wzbogaciły fabułę kryminalną. To cudownie, że autorka nie pokusiła się i nie stworzyła kolejnego kryminału, gdzie istotą było poszukiwanie mordercy. Cel powieści w tym przypadku tkwi gdzieś indziej, gdzieś głębiej, gdzie nikt o powierzchownym spojrzeniu nigdy nie zajrzy. Polsko – brytyjski misz masz. Niekoniecznie tak oczywisty, nawet jeśli się mieszka tak długo w Woking, jak sama autorka. Postaci dziadka Davida, samego Davida, czy innych Polaków nie są jednoznaczne. Trochę polscy, trochę brytyjscy. Tacy pośrodku. Nawet jeśli, jak Millerowie, czują się w pełni Brytyjczykami pewne okoliczności zmuszają ich na spojrzenie w kierunku Polski. Nagle ta polskość okazuje się ważna. Niezwykle trafne okazały się również spostrzeżenia Marty Sokolińskiej na temat brytyjskiej rzeczywistości. Jest tu trochę o „ekologicznym borderline”, nieocieplanych domach (potwierdzam sama byłam w Londynie i tej wilgoci w hotelu nie zapomnę), braku kultury gotowania itd. Zapewne to własne spostrzeżenia autorki i to mi się podoba. Ogromny szacunek dla starszych osób. Starsze osoby zobrazowane w książce zostały z należytą atencją. To nie staruszkowie, z których się śmiejemy, lub im współczujemy. To inteligentne osoby, z bogatymi przeżyciami, którym wiele mamy do zawdzięczenia i którzy wiele nam mają jeszcze do powiedzenia. To niezwykle bogate wewnętrznie postaci. To głownie Polacy, którzy znaleźli się w Wielkiej Brytanii po wojnie. Niekoniecznie otwartej i witającej ich z otwartymi ramionami. To Polacy często przez Anglików zapomniani. Anglików, za których wielu oddało swe życie. Sami bracia Biernat – Stanisław, Feliks i Lucjan – zostali opowiedziani z dużym zaangażowaniem i oddaniem. O takich ludziach i ich pogmatwanych losach warto zawsze czytać. Niedoskonałych bohaterów. Wielu z nich ma skazy. Sam Redfern cierpi na zmęczenie, stany depresyjne, które są wynikiem choroby immunologicznej. Linda, ambitna policjantka walcząca z własnymi demonami. Wspomniany Adrian Bones. Córka ofiar, przeżywająca żałobę w specyficzny sposób. Takich postaci w powieści jest sporo. Historyczną wartość. Nie zawsze udaje się z sukcesem wpleść historyczny wątek w kryminał. Tym razem Annie Rozenberg się to udało. Nie znudziłam się ani razu wątkami historycznymi, mimo, że momentami opowieści te toczyły się równolegle ze śledztwem. Mam świadomość, że nie każdemu się to podoba. Jako wnuczka walczącego z gen. Andresem we Włoszech polskiego żołnierza ze wzruszeniem czytałam o tym, co zdarzyło się siedemdziesiąt lat temu.  O tym, co ukształtowało powojenną polsko – brytyjską rzeczywistość. Wzruszyłam się czytając o niemym proteście Polaków przeciwko wizycie Chruszczowa i Bulganina w kwietniu 1956r. Ponad 20 tys. Polaków i innych emigrantów w niemym pochodzie podążało za Generałem Władysławem Andersem i Tadeuszem Borem-Komorowskim. „Niemy marsz tysięcy pozbawionych ojczyzny emigrantów politycznych miał przypomnieć politykom Zachodu, że zaakceptowana przez nich „żelazna kurtyna” nie drgnęła.” (źródło: Polityka). Mnie historycy tego nie nauczyli. Ech, nie ten rocznik. Ja o tym dowiedziałam się z „Masek pośmiertnych” i za tą wiedzę chapeau bas.

To jedna z tych książek, które powinniście przeczytać. 

Śledztwo może nie toczy się szybko, ale nie o to tu chodzi. Tu chodzi o człowieka. Człowieka z czasów teraźniejszych, dostosowanego do okoliczności, czasem odbiegającego od schematu. Człowieka z przeszłości, walczącego, honorowego, który nie zapomina. Tu nie chodzi o mordercę. Choć, on też człowiek… Reasumując ani Marta Matyszczak, ani Robert Małecki nie „zrobili mnie w konia”. Tą książkę naprawdę warto przeczytać.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Recenzja – „Głos. Wojciech Mann w rozmowie z Katarzyną Kubisiowską

GŁOS. WOJCIECH MANN W ROZMOWIE Z KATARZYNĄ KUBISIOWSKĄ

  • Autor: WOJCIECH MANN
  • Wydawnictwo:ZNAK
  • Liczba stron:320
  • Data premiery: 14.10.2020r.
  • Moja ocena:8/10

Zastanawiałam się, w jaki sposób zaprezentować Wam wywiad „prawie rzeka” z Wojciechem Mannem. Nagle mnie olśniło. Mój ulubiony dziennikarz muzyczny, przez którego swego czasu zakochałam się w Trójce, a teraz nieśmiało podsłuchuję w piątki i niedzielę w radiu Nowy Świat (audycje: „Poranna Manna”, „Manniak po omacku”), powinien mieć wyjątkową oprawę. Wiadomo, wyjątkowa osoba = wyjątkowa oprawa. Oprawa z jednego z dzieł mojego ulubionego polskiego artysty @Daniela Krzanowskiego z KrzanooArt. Jak Wam się podoba Lady Smoothie z Wojciechem Mannem? Ciekawe, czy Panu Wojtkowi spodobałaby się Lady Smoothie? Oto jest pytanie…

Miłe początki

W tym głosie, wstyd się przyznać podkochiwałam się jako młoda nastolatka, wręcz podlotek w programie „5, 10, 15”. Nawet w książce pojawił się motyw, skąd i dlaczego tylko w roli „głosu” Pan Wojtek w tym programie się znalazł.  Głos charakterystyczny, jedyny w swoim rodzaju. Zawsze wyważony, kojący, niespieszny, z bardzo dobrą dykcją. Głos, co ważniejsze z bogatym słownictwem, unikający powtórzeń. Głos w pewnym momencie został ubrany w ciało i wtedy tak naprawdę Pana Wojtka poznałam. Poznałam go jako widz „MDM” – programu satyrycznego z Krzysztofem Materną – oraz mojej ukochanej „Szansy na sukces”. Głosowi byłam jednak bardzo wierna, bo od niego się zaczęło. Podążyłam za głosem do Trójki. Teraz podążam za głosem dalej…

Inteligentna rozmowa z bardzo inteligentnym człowiekiem

Tak określiłabym ten wywiad. Dla mnie wyjątkowy. Z wywiadami tak jest, im wyjątkowy dla nas jest człowiek, z którym się literacko spotykamy w tej formie, tym wyjątkowy okazuje się wywiad. Czułam się, proszę wybaczyć Pani Kasiu, jakbym to ja rozmawiała z Panem Wojtkiem. Momentami łapałam się na tym, że faktycznie takie same pytanie bym zadała, tak samo próbowałabym doprecyzować wypowiedź, tak samo „wyciągnąć” coś z tego człowieka. Bądź co bądź potrafi unikać jednoznacznych odpowiedzi. Książka jednak obfituje w sekreciki, nowości. Kompletnie nie wiedziałam, że Panu Wojtkowi zdarzyło się być autorem piosenek i to z powodzeniem!!! Nie miałam wiedzy, że chciałby wyglądać jak Gregory Peck. Jak sam mówi: „(…) Nie był ani laluś, ani lizus, był po prostu gość”. Kompletną nowością dla mnie były przygody Manna z czasów studenckich. Tu zadrżał w posadach trochę jego obraz, który sobie wykreowałam przez tyle lat. Byłam pewna, że tak światły umysł podążał ścieżkami edukacji wytrwale kończąc przed czasem i to z ogromnym sukcesem.

Nie tylko „Po prostu Mann, Wojciech Mann”

Wbrew obietnicy wydawcy „Głos” nie jest tylko o Mannie. Dla mnie „Głos” jest o innej rzeczywistości. O rzeczywistości lwowskiej, o tym co zostało utracone i już nigdy nieodzyskane. O tym, jak kiedyś wyglądała rzeczywistość. O rzeczywistości powojennej, ruinach Warszawy, w których bawił się mały Wojtek. O rzeczywistości komunistycznej. Okazuje się, że nie dla wszystkich była tak bardzo szara. Udało się czasem i wyjechać za granicę. Zwiedzić w tym okresie obce kraje. Ja czułam się obco w Londynie w roku 2018. Nie mogę sobie wyobrazić jakie to było uczucie być tam u schyłku lat sześćdziesiątych. O przyjaźni, o przyjaciołach. Nie tylko ze znanymi ludźmi, chociaż i tych nie brakuje. O więziach, które wytrwały lata, o więziach, które przetrwały. O ojcostwie, o dzieciach. O tym, że to co już minęło, nigdy nie powróci. Ta nostalgia powraca w wielu miejscach. Sama zaczęłam żałować, zainspirowana wypowiedziami Pana Wojtka, że nie zapytałam moich dziadków o wiele spraw. Niestety, też tego nie jestem w stanie nadrobić. Mogłabym wymieniać i wymieniać. Jeszcze tylko napomknę, że to książka o uniwersalnych wartościach. Wartościach chylących się ku upadkowi. Momentami prawie niezauważalnymi w niektórych środowiskach.

Rozmowa z bardzo inteligentnym i wszechstronnym człowiekiem to rzadkość. Prawdziwie rzadkość. Chcecie z kimś takim porozmawiać? To tak książka jest dla Was.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU ZNAK.

Recenzja przedpremierowa – „Mala M” Paulina Świst, Lilka Płonka

MALA M

  • Autor: Paulina Świst, Lilka Płonka
  • Wydawnictwo:AKURAT
  • Liczba stron:319
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena:6/10

Szczególnie po emocjonującym thrillerze psychologicznym lub niepowierzchownym kryminale lubię wracać do sprawdzonych książek, które są dla mnie gwarancją udanej rozrywki. Do takich zaliczam książki Pauliny Świst, której premiera również w najbliższą środę, a więc 14 kwietnia.

 Paulinę Świst, a raczej autorkę, która ukrywa się pod tym pseudonimem znam z jej wszystkich książek (przypomnę chociażby recenzję: Komisarz). Lilkę Płonkę kojarzę tylko z jej adwokackich zdolności, które były składową fabuły w książkach Świst. Skąd nagle się wzięła na okładce tej książki? A to już sekret wydawcy. Czy udał się ten zabieg? Ile Pauliny Świst będzie w najnowszej Paulinie Świst? Czy styl trochę złagodnieje, a fabuła nabierze głębi? Ja już odpowiedzi na te pytania znam, a Wy?

100% Pauliny Świst

Nie było zaskoczenia. Fabuła typowo paulinoświstowa. Atrakcyjna kobieta – Malwina – inteligentna, rządna wrażeń, samodzielna poznaje w pewnym momencie samca alfę, a nawet dwóch. Przystojnych, inteligentnych, silnych, dowcipnych, kiedy trzeba i co najważniejsze, bogów seksu, chociaż autorka potwierdziła ten fakt tylko w przypadku jednego z niech. Doznania z nowopoznanym nie mogą równać się z jej wszystkimi dotychczasowymi doznaniami razem wziętymi. Piotr i Paweł, którego wybierze? W wyborach Malę wspiera jej najlepsza przyjaciółka, adwokatka karna, Zuza. Zuza trwająca z pozoru w idealnym związku z Zenkiem, również znanym warszawskim adwokatem. Zuza, sama się zastanawia, którego Mala wybierze. Piotra czy Pawła?

Sprawdzone schematy

Książka jest kolejnym dowodem, że w tematyce prawniczej i spawach karnych autorka, lub raczej powinnam napisać autorki, czują się jak „ryby w wodzie”. Mamy więc w powieści trochę gangsterki, nieczystych prawniczych zagrywek, przystojnych cebeesiów i szybkich pościgów drogimi autami. Wątków, o których czytaliśmy już w „Prokuratorze”, „Komisarzu”, czy „Podejrzanym”. Bardzo podoba mi się relacja opisana między przyjaciółkami w książce. Mimo tego, że Zuzka jest aktywną Panią Mecenas znajduje czas dla Mali pracującej jako wolny strzelec. Sama Mala jako bohaterka jest bardzo ciekawa. Ma problem z alkoholem, potrafi jednak stosować autokrytykę i to w bardzo dowcipny sposób. Jest to ogromna wartość dodana tej książki. Pojawił się oczywiście w książce wątek śląski. To dobrze, bo za tym zapewne bym tęskniła.Akcja również jest osadzona w znanym mi miejscach. To na pewno zwiększyło pozytywny odbiór książki. Jest i wątek bardzo dużego skansenu w podkieleckiej Tokarni (chociaż chyba nazwa miejscowości nie padła), wypad do Zakopanego (oj, uwielbiam takie wypady z przyjaciółką), czy najwyższa śląska hałda. Ogromnym plusem powieści „Mala M” są błyskotliwe dialogi, cięte riposty i inteligentne kwestie. Szkoda tylko, że jak zwykle te piękne i seksowne usteczka głównych bohaterek okalają przekleństwa. Nie jestem nim przeciwna. Po prostu, po tej pozycji spodziewałam się trochę czegoś innego. Bądź co bądź została napisana przez nowy duet autorski. Autorki puściły w stronę czytelnika oczko wplatając w fabułę wątek projektowania przez Malę okładki do książki erotycznej. Okazuje się, że z perspektywy Mali również na okładkach powielane są nudne schematy. Bardzo dowcipnie to obie Panie opisały w powieści. A propos okładki. Podoba Wam się ta? Mnie kompletnie nie. Jest taka przewidywalna. A dodatkowo modelka przypomina mi jedną z najbardziej wybitnych polskich piosenkarek, Justynę Steczkowską. A Steczkowską zdecydowanie bardziej wolę oglądać na scenie. Przyznaję, zmyliła mnie ta Lilka Płonka jako współautorka, oj zmyliła. Rozbudziła we mnie ogromne wymagania i rozbuchała moje oczekiwania. Liczyłam, że wprowadzenie współautorki wniesie do książki nową jakość. Liczyłam, że ta książka nie będzie taka oczywista, nie będzie taka…jak poprzednie. Liczyłam, że ta książka nie powieli dotychczasowego schematu. Schematu owszem, który się sprawdzał dla kogoś, kto liczy na lekturę, przyjemną, z kategorii tych „grzesznych”. Lubię, jak autor potrafi mnie zaskoczyć, tym bardziej, że do współpracy zaprosił kogoś nowego. Takie duety zwykle obfitują w nowe konstrukcje, nowe fabuły, nowe spojrzenie na otaczający nas świat. Ja niestety się przeliczyłam. Nie odnalazłam w książce świeżości. Za mało jednak w niej Lilki Płonki. Chyba że…obie autorki są tak do siebie podobne. Trudno się tego dowiedzieć z krótkiej notki biograficznej. Czyż nie? A to jest całkiem możliwe. Podobno, podobieństwa się przyciągają. Nie mogę winić autorek. Nie powinnam. Winię tylko siebie. Winię to, że spodziewałam się kompletnie czegoś innego, czegoś nowatorskiego. A dostałam kawał dobrej rozrywki. Czasem jest to aż tylko, czasem po prostu tylko tyle. Wszystko zależy od tego, jakie są nasze oczekiwania i czego się spodziewamy.

Niemniej książkę czyta się bardzo, ale to bardzo przyjemnie, mimo płytkiej i sprawdzonej fabuły. To idealna książka na odstresowanie. Idealna książka na spędzenie paru godzin w doborowym towarzystwie. W towarzystwie adwokatki Zuzanny, specjalistki z prawa karnego oraz jej przyjaciółki Malwiny. No i oczywiście, w towarzystwie przystojnych, dobrze zbudowanych i hojnie obdarzonych przez naturę, jak to u Świst zwykle bywa, mężczyzn.

Ps. a może tak powieść z nie tak idealną parą, która również jest ciekawa, inteligentna, dowcipna i czerpie przyjemność z seksu w tak nieidealnych ciałach? To dopiero byłoby zaskoczenie.

Za możliwość przeczytania przedpremierowo książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Akurat.

Recenzja przedpremierowa – „Idealna rodzina” Lisa Jewell

IDEALNA RODZINA

  • Autor: LISA JEWELL
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:368
  • Data premiery: 14.04.2021r.
  • Moja ocena:10/10

Już pisałam o złotym dniu premier kwietniowych. Nie pamiętacie? To 14 kwietnia. Co jest w tym dniu wyjątkowego? Serio, nie nabijam się. 14 kwiecień to przecież kolejna środa. Nie ogarnęłam tego. Ktoś pomoże? Zrecenzowałam już 3 książki, które będą miały premierę w tym dniu. Przed Wami następna. Jest to kolejny, bardzo dobry, wręcz w mej opinii wybitny thriller psychologiczny od wydawnictwa Czwarta Strona.

Nie ogarnęłam również co jest z tymi Brytyjczykami, że piszą tak mroczne thrillery. Czy to wychowanie? Czy to wstrzemięźliwość w relacjach międzyludzkich? Czy to mglista i deszczowa pogoda? Coś musi być w powietrzu, że Wyspy Brytyjskie są mekką tak płodnych i zdolnych autorów thrillerów. Lisa Jewell jest kolejną brytyjską autorką, która ma sporą bibliografię (źródło: http://www.lisa-jewell.co.uk/about-lisa/ ). Niestety dotychczas nie miałam styczności z jej twórczością. Czy słusznie? Czy mam czego żałować? Czy będę musiała nadrabiać zaległości?

Idealna rodzina, czy takie istnieją?

Opis wydawcy jest intrygujący. Zacytuję: „Jeden dom. Dwie rodziny. Trzy ciała”. Nieźle się zaczyna, co? To historia jakiej nie zna świat. Jeśli kiedykolwiek coś podobnego się wydarzyło, to zapewne nie ujrzało światła dziennego. Sprawdźcie. W bogatym domu, w londyńskim Chelsea mieszka Henry Lamb z niezwykle piękną żoną Martiną oraz dwójką uroczych rozpieszczonych dzieci, synem i córką. Niczego rodzinie Lambów nie brakuje. Mają mnóstwo odziedziczonych pieniędzy, równie bogatych znajomych, prywatne szkoły, co tydzień dostarczane świeże kwiaty, dzieła sztuki wiszące na ścianach a przede wszystkim mają siebie, tylko siebie. Do czasu…. Znudzona Martina zaprasza pod swój dach muzyków Justina i Birdie. Birdie zaś zaprasza rodzinę Thomsenów, Davida i Sally z dwójką dzieci Clemency oraz Phineasem. Wszyscy goście zostają w domu Lambów na dłużej. Rzec by można za długo. Zdecydowanie za długo. Najpierw w dotychczas bogatym domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować pieniędzy, nie odwiedzają Lambów już bogaci znajomi, dzieci przestają chodzić do prywatnych szkół, nikt już nie dostarcza świeżych kwiatów, ściany świecą pustkami. W domu, w londyńskim Chelsea zaczyna brakować wszystkiego a przede wszystkim zaczyna brakować wolności.

Trzej narratorzy jak trzej muszkieterowie

Powieść jest fenomenem głównie z dwóch powodów. Po pierwsze historia jest genialna. Naprawdę genialna. Zaskakująca, niepokojąca, mroczna. Może nie należę do tych recenzentów, którzy wszystko czytali, wszystko ocenili i mają bardzo wysublimowane wymagania. Generalnie popieram zdanie autorki, że nie ma złych książek.

(…) To zupełnie co innego. Jedyne złe książki to takie, które napisano tak fatalnie, że nikt nie chce ich wydać. Każda książka, która została wydana, jest dla kogoś „dobrą książką”.

„Idealna rodzina” Autorka: Lisa Jewell

Dla mnie „Idealna rodzina” jest bardzo dobrą książką, wręcz rewelacyjną, zastanawiającą, nieodkładalną. Po drugie mamy trzech narratorów. Narracja dość, że pisana jest z poziomu Libby, Lucy i Henrego, to jeszcze pisana jest w różnych osobach. Każdy z narratorów jest głównym bohaterem swej opowieści, swej historii. Każdy z nich ma na nią inny pogląd. Każdy z nich inaczej przeżywał wydarzenia. Każdemu z nich wydawało się coś innego. Dla każdego z nich ważne było coś innego, coś innego się liczyło, by przeżyć. Dwójka narratorów opisuje aktualne wydarzenia. Wydarzenia, które w efekcie doprowadzą do finału, do konfrontacji w zakończeniu książki. Ta narracja prowadzona jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Trzeci narrator mówi do nas w pierwszej osobie liczby pojedynczej jednocześnie częściowo relacjonując wydarzenia z przeszłości, które miały miejsce od 1988 do 1993. Autorka oddzieliła retrospekcje trzeciego narratora od jego teraźniejszych relacji dodając do kolejnego numeru rozdziału miejsce akcji i rok przykładowo: Chelsea, 1988. Jest to wręcz fenomenalny zabieg. Ci narratorzy to: Libby Jones, która po swoich 25 urodzinach zostaje spadkobierczynią tego, do pewnego bogatego domu w londyńskim Chelsea.  Sama nie wie dlaczego. Sama musi to odkryć poznając historię sprzed dwudziestu pięciu lat, która rozpoczęła się dużo wcześniej, wiele lat wcześniej zanim policja znalazła w nim „zdrową dziesięciomiesięczną dziewczynkę, gaworzącą radośnie w kołysce”. Podczas gdy, „w kuchni na dole leżały zaś trzy martwe ciała, wszystkie ubrane w czerń”. Lucy Lou – „(…) prawie czterdzieści lat na karku. Bezdomna. Samotna. Bez grosza przy duszy. Nawet nie jest tą, za która się podaje. Imię też ma fałszywe. Jest duchem. Żywym, oddychającym duchem”. Henry – który w pewnym momencie zrozumiał, że „(…) jedynym sposobem, by jakkolwiek zorientować się w sytuacji, było słuchanie rozmów kobiet. Każdy, kto ignoruje takie gadanie, jest znacząco uboższy w wiedzę”. Henry, który starał się rozeznać w sytuacji. Nie akceptując tak naprawdę, co się działo w jego własnym domu.

Ogromne emocje

W thrillerze psychologicznym emocji obawiam się najbardziej. Czasem na wyrost. Czasem całkowicie słusznie. Tak było tym razem. Obawy okazały się całkowicie uzasadnione.  Niepokojący opis wydawcy to nic z rzeczywistością książki. To nic w porównaniu z jej wnętrzem. Mrocznym, szokującym i dającym do myślenia wnętrzem. Treść jest spójna. Wydarzenia, mimo że się przeplatają wzajemnie nie wprowadzają żadnego chaosu. Momentami miałam wrażenie, że mieszkam w tym dużym, do pewnego momentu bogatym domu, dusznym i złowrogim. Dla mnie wrażeń było aż nadto. Hermetyczne środowisko. Dzieci, odarte z dzieciństwa i niewinności, niczemu nie winne. Pasywni sąsiedzi, dotychczasowi znajomi. Nie interesująca się dziećmi opieka społeczna. Dominujący „Pan i Władca”. Jedyny w swym mniemaniu, wyjątkowy. Okalający się kobietami, roszczący sobie do nich prawo. Ci, którzy odeszli i nie podjęli walki o tych, którzy zostali.  Wreszcie te pokoje, z zamkami zamykającymi się od zewnątrz. Tylko od zewnątrz. I te pytania, na które w różny sposób udzielałam sobie odpowiedzi: Co powoduje, że dorośli ludzie, ludzie sukcesu, godzą się na takie zmiany w swoim życiu, na takie niszczycielskie zmiany? Co powoduje, że dorośli ludzie nie widzą męczeństwa własnych dzieci? Cierpienie, nuda, ślepe zakochanie, poddanie się charyzmie, masochizm? Czytajcie, a sami sobie odpowiecie. Choć, jak to w bardzo dobrym thrillerze psychologicznym bywa, nie wszystko jest takie oczywiste i jednoznaczne. Nie każde pytanie ma tylko jedną odpowiedź. Oj nie.

Za możliwość recenzji przedpremierowo książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Dopasowani” John Marrs

DOPASOWANI

  • Autor:JOHN MARRS
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Liczba stron:320
  • Data premiery:11.10.2017r.
  • Moja ocena:8/10

Książka „Dopasowani” dostępna jest na rynku wydawniczym od 2017 roku. Wydawnictwo Książnica przy okazji premiery serialu na platformie Netflix, przypomniało mi o tej pozycji. 8 odcinkowy serial już jest dostępny od 12 marca, książka dużo wcześniej. Ja serialu nie planowałam oglądać, póki nie zapoznałam się z pierwowzorem. Nie żałuję tej decyzji. Teraz spokojnie mogę pooglądać wariacje scenarzystów i reżyserów serialowych. Już wiem, co autor miał na myśli.

Autor – brytyjski pisarz i dziennikarz – nie ukrywam, z którym mam przyjemność po raz pierwszy. Jak sam o sobie mówi: „W rzeczywistości jest całkiem sympatyczną osobą, tylko jego wyobraźnia może być okrutna… ” (źródło: „Elle”). Z opublikowanego wywiadu dowiedziałam się, że nie brał udziału w produkcji serialu i jest autorem wysoko ocenianej „Co się skrywa między nami?”, którą koniecznie muszę przeczytać. Teraz już wiem, że ją muuuuszę przeczytać.

Jak daleko się posuniesz, by znaleźć miłość? – pyta Wydawca.

W opisie wydawniczym zawarto takie pytanie. Odpowiedź wydaje się dziecinnie prosta. Oczywiście, jesteśmy w stanie posunąć się naprawdę daleko, by znaleźć miłość. Ale czy do tego, by rzucić dotychczasowego partnera? Czy, mimo naszej orientacji heteroseksualnej spróbować związku homoseksualnego? Czy do samotnego rodzicielstwa z nieznanym nam osobiście dawcą spermy, który według algorytmu jest naszą „drugą połówką”? Takich pytań można konstruować wiele. Nie zawsze odpowiedzi są oczywiste.

Książka skonstruowana jest z krótkich rozdziałów zatytułowanych imionami bohaterów. Śledzimy losy „dopasowanych” z perspektywy złączonych par na portalu www.znajdzswojadrugapolowke.com. Obserwujemy więc niezwykle bogatą naukowiec Elie z Timem, Nicka z Alexem (podobno oboje nie są homoseksualni), Mandy z Richardem, Jade z Kevinem, Amy z Christopherem. Każdy z bohaterów ma swoją historię. Każdy z nich zarejestrował się na portalu z innych pobudek. Każdemu z nich aplikacja wskazała bliźniaka genetycznego. Każdy z nich postanowił się z nim spotkać. Czy każdemu z nich uda się stworzyć satysfakcjonujący związek? To jest pytanie, na które musicie sami sobie odpowiedzieć.

Gdyby tylko taki gen istniał…

Cudownie byłoby wiedzieć, że taki gen został odkryty. Jeden gen, który w prawie 100% potwierdza nasze dopasowanie z inną osobą. Moglibyśmy tą osobę poszukać. Moglibyśmy ją znaleźć i jeśli wierzyć, autorowi, moglibyśmy od razu w ciągu 48 godzin coś do niej poczuć, się nią zauroczyć, zwykle z wzajemnością. A potem mogłoby być tylko lepiej. Chociaż…. Ile dotychczasowych związków rozpadłoby się. Przecież decyzja może być tylko jedna, jeśli dowiedziałabym się o mojej „drugiej połówce” musiałabym ją znaleźć i spróbować z nią stworzyć związek. Ilu patologicznych, przemocowych partnerów znalazłoby swoje połówki.  To nie skończyłoby się dobrze. Przecież w pewnym momencie natura musiałaby wygrać. Ilu morderców mogłoby rozpocząć swoje związki. Skąd aplikacja może wiedzieć, czy jakiś Kevin, Mark, Amy, Mandy itd. to nie mordercy, nie morderczynie, nie gwałciciele, nie porywacze? Tego ze śliny nie można wyczytać. A to tym bardziej nie skończyłoby się dobrze. Thriller czyta się bardzo szybko. Wydarzenia następują jedno po drugim. Zachwycił mnie sam pomysł, gen dopasowujący w pary. Naprawdę nowatorskie spojrzenie na związki. Wokół tej koncepcji John Marrs stworzył świetną fabułę z bardzo interesującymi bohaterami. Każdy jest inny, każdy ma coś za uszami, każdy jest niepowtarzalny. Jak niepowtarzalne są geny.

Autor potrafił mnie zaskoczyć. A to cenię sobie w thrillerach najbardziej. Nie jest to jednak typowa książka tego gatunku.  Mimo to, naprawdę warto ją przeczytać. Z podobną, tak dobrze rozpisaną opowieścią możecie się już nie spotkać. Zapewniam, to nie jest idylliczna opowieść o szczęśliwych parach.  

Za możliwość recenzji książki dziękuję WYDAWNNICTWU KSIĄŻNICA

.

Recenzja przedpremierowa – „Zmora” Robert Małecki

ZMORA

  • Autor:ROBERT MAŁECKI
  • Wydawnictwo: CZWARTA STRONA
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:14.04.2021r.
  • Moja ocena:9/10

Jest na świecie jeden zapach, który niczym nie potrafię zastąpić. Jest to zapach nowo wydanych książek. Wiele razy zanim zacznę czytać nowe literackie dzieło, kartkuję strony pozwalając by wachlowany zapach docierał do moich nozdrzy. Kto jeszcze lub ten zapach? Dajcie znać. Tym razem zrobiłam podobnie. W czwartek chwaliłam się przesyłką od Wydawnictwa Czwarta Strona, nowej książki Roberta Małeckiego „Zadra”, a już w sobotę wzięłam się do czytania. Oczywiście, przed zerknięciem na pierwszą stronę, musiałam wchłonąć jej zapach. Jak zwykle. Zapach był cudowny. Czy książka okazała się taka sama? Czy wciągnęła mnie, jak wciągnął mnie jej zapach?

„(…) współcześnie świat wartości nie ma szans ze światem materialnym? Etyką się nie wyżywisz, nie zapłacisz rachunków. A dobrym apartamentem albo samochodem, zwitkiem setek w portfelu wkurwisz wszystkich, rodzinę i znajomych, biednych, ale przede wszystkim zazdrosnych bogatych.”.

„Zmora” Robert Małecki

Dzieła Roberta Małeckiego recenzowałam już nie raz. Przeczytałam wszystkie tomy serii z Bernardem Grossem (moje recenzje: Wada,  Zadra) oraz ostatnio wydaną „Żałobnicę” (link do recenzji: Żałobnica). Muszę już na początku odpowiedzieć autorowi, który życzył mi „udanej lektury”, że napisał Pan, Panie Małecki kawał dobrej powieści, kawał dobrego kryminału. Lektura, co oczywiste, była więc bardzo,  bar dzo udana. Ale po kolei….

Każdy z nas ma jakieś zmory

Pomyślałam od razu jak przeczytałam tytuł książki. Każdemu z nas po zamknięciu powiek pewne obrazy, wydarzenia, myśli, lęki nie pozwalają zasnąć. Ważne jest, by sobie z nimi radzić, by starać się je zwalczyć. To próbuje robić od wielu, wielu lat Kama Kosowska. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Kiedy ją poznajemy wraca właśnie do rodzinnego Torunia, po nieudanej próbie zdobycia dziennikarskiego świata w stolicy. Czeka na nią ojciec, emerytowany policjant Waldemar Kosowski i nie zamknięte od lat śledztwo w sprawie zaginięcia jej kolegi z dziecińska, Piotrka Janochy. Za wielkie pieniądze ma uczestniczyć w tworzeniu serialu o znanych zaginięciach dla platformy Netflix. Komu najbardziej zależało, by Kama wzięła w tej inicjatywie udział? Jej przyjacielowi Arminowi Miteckiemu? Pawłowi Hałasowi producentowi filmowemu? Czy może jej najbliższej przyjaciółce, Aldonie Terleckiej naczelnej lokalnego dziennika „Echo Torunia”? Wszystko przestaje być oczywiste i proste, gdy Kama dowiaduje się, że komisarz Lesław Korcz z policyjnego Archiwum X wznawia śledztwo w sprawie zaginięcia Pawła, które kiedyś prowadził jej ojciec. Co tak naprawdę wydarzyło się latem 1986? Co z tymi wydarzeniami ma wspólnego jej ojciec, jej matka, której nigdy tak naprawdę nie znała? Co odkryje razem z Korczem?

Czy to kolejna udana para śledczych?

Nie daje mi to spokoju. Po lekturze książki zastanawiam się, czy mamy oto do czynienia z narodzinami nowej pary śledczych Kamy Kosowskiej i komisarza Lesława Korcza? Na to autor w posłowiu i w podziękowaniach nie odpowiedział. Liczę jednak, że tak. Liczę, że będzie mi dane jeszcze śledzić losy tej pary. Dlaczego? Dlatego, że Małecki stworzył nowego bohatera wśród komisarzy policji, Lesława (co za obłędne imię ). Zdolnego, inteligentnego, skutecznego. Bohatera, który wierzy głęboko, że nawet przedawnione zbrodnie powinny być wyjaśnione i odkryte. Stworzył również bohaterkę na miarę XXI. Walczącą z demonami Kamę, żyjącą w przeświadczeniu, że jej matka zmarła, gdy miała trzy lata. Borykająca się z problemami osobistymi, które nie przeszkadzają zająć się jej zaginięciem kolegi z dzieciństwa. Odkrywająca kolejne warstwy kłamstw, sekretów, by w efekcie odnaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Jej doświadczenia, blizny, trudne wspomnienia nie cofają ją o krok. Wręcz przeciwnie, Kama ciągle prze naprzód, do celu, do rozwiązania sekretu. Akcja toczy się dwutorowo. Teraźniejszość widzimy oczami Kamy i Korcza, tak też zatytułowane są kolejne rozdziały. Przeszłość autor ulokował w roku 1986. W roku, w którym zaginął Paweł Janocha. Wydarzenia z lata tego roku opisane zostały z perspektywy kilkuletniej dziewczynki. Dziewczynki, która wszystko widzi, ale niczego nie rozumie. Dziewczynki, która niby nienawidzi Pawła, ale tak naprawdę momentami stara się mu pomóc. Dziewczynki, która próbuje odnaleźć się w rzeczywistości chłopców biegających po okolicy. Dziewczynki, półsieroty, dla której każda uwaga matek kolegów jest na wagę złota. Dziewczynki, która kiedyś dorośnie i by znaleźć odpowiedzi na zajmujące ją zagadnienia, będzie musiała do krwi rozdrapywać blizny. Blizny, których ma wiele. Bardzo dobrze, jak to u Małeckiego, zostały opisane relacje pomiędzy bohaterami, również drugoplanowymi. Pewne wątki, które wydawały się ważne okazały się nieistotne. Zakończenie zaskakujące. Ostatnie rozdziały zwaliły mnie z nóg. Nic nie okazało się takie, jak było na początku. Czy to idealny przepis na udaną intrygę kryminalną? Moim zdaniem, jak najbardziej. Jeśli do tego dorzucicie ciekawe dialogi, zwięzłe opisy, interesujące osadzenie w miejscu i czasie to mamy już praktycznie bestseller.

Z całą pewnością mogę powiedzieć, że jest to najlepsza książka Roberta Małeckiego, którą do tej pory czytałam. Jak inaczej mam ocenić książkę, od której nie oderwałam się, póki nie przeczytałam podziękowań? Tylko w taki sposób. Jestem nią oczarowana i śmiało mogę ją polecić. Oczekujcie premiery z niecierpliwością, to już 14 kwietnia❗❗❗

Za możliwość recenzji książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

„Podróż za horyzont” Sabina Waszut

PODRÓŻ ZA HORYZONT

  • Autor:SABINA WASZUT
  • Wydawnictwo:KSIĄŻNICA
  • Seria: EMIGRANCI. TOM 1
  • Liczba stron:296
  • Data premiery:10.03.2021r.
  • Moja ocena:6/10

 Z Sabiną Waszut spotkałam się przy okazji „Narzeczonej z getta” ocenionej przeze mnie wysoko (moja ocena 8/10, a całą recenzję znajdziecie tu: Narzeczona z getta) oraz cyklu opowiadań „Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny” (recenzja tutaj: Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny). Z niecierpliwością czekałam na „zabranie” się za pierwszą część nowego cyklu „Emigranci”. Czy słusznie nie mogłam się doczekać? Sprawdźcie sami.

Wsiąść do pociągu byle jakiego” – (Maryla Rodowicz „Remedium”)

Dobrze starzy ludzie mówią, że trzeba na znaki patrzeć, bo one los człowieka potrafią przewidzieć i ostrzec, aby na złą drogę nie wchodził”.

„Podróż za horyzont Sabina Waszut

Wielokrotnie zastanawiałam się czy potrafiłabym rzucić wszystko i zacząć od nowa gdzieś, gdzie mnie oczy poniosą. Już raz tak zrobiłam przeprowadzając się z rodziną do stolicy. Nie jechałam jednak w nieznane. Wielokrotnie przed przeprowadzką w nowym miejscu byłam, oswajałam się. Zmieniłam tylko miasto. A co by było, gdybym musiała zmienić kraj, a tym samym klimat i kulturę? Poznawać na nowo tradycje i obyczaje? Co by było…. Niektórzy się o tym przekonali na własnej skórze. Jak to jest, udać się do odległego kraju, zaczynać wszystko od nowa będąc na czyjejś łasce. To rodzina Gajdów z Galicji, z początków ubiegłego wieku. Mamiona wyobrażenia relacjonowanymi przez werbistów, w tym osoby piastujące zawody zaufania publicznego, jak księża, nauczyciele, zdecydowała się porzucić podbocheńską wieś i udać się do Brazylii. Brazylii, której nazwy nawet prawidłowo nie umieli wypowiedzieć. Włodek i Hanna z trójką dzieci, Jurą, Marysią i Zenkiem wyruszyli w kilkudziesięciodniową podróż do ziemi obiecanej. Ziemi, mlekiem i miodem płynącą. Ziemi, gdzie finalnie dostali skrawek buszu, który musieli wpierw wykarczować. Najważniejszy w powieści nie okazał się jednak cel podróży. Najważniejsza okazała się sama podróż. Losy emigrantów. Losy wszystkich, których Gajdowie spotkali po drodze. Postaci szabrowników, współpasażerów, werbistów, złodziei i dobrych ludzi, pomagających w potrzebie. Mimo, że wszyscy przeżyli długą podróż, co nie było oczywiste, nie zaznali szczęścia. Po przyjeździe do Brazylii czekała na nich bieda, epidemia tyfusu i wielki, wielki smutek.

(…) w taką podróż chcę wyruszyć, tylko czy kiedyś się odważę?” – (Maryla Rodowicz „Remedium”)

Jak sama autorka pisze w „Do czytelnika” inspiracją do książki byli współcześni emigranci. Do Niemiec z lat osiemdziesiątych, do Wielkiej Brytanii z lat dwutysięcznych. Polacy porzucający swój własny kraj, by szukać lepszego życia. Ja wiem, że w taką podróż nie chciałabym wyruszyć, raczej się nigdy nie odważę. Nie zawsze na końcu znajduje się kociołek złota, jak na końcu tęczy. Autorka odzwierciedliła wiernie trudne losy polskich emigrantów, niepiśmiennych, zdanych na los innych, nawet tych, co chcą ich wykorzystać. Bardzo dobrze odzwierciedliła ówczesną Galicję i relacje w niej panujące. Wartością dodaną jest postać ks. Karola Dworaczka, prawdziwego bytomskiego duszpasterza, który pełnił posługę kapłańską w dalekiej Brazylii. Czy ks. Karol Dworaczek był taki jak opisany w powieści? Nie mam pewności. Wierzę, że był dobrym człowiekiem. Jakich ostatecznie Gajdowie spotkali wielu.

To książka o poszukiwaniu sensu życia, zaczynaniu na nowo. To książka o trudnych losach, niespełnionych marzeniach i troskach. Książka smutna, nostalgiczna. Momentami przepełniona nadzieją, ogromną nadzieją, że wszystko będzie dobrze, że może być tylko lepiej.  

Lubię książki historyczne. W tej, zabrakło mi trochę polotu, dynamiczności. Momentami snułam się wzrokiem po kolejnych stronach książki, nie mogąc się doczekać kolejnej strony, licząc, że wydarzenia będą bardziej ciekawe. Jest to jednak powieść spójna i mocno realistyczna. Dla wszystkich marzycieli, dla wszystkich emigrantów, dla wszystkich wielbicieli pióra Sabiny Waszut.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WYDAWNICTWU KSIĄŻNICA.

„Dwadzieścia lat ciszy” Przemysław Wilczyński

DWADZIEŚCIA LAT CISZY

  • Autor:PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI
  • Wydawnictwo:AKURAT
  • Liczba stron:448
  • Data premiery:20.02.2021r.
  • Moja ocena:7/10

Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Przyznam się, że bardzo pozytywnie kojarzy mi się nazwisko autora. Kojarzy mi się bowiem, ze świetnie wykreowaną postacią literacką Brunonem Wilczyńskim z serii Izabeli Janiszewskiej (przypominam przedpremierową recenzję książki Amok – premiera 2021-04-14 oraz poprzednie części Wrzask i Histeria). Samego autora kojarzyłam z nagrodzonym wywiadem prasowym ze śp. księdzem Janem Kaczkowskim. Wywiadem, po którym na moje życie spojrzałam inaczej, lekko je przewartościowując. Nagle, coś innego nabiera sensu. Z notki biograficznej dowiedziałam się, że to dziennikarz i publicysta „Tygodnika Powszechnego”, specjalizujący się w tematyce społecznej i edukacyjnej (źródło: https://lubimyczytac.pl/autor/101124/przemyslaw-wilczynski ). Czego można się spodziewać po dziennikarzu „Tygodnika Powszechnego” w nowym dla niego gatunku literackim, horrorze, thrillerze? Mam nadzieję, że dowiecie się z tej recenzji.

Ciekawy pomysł na fabułę

Jak byłam młodsza bałam się czarnej wołgi, która jeździła po mieście i porywała dzieci. Pamiętacie? Historia rozpowszechniana po wojnie w naszym kraju. Bardzo dobrze miała się jeszcze w latach osiemdziesiątych. W latach mego dorastania. Możliwe, że ta legenda powtarzana w komunistycznej Polsce stała się inspiracją dla treści opisanej w książce. Fabuła kręci się wokół czarnej furgonetki. Czarnej jak smoła, bez żadnego chromu. Furgonetki, która powraca po 20 latach w okolice Raciborza. W tym samym czasie zaczynają znowu ginąć kilkuletnie dzieci. Wilczyński opisał historię z perspektywy czwórki bohaterów.

Bogna – matka, która od dwóch dekad próbuje odnaleźć swoją córkę, Anastazję. Wierzy, że Anastazja została porwana, gdyż w okolicy była widziana czarna furgonetka. Nie dziw, że Bogna wierzy, że pojawienie się furgonetki po tylu latach nie jest przypadkowa. Dla niej to oczywiste, że będą ginąć kolejne dzieci. Bogna – matka, była żona, która „Nie wierzyła, że córka nie żyje (…). Matki czują takie rzeczy, matki dobrze wiedzą, czy ich bliscy ciągle chodzą po tym świecie, czy już dawno odeszli.” Bardzo spodobała mi się ta bohaterka. Zdeterminowana, potrafiąca dostać się osobiście przed oblicze komendanta miejskiej policji. Potrafiąca wymusić działania policji. Sama ścigająca swoim fiatem punto czarną furgonetkę. Czarną jak smoła.

Hubert – wysportowany, bezdomny, potrafiący stanąć w obronie niewinnych, były wojskowy, mający za sobą przeszłość kryminalną.  Przypadkowo Hubert spotyka czarną furgonetkę, która parkuje koło pustostanu, w którym mieszka. Pamięta wydarzenia sprzed lat. Wie, że furgonetka nie pojawia się przypadkowo. Gdy nie udaje mu się ją złapać, postanawia dowiedzieć się, czy furgonetka coś ma wspólnego z zaginięciami dzieci. Wspólnie z Bogną rozpoczyna pościg za furgonetką. Czarną jak smoła.

Nikodem „Niko” – nastoletni chłopiec z tak zwanego dobrego, bogatego domu. Domu, w którym dominuje agresywny, przemocowy ojciec. Domu, w którym matka ma problem alkoholowy. Domu, w którym Niko jest praktycznie sam. Sam przeciwko całemu światu. Jedyny jego przyjaciel Igor zostaje uprowadzony przez furgonetkę. Czarną jak smoła.  

Blacha – były pacjent szpitala psychiatrycznego, z którego uciekł. Blacha słyszący głosy. Blacha nierozstający się ze swoim plecakiem, w którym nosi młotek. Blacha, jedyny nie obawiający się furgonetki. Czarnej jak smoła.

Nietypowe zakończenie

Faktycznie, zakończenie mnie zaskoczyło. Raczej spodziewałam się typowego finału. Mordercy z krwi i kości. Przyznajcie jednak sami. Nawet jeśli zakończenie odstaje od moich wyobrażeń, nie mogę za to karać niską oceną autora. Przecież to jego książka, jego pomysł, jego inwencja twórcza. Nie moja. Moją rolą jest tylko je przeczytać. Mam taką refleksję, zakończenie zgodne z moimi oczekiwaniami nie powinno być determinantą dobrej książki. O nie! Mi książka się podobała. Czytałam ją ekspresowo. Widocznie styl pisania autora bardzo przypadł mi do gustu. Nie ma w książce zbędnych opisów, długich rozmyślań. Jest akcja. Akcja, która może nie prowadzi do szybkiego zakończenia amatorskiego śledztwa, jednak toczy się swoim tempem i bynajmniej nie jest to żółwie tempo. Wątki poboczne są związane z podstawową treścią. Fabuła była mroczna, tajemnicza, może nie na miarę horroru, lecz jednak bardzo ciekawa.

Kto pamięta legendę o czarnej wołdze? Nie pamiętacie? Nic straconego. Łapcie szybko książkę w ręce i zaczytujcie się w historii nie z tego świata.

 Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU AKURAT.

„Barwy Mazur” Małgorzata Manelska

BARWY MAZUR

  • Autor:MAŁGORZATA MANELSKA
  • Wydawnictwo: WasPos
  • Seria: ZAPACH MAZUR. TOM 2
  • Liczba stron: 358
  • Data premiery:19.03.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 03.06.2019r.
  • Moja ocena:7/10

Na szczęście dla mnie, drugi tom cyklu Zapachu Mazur także doczekał się w tym roku wznowienia. Gdyby nie to, nie zaczytałabym się w historię Julki, Gertrudy, Elzy, Krzysztofa, Anny, Wernera i innych mieszkańców mazurskich Barwin. A tak, spędziłam cudownie czas rozkoszując się lekcją historii od środka. Historii z perspektywy Gertrudy, historii z perspektywy Anny, którym dane „przyszło żyć w świecie nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka”. Recenzja pierwszej części cyklu już na blogu. Teraz kolej na drugą część.

Kiedy wrócą ptaki do mazurskich gniazd” – „Wróćmy na jeziora” Czerwone Gitary

Zastanawiałam się, co będzie, jak wrócę w tą mazurską rzeczywistość, jak te ptaki do mazurskich gniazd.  Napiszę krótko, to co zastałam najlepiej opisuje cytat:

(…) życie może wyglądać inaczej, bardziej kolorowo. Trzeba tylko znaleźć dobrych ludzi i otoczyć się nimi jak niewidzialną nicią wzajemnych relacji. Dając skrawek serca innym, nietrudno to serce otrzymać w zamian. Inne, ale tak samo gorące i dobre. Te wszystkie serca, relacje, przyjaźnie trzeba pielęgnować i dbać o nie, żeby przynosiły radość i ukojenie dnia codziennego, powszechnych udręk, kłopotów i rozterek”.

I o tych sercach, przyjaźniach, nowych i odbudowanych więziach jest ta książka.

Tym razem życie Julki na Mazurach toczy się swoim utartym rytmem. Trwa w związku z Krzysztofem, spędza jak najwięcej czasu z Trudą, wiekową babcią jej byłego męża. Od czasu do czasu odgrywa kluczową rolę w odbudowywaniu relacji w rodzinie, dawno temu zwaśnionej. Poznajemy historię byłego męża Julki, Artura. Małgorzata Manelska opowiada jego dziedzictwo, kreśląc przed nami losy jego matki i losy jego ojca. Wraz z Julką i Trudą odwiedzamy Hamburg, w którym mieszka siostra Gertrudy, Anna. Obowiązki urzędniczki gminnej popychają zaś Julkę w stronę domostwa siostry męża Trudy, Helgi Skowronkowej. Ile wydarzeń, ile wrażeń smutnych i szczęśliwych opisuje autorka w drugiej części cyklu Zapach Mazur? Bez liku. Wierzcie mi, bez liku.  Małgorzata Manelska jest wierna sprawdzonej strukturze. Książka pisana jest w trzeciej osobie. Skonstruowana jest z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Tym razem autorka rzuciła koło ratunkowe swoim czytelnikom, dodatkowo zamieszczając przy rozdziałach podtytuły. Stąd wiemy, gdzie i kiedy dzieje się akcja. Czy to wydarzenia współczesne, czy wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat, z okresu wojny i jej końca, gdy Mazury były częścią Prus Wschodnich? Orientujemy się bez problemu. Nie tylko ptaki powracają do mazurskich gniazd, ja także z chęcią powróciłam do zawiłych losów mieszkańców Mazur.  

Zostań tu, noc śpi w szuwarach, pieśni słucha las” – „Wróćmy na jeziora” Czerwone Gitary

Rzadko zdarza mi się czytać dwie kolejne książki tego samego cyklu z rzędu. Udało mi się tym razem. Nie żałuję. Po zakończeniu „Zapachu Mazur” płynnie przeszłam do śledzenia dalszych losów głównych bohaterek. W tej części autorka rozszerzyła trochę koncepcję. Spogląda na losy wojenne i powojenne oczami nie tylko Gertrudy Skrockiej, lecz również jej siostry Anny zakochanej w niemieckim żołnierzu, któremu zawdzięcza życie. Gdzieniegdzie fabułę ubarwiły koleje losów Elzy. Szczególnie warta uwagi była jej podróż w kierunku Zalewu Wiślańskiego wraz z pozostałą ludnością cywilną uciekającą przed Armią Czerwoną naciągającą z drugiej strony. Elzie ucieczka się nie udała. A jak skończyła się dla innych jej uczestników, to dowiecie się z książki. Bardzo dobrym zabiegiem było wprowadzenie do fabuły Helgi i Augusta Skowronków. Siostry męża Gertrudy i jej męża. Dzięki stuletnim staruszkom poznałam mowę mazurską. Dialogi w tej formie są nieocenione. Dialekt ten żadnego mi nie przypomina. Ani to śląski, ani góralski, ani kaszubski. Jest to mowa już w większości archaiczna, mimo, że od 2015 lokalne środowiska próbują rozpowszechniać ją wśród Mazurów. Rzut okiem na wikipedię i dowiedziałam się, że „Gwara mazurska, była używana na terenie Prus Książęcych przez polskich osadników (chłopów i szlachtę) głównie z terenu północnego Mazowsza (którzy zasiedlili ten teren od XIV w.), aż do końca XVIII w. kształtowała się pod wpływem literackiego języka polskiego, który był praktycznie jedynym językiem oświaty i literatury religijnej aż do lat 30. XIX w. W gwarze mazurskiej tamtego okresu istniały nieliczne zapożyczenia (głównie leksykalne) z języka pruskiego i języka niemieckiego i dlatego też zalicza się ją do tzw. nowszych dialektów mieszanych” (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Gwara_mazurska ). Trudno rozeznać znaczenie słów w tej gwarze bez przypisów, które dla mnie okazały się nieocenione. To jest dodatkowa wartość tej części. Dość, że autorka skutecznie opisuje barwy Mazur, to jeszcze wprowadza nas w tajniki dialektu mazurskiego, o którym istnieniu nawet nie miałam pojęcia.

To część głównie o kobietach. A ja o kobietach uwielbiam czytać. Dlatego książkę przeczytałam w kilka godzin. I nie był to czas zmarnowany, o nie! Kobiety w tej części są zmotywowane, młode. Starają się ułożyć sobie życie po trudnych wojennych doświadczeniach. Mimo, że nie zapominają, starają się być ponad to, co im się przytrafiło. Ponad wszystkie krzywdy. One po prostu chcą kochać i być kochane. Chcą tworzyć nowy świat, wiedząc, że bez nowych rodzin tego nie uczynią. Życie musi toczyć się dalej. Koło życia musi trwać. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.  To „przedwojenne egzemplarze”, które swoim życiem dały świadectwo wiary, mocnego kręgosłupa moralnego, patriotycznej pamięci narodowej, a także przywiązania do ziemi. Nieważne czy ziemi niemieckiej, czy polskiej. Ich ziemi, mazurskiej.

Jeśli pragniecie zanurzyć się w historię Trudy, Elzy czy Anny obfitą we wstrząsające dzieje wypełnione niesprawiedliwymi zbrodniami na wysiedleńcach, lecz ciekawie opowiedzianą przez same zainteresowane, nie zastanawiajcie się, łapcie za książkę. Nie odkładajcie decyzji na później. Pamiętajcie, „później” może nie nadejść. Na trzecią część, która ma się ukazać w roku 2021 czekam z niecierpliwością.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WasPos.

„Zapach Mazur” Małgorzata Manelska

ZAPACH MAZUR

  • Autor:MAŁGORZATA MANELSKA
  • Wydawnictwo: WasPos
  • Seria: ZAPACH MAZUR. TOM 1
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery:19.03.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 31.05.2018r.
  • Moja ocena:7/10

„(…) niespodzianki, bywają niespodziewane! (…) Czasem układają nasze rozsypane życie w całość, ale też czasem zupełnie je rozpraszają”.

„Zapach Mazur” Małgorzata Manelska

Są takie książki, w których akcja i fabuła jest kwestią drugoplanową. Ważną, ale nie najważniejszą. Liczy się sama przyjemność czytania. I ta książka taką okazała się dla mnie.  Dzięki drugiemu wydaniu „Zapachu Mazur” Małgorzaty Manelskiej Wydawnictwa WasPos, prawie poczułam jak pachną Mazury, te współczesne i te sprzed siedemdziesięciu lat.

(…) na Mazury, gdzie wiatr zimny wieje” – Fragment tekstu piosenki żeglarskiej „Na Mazury”

Małgorzata Manelska zabrała mnie w mazurską podróż kreując losy Julianny. Kobiety po przejściach, samotnej rozwódki, pracownicy urzędu miejskiego. Julkę obserwowałam oczami narratora. Książka pisana jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Już na początku dowiedziałam się, że główna bohaterka została porzucona przez męża Artura, który po wyjeździe do pracy w Holandii ułożył tam sobie życie na nowo. Julka dotychczas samotnie wychowująca syna – Maćka w pewnym momencie oddała syna pod opiekę jego ojca licząc, że kontakt z nim pozwoli mu na ułożenie sobie dobrego życia, przełamanie złej nastoletniej passy. Nie mając żadnych relacji z byłym mężem została poproszona o zatroszczenie się o jego babcię, Gertrudę Skrocką, z którą nigdy nie miała kontaktu i nie wiedziała o jej istnieniu. Wiedziona poczuciem obowiązku Julka udaje się do Barwin, mazurskiej wsi, w której mieszka dziewięćdziesięcioletnia babcia, z pochodzenia Niemka. Szybko pomiędzy dwoma samotnymi kobietami rodzi się przyjaźń i silna więź. Dzięki tej więzi Julka odkrywa tajemnice rodzinne i zawiłe losy Gertrudy oraz jej przyjaciół, mieszkańców ówczesnych Prus Wschodnich. Oprócz pokręconych losów wojennych i powojennych, Julka odkrywa coś jeszcze. Odkrywa siebie w nowym miejscu, w Barwinach, gdzie zmuszona była zacząć wszystko od nowa. Czy nowe przyjaźnie ubarwią jej samotne życie? Jak odnajdzie się „miastowa” w rzeczywistości polskiej, mazurskiej wsi? Czy czas naprawdę leczy rany? Czy ze znajomości z Wojtkiem lub Krzysztofem zrodzi się coś poważnego? Czy po latach samotności Julka odnajdzie miłość? Ciiii….tego Wam nie zdradzę.

(…) Hej, Mazury, jak wy cudne!…” – Fragment tekstu piosenki żeglarskiej „Mazury”

Faktycznie, Mazury opisane piórem Małgorzaty Manelskiej są naprawdę piękne. Czytając kolejne strony powieści prawie widziałam leśne runo w mazurskich lasach, słuchałam ryków jeleni w okresie godowym, patrzyłam na lazur jezior. Oczami wyobraźni widziałam topografię wsi Barwiny, ze szczególną czcią przyglądałam się zagrodzie Gertrudy. Bohaterki są dwie. Jest Julka, której życie toczy się współcześnie. Tak naprawdę, nie wiemy kiedy. Autorka tego nie zdradza. Dzięki użytemu sformułowaniu w stosunku do czasoprzestrzeni wojny „siedemdziesiąt lat” domniemuję, że teraźniejszość to lata po dwutysięcznym piętnastym roku. Nic w życiu Julki nie jest takie samo po poznaniu Gertrudy. Najpierw traci mieszkanie, o które upomniał się jej były mąż (Dlaczego!? Dlaczego o nie nie walczyła, tylko oddała je bez walki?!), potem rozpoczyna życie na nowo w zapomnianej mazurskiej wsi, wśród jej mieszkańców. Drugą bohaterką jest Gertruda. Silna, niezmordowana, wytrwała następczyni mieszkańców Prus Wschodnich, Niemka, która snując swą opowieść przenosi nas w lata wojennej zawieruchy. Przenosi nas do czasów, gdy za swastykę ginęli Niemcy, w tym jej bracia. Przenosi nas do czasów, gdy na polskich i niemieckich wsiach zostawały zwykle kobiety. Przenosi nas do czasów, gdzie Niemcom na roli pomagali polscy przymusowi robotnicy. Przenosi nas do czasów, gdzie rosyjskojęzyczni wyzwoleńcy przechodzili przez Polskę jak szarańcza, niszcząc wszystko i wszystkich, których spotkali po drodze. Przenosi nas do czasów, gdzie ojciec wolał zabić swoją rodzinę, niż zostawić ją na pastwę wyzwalających nas Rosjan. Przenosi nas wreszcie do czasów, gdzie kobiety młode i stare, kilkuletnie dziewczynki uciekając przed gwałtami i bezsensowną śmiercią przebywały w lasach, ziemiankach wydrążonych na polach lub w jeziorach po pas zanurzone w wodzie. Przenosi nas wreszcie do czasów, w których przeżyła, w których inni też przeżyli tworząc nową historię, powojenną historię. Czasem równie skomplikowaną. Nieraz słyszałam „Ruscy byli gorsi od Niemców”. Nie mogłam tego zrozumieć, tak samo jak i autorka wychowana na „Czterech pancernych i psie”. Z relacji wszystkich, którzy przeżyli czy na Mazurach, czy na Mazowszu, czy na Śląsku przemarsz Armii Czerwonej, jawił się tylko jeden obraz. Obraz bezlitosnych, zapijaczonych, agresywnych, grabiących wszystko Rosjan, przed którymi trzeba było się uchronić. Przed którymi trzeba było uciekać. I o tych też jest ta książka. O tych, który byli źli – najeźdźcach i o tych, którzy byli jeszcze gorsi – naszych wyzwoleńcach. Niezwykle podoba mi się więź Gertrudy i Julki. Nie wnuczki, przecież Julka rozwiodła się z jej wnukiem dawno temu, ale kobiety, z którą przypadkiem zetknął ją los. Taka sama więź została przez autorkę opisana pomiędzy Gertrudą a jej przyjaciółką z młodości Elzą. To przyjaźń na całe życie. Przyjaźń zrodzona w czasach pokoju, która przeszła niezwykłą próbę w czasie wojny i przetrwała siedemdziesiąt lat po niej. Przyjaźń, którą nie spotykamy na co dzień. Przyjaźń, którą trzeba wyszarpywać z naszej codzienności pazurami, poświęcając jej jak najwięcej czasu. Bo przyjaźń sama o siebie nie zadba. I o tym też jest ta książka. Spodziewałam się większych emocji w relacji Julki z jej aktualnym adoratorem. Mężczyzną honorowym, delikatnym, oddanym i pracowitym. Wydawało mi się, że dodanie większego romantyzmu do tej rodzącej się relacji, ubogaci i rozhuśta fabułę wpuszczając w nią więcej promieni słonecznych. Fabułę momentami smutną i przygnębiającą, jednak bardzo dojrzałą.  Tego mi tylko brakowało.

Nie znalazłam w powieści luk, niedociągnięć, niedopowiedzeń. Każdy wątek został należycie opisany i rozwinięty. Każdy zapach kompleksowo opisany. Dzięki temu ta książka jest taka prawdziwa. Dzięki temu ta historia jest taka prawdziwa. Dzięki temu bohaterowie dają się lubić. Nawet ci wiejscy pijaczkowie, przystający przy sklepie wiejskim. A to jest ogromna wartość prozy!

Na marginesie, mam nieodparte wrażenie, że ostatnimi czasy poznaję tylko zdolne polskie autorki. Skąd one się biorą? Matka, żona, pracująca z niepełnosprawnymi dziećmi a przede wszystkim kobieta. Bardzo zdolna i nowo poznana przeze mnie kobieta, pisarka – Małgorzata Manelska. Proszę pozwolić się przywitać. To wielki zaszczyt. Dzień dobry Pani Małgorzato!

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WasPos.