Recenzja przedpremierowa – „Szeptun” Tomasz Betcher

SZEPTUN

  • Autor:TOMASZ BATCHER
  • Wydawnictwo:W.A.B.
  • Liczba stron:352
  • Data premiery:05.05.2021r.

O Tomaszu Betcherze @tomaszbetcherfanpage czytam same dobre słowa. Jest to podobno autor, który łączy wątki uczuciowe z przesłaniem społecznym. Piszę podobno, bo przed „Szeptunem”, o którym będzie ta recenzja, nie sięgnęłam do żadnej wcześniejszej książki autora. Trudno więc po jednej pozycji wyrobić sobie zdanie o powieściopisarzu.

Czytanie jak komunikacja

 Zawsze obawiam się recenzji przedpremierowych. Nie chcę nikogo uprzedzić do książki lub przywołać zbytni entuzjazm. Tym bardziej nie chcę urazić autora. Z czytaniem jest jak z komunikacją. Ktoś nadaje, ktoś odbiera komunikat. Na odbiór wpływa wiele czynników, nie tylko umiejętności i kunszt nadawcy. W odbiorze komunikatu przeszkadzają nam czynniki zewnętrzne (światło, szumy, hałas, wygląd) i wewnętrzne (nasze samopoczucie, czasem ból głowy, dotychczasowe doświadczenia, nasze uprzedzenia). Nadawcą jest autor, odbiorcą czytelnik. Czytając pozycje przedpremierowe wielokrotnie zastanawiałam się czy dobrze odczytałam intencje autora? Czy zrozumiałam jego przesłanie? Czy wychwyciłam wszystkie niuanse, które nie bez powodu autor zawarł w książce? Czy nie byłam uprzedzona do książki, bo na przykład nie spodobała mi się okładka? O tym musimy pamiętać czytając książki i dzieląc się naszymi spostrzeżeniami. Czasem po prostu książka, która nie jest dla nas, jest wprost idealna dla innego czytelnika  .  

Ciekawy tytuł

By dowiedzieć się kim jest tytułowy szeptun musiałam zerknąć do Wikipedii. Przeczytałam w niej, że to „uzdrowiciel lub uzdrowicielka ludowa oferująca swoje usługi osobom wierzącym w moc leczenia. W Polsce występują głównie w rejonie Podlasia. Przeważnie są to osoby wyznania prawosławnego. Ich działalność jest uważana za praktyki pogańskie” (źródło: Wikipedia). Uchylę Wam rąbka tajemnicy tytułowy Szeptun to mężczyzna. Odludek, nieakceptowany przez miejscową ludność, pół-Cygan. Przy czym „nie taki diabeł straszny jak go malują”. Szeptun oprócz tego, że interesuje się ziołolecznictwem jest młody i niezwykle przystojny. W rzeczywistość Szeptuna wkracza nauczycielka z Gdańska. Romantyczne imię to tylko pozory. Julia, matka nastoletniej Marysi i ośmioletniego Kuby. Julia nie mająca swego Romea. Mąż pracuje zagranicą na platformie wiertniczej, a Julia  walczy z codziennością. Codziennością, w której nie ma miejsca na czary, pradawne obrzędy czy słowiańskie gusła.  

 Szeptun – nie Romeo i Julia – nie Julia. Nietypowe spotkanie, nietypowej pary, w nietypowym czasie. Czy te wydarzenia pozwolą zrodzić się czemuś nowemu, pięknemu? Czy to spotkanie pozwoli wyzwolić się Julii z niesatysfakcjonującego małżeństwa?

Wspaniały pomysł

Może doświadczenie zawodowe autora skłoniło go do takiej fabuły i stało się inspiracją dla opisanej w książce historii? Betcher to „pedagog, socjoterapeuta, praktyk Terapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniach. (…)  Od ponad dekady pracuje z młodzieżą i dziećmi znajdującymi się w trudnej sytuacji życiowej” (źródło: Tomasz Betcher). Tego nie wiem.

Wiem na pewno, że powieść została skonstruowana bardzo dobrze, a podjęte w niej wątki opisane naprawdę z uczuciem. Trudne tematy w pięknych słowach. Czytamy o zbuntowanej nastolatce, która do tej pory przeżywa traumatyczne wydarzenie z przeszłości. Wydarzenie, które nie sprzyja budowaniu otwartej i przyjaznej relacji z matką. Matką, która się bardzo stara. Stara się za dwoje. Stara się za siebie i za ojca, którego Marysia nie ma obok siebie. Wątek obyczajowy został wzbogacony również problemem atopowego zapalenia skóry Kuby. Choroby, która pojawia się coraz częściej. Choroby, z którą trudną wygrać. Choroby, która nie jest śmiertelna, ale która bardzo utrudnia życia młodego człowieka. Choroby, z którą musi mierzyć się matka. Matka, która mierzy się za dwoje. Za siebie i za ojca, którego Kuba nie ma obok siebie. W tak skomplikowane relacje rodzinne autor wplótł osobę Szeptuna. Mężczyzny nietypowego, niecodziennego. Mężczyzny skrywającego swoje tajemnice. Mężczyzny szukającego swojej Julii.

To książka o odkrywaniu inności przy jednoczesnym odkrywaniu siebie. To książka o akceptacji inności przy jednoczesnej nauce akceptowania siebie. To książka dla mnie trochę terapeutyczna. Spojrzałam na siebie, na swoje życie oczami Szeptuna. Oczami kogoś, komu nie w smak nasza zwykła codzienność i pogoń za lepszym życiem. Oczami kogoś, kto widzi mnie taką jaka jestem. Widzi Julię jaką jest naprawdę, mimo wielu masek, które nosi.

Książkę czyta się niesamowicie szybko. W ciekawe i lekkie dialogi autor wplótł wyśmienite opisy przyrody okraszając je beskidzką malowniczością. Momentami chciałam tam być, momentami chciałam się tam przenieść. Momentami chciałam być Julią…

Moja ocena: 7/10

Za możliwość recenzji książki dziękuję WYDAWNICTWU W.A.B.

„DOMEK NA KOŃCU ŚWIATA” DANUTA NOSZCZYŃSKA

DOMEK NA KOŃCU ŚWIATA

  • Autor:DANUTA NOSZCZYŃSKA
  • Wydawnictwo:PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron:336
  • Data premiery:22.04.2021r.

Okładka „Domku na końcu świata” jest sielska, nawiązująca do natury o spokoju. Patrząc na nią spodziewałam się standardowej opowieści o zaczynaniu życia od nowa na tytułowym końcu świata. Tymczasem otrzymałam jednak coś zgoła innego. Czy jestem zadowolona z lektury? Przeczytajcie sami.

Danuta Noszczyńska to , jak możemy przeczytać na portalu lubimyczytac.pl „jedna z najbardziej lubianych pisarek literatury kobiecej. Autorka jedenastu powieści. Trzykrotna laureatka Festiwalu Literatury Kobiet „Pióro i Pazur” w Siedlcach.” Nie miałam okazji czytać jeszcze żadnej książki autorki, dlatego dla mnie była taką trochę nieodkrytą przestrzenią i nie wiedziałam czego się spodziewać. Czy po tej lekturze sięgnę jeszcze po inne książki autorki?

Historia inna, niż mogłoby się wydawać

Iga jest trzydziestoletnią prawniczką, dziewczyną z dobrego domu, ojciec prokurator, matka prezes sądu. Żyje wychowana w przekonaniu, że należy do elity, jest lepsza od innych i wiele może osiągnąć. Prowadzi swoją kancelarię, a prestiż i tradycja to najważniejsze wartości w jej życiu, które przejęła od rodziców. Podąża ścieżką, która oni dla niej wytyczyli, nawet nie zastanawiając się czy jest to droga, którą chce iść. Do czasu… Pewna sprawa, którą prowadzi jako obrońca z urzędu jest początkiem zmian, prowokuje ją do rozważań na temat tego jak na wyglądać jej życie i z jakimi wartościami chce się utożsamiać. Miłosz to tylko trochę starszy od niej mężczyzna, który pochodzi z patologicznej rodziny, od kiedy pamięta musi radzić sobie sam, kombinuje więc jak potrafi, jedno z takich działań powoduje, że trafia do aresztu. Tam zaczyna zastanawiać się nad swoim życiem, nad tym w którym kierunku ono podąża i czy może to jeszcze zmienić. Piękna prawniczka, która zostaje jego obrońcą powoli staje się jednym z motorów do zmian…. Czy znajomość osób pochodzących z dwóch tak różnych światów może przynieść ze sobą coś dobrego, czy to w ogóle ma przyszłość?

To co lubię

„Domek na końcu świata” to nie tylko lekka, obyczajowa, optymistyczna opowieść, to książka, która składnia do refleksji, a więc to co lubię najbardziej. Czytając po raz kolejny zastanawiałam się nad kwestią, która nurtuje mnie już od dłuższego czasu, a mianowicie jak bardzo miejsce urodzenia, rodzina, w której przychodzimy na świat determinuje nasze życie. Jest to powieść o poszukiwaniu swojego miejsca w życiu, swoich wartości, swojej własnej drogi, nawet jeśli prowadzi ona zupełnie gdzie indziej niż ścieżka, którą nam już od dawna wytyczono….

Iga mimo że ma 30 lat żyje jak grzeczna córeczka swoich rodziców, w ich domu, zgodnie z ich zasadami i według ich rad. Jednak zaskakująco, chyba przede wszystkim dla samej siebie, powoli odkrywa, że nie do końca jest to zgodne z tym, jaka jest naprawdę, w co wierzy. Pytanie tylko czy znajdzie w sobie siłę by się uniezależnić, by podjąć swoje decyzje, nawet jeżeli on bardzo nie spodobają się jej rodzicom.

Przystępująca do lektury wiedziałam, że jest to książka o niełatwej miłości, prawniczki, do poznanego w areszcie klienta. Jednak muszę powiedzieć sposób w jaki poprowadzona została ta historia dość mocno mnie zaskoczyła, ale też koniec końców wzbudził mój zachwyt. Daleko tu bowiem do bardzo popularnego we współczesnej literaturze tradycyjnej opowieści o romansie i miłości. Tutaj miłość nie wybucha nagle, po tygodniu znajomości Iga i Miłosz nie wiedzą czy będą ze sobą i jak ta znajomość się potoczy. Ona rozwija się powoli. Z jednej strony nie jest bezpośrednią przyczyną zmian, które zachodzą w Idze, z drugiej wyraźnie je prowokuje, Iga bowiem wręcz próbuje się odżegnać od tej znajomości i uczuć, które powoli się w niej rodzą.

Akcja w książce rozwija się nieśpiesznie, wydaje się być , że jest pewnego rodzaju pretekstem do wielu rozważań, natomiast czyta się ją bardzo przyjemnie i lekko. Jest to jedna z tych książek, która pozostaje z nimi na dłużej i pozostawia w nas coś więcej niż tylko opowiedzianą historię. Odpowiadając więc na zadane na początku pytanie na pewno sięgnę po inne książki autorki, a Wam gorąco polecam „Domek na końcu świata”.

Moja ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu PRÓSZYŃSKI I S-KA.

„PODMIEJSKI NA KONIEC ŚWIATA” KATARZYNA KOWALEWSKA

PODMIEJSKI NA KONIEC ŚWIATA

  • Autor:KATARZYNA KOWALEWSKA
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:286
  • Data premiery:16.03.2021r.

Niedawno opublikowałam trzy recenzję premier z kwietnia od Wydawnictwa Zysk i S-ka; rewelacyjną Dziewczyna z fotografii, klimatyczną Trogirskie wakacje oraz skłaniającą do myślenia Pozwól że ci opowiem…bajki które nauczyły mnie jak żyć, a tu jeszcze czeka zaległa premiera z marca.

„Podmiejski na koniec świata” to kolejna książka Katarzyny Kowalewskiej @kowalewskafanpage , autorki „Pudełka z pamiątkami” (2020). O poprzedniej książce tej autorki czytałam wiele pochlebnych recenzji i opinii. Czy i tym razem na taką ocenę zasłuży?

Już przy okazji innej książki przyznałam się Wam, że lubię fabułę o zaczynaniu od nowa, w innym miejscu. Wtedy można wszystko rzucić za siebie, zostawić i nigdy do tego nie wracać. Powiecie, to trochę taka ułuda. Nie wszystko co za nami było złe. W ten sposób pozostawiamy za sobą nawet te dobre rzeczy. Tych dobrych ludzi, dobre wspomnienia, dobre miejsca pracy.  Tylko, że będąc otwartymi dobrych ludzi, dobrą pracę i miłe wspomnienia znajdziemy również w tym nowym miejscu. Miejscu do którego dążymy. Miejscu do którego chcemy dążyć.

Książka drogi

Z opisu wydawcy już wiedziałam, że podobną fabułę czytałam. Tym razem śledzimy losy Alicji. Alicji, która ma problem z asertywnością. Wiele czasu poświęca innym, problemom innych i sprawom, które wcale do niej nie należą. Każdy chce mieć Alicję obok siebie. Wiele można na jej barki wrzucić. Nawet własne obowiązki zawodowe można na nią scedować. Po feralnym wieczorze na imprezie firmowej swego chłopaka – zaskakując samą siebie – przyjmuje propozycję szefa. Tym samym zostaje wysłana do podupadającej małomiasteczkowej firmy. Nie dość, że musi zrealizować bardzo ambitne wyzwanie zawodowe, to jeszcze zacząć wszystko od nowa. Czy jej się to uda? Czy na zawsze pozostanie tą samą Alicją ze stolicy?

Pełna ciepła opowieść o zaczynaniu od nowa” – opis wydawcy

To prawda. Z tym opisem wydawcy muszę się całkowicie zgodzić. Sama Alicja jako bohaterka da się lubić. Nie ma znaczenia jej imię. Takich Alicji w większych lub mniejszych miastach jest sporo, od zatrzęsienia.  Te Alicje mają inne imiona, inne twarze. Te Alicje są raz szczupłe, raz z nadwagą. Te Alicje są samotnymi singielkami lub żyjącymi w nieformalnych związkach. Te Alicje też są mężatkami, nierzadko z dziećmi. To Alicje dla innych, dla wszystkich wokół, nie dla siebie. Zawsze cieszy mnie jak kolejna Alicja postanawia „wziąć byka za rogi”, nawet jeśli jest postacią fikcyjną. Postanawia przestać godzić się na bylejakość. Przestać pracować za innych. Postanawia wreszcie przeżyć swoje życie! Taką Alicję spotkamy w tej książce. Alicję która dojrzewa, która dostrzega, że ma wokół siebie przyjaznych ludzi. Alicję, która dowiaduje się, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a lepsze jutro może przyjść znacznie wcześniej. Wcześniej, niż się tego spodziewała.

To historia o wszystkich Alicjach, które znamy. Historia pełna ciepła, zrozumienia innych. Historia o przyjaźni i miłości, która nie musi zawsze być najważniejsza. Też o miłości utraconej. Przede wszystkim jest to książka o miłości do samego/samej siebie. Tej miłości najważniejsze, by wreszcie zacząć żyć.  Alicje i nie tylko, czytajcie.

Moja ocena: 7/10

Recenzja powstała dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka.

 

„Małe wielkie sekrety” Magdalena Majcher

MAŁE WIELKIE SEKRETY

  • Autor: MAGDALENA MAJCHER
  • Seria: OSIEDLE POGODNE. TOM 4
  • Wydawnictwo: PASCAL
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery: 24.03.2012r.

Razem z ostatnią rewelacyjną „Mocną więzią” (recenzja: klik) przeczytałam i zrecenzowałam dziewięć książek od @Magdalena Majcher. Pozostałe recenzje znajdziecie tu:  Życie oparte na kłamstwachPrawda przychodzi nieproszonaZnany szum morzaObcy powiew wiatru, Jeszcze jeden uśmiechW cieniu tamtych dniWszystkie pory uczuć. LatoZimny kolor nieba. Za mną dziesiąta książka tej autorki. Jest to kontynuacja cyklu Osiedle Pogodne. Czy również podzieli mój entuzjazm?

Otwórz drzwi kolejnego luksusowego domu!” – odpis wydawcy

Fabuła opiera się na losach kolejnych mieszkańców Osiedla Pogodnego. Osiedla strzeżonego, gdzie zakup lokalu nie jest na kieszeń każdego śmiertelnika. To również w takim miejscu również toczą się losy skrzywdzonych ludzi, zapomnianych rodziców i samotnie cierpiących. Na społeczność osiedla patrzymy z perspektywy Moniki i Marcina, mieszkańców czwartego osiedlowego domu. Monika, pragmatyczna, zdystansowana do wydarzeń osiedlowych, nieinteresująca się małymi skandalikami. Wszystko to wydaje się jej mało ważne, kompletnie nieistotne. Monika boryka się bowiem z codziennymi wyzwaniami. Wyzwaniami na miarę superbohaterki. Wyzwaniami związanymi z opieką nad niepełnosprawną, dwunastoletnią córką. Praca – córka – dom, fundacja  – córka – dom, czasem córka – córka – córka. Tak naprawdę Monika wypełnia funkcje obojga rodziców. Marcin jest jakby poza. Do czasu… Gdy Monika znika nagle rola Marcina się zmienia. Zmienia się diametralnie. Z jednej strony nie może się pogodzić z tym, że już jej nie ma. Próbuje odkryć co się stało, co ją do tego skłoniło, jaki miała powód, że porzuciła córkę którą do tej pory wspaniale się opiekowała. Z drugiej czuje się pokrzywdzony. Oto on, mężczyzna, partner, ojciec musi podołać jednocześnie roli i ojca, i matki. Robić to, co do tej pory robiła sama Monika. Przy czym Marcinowi wydaje się to ponad jego siły. Ponad jakiekolwiek ludzie siły.

Gdzie zaprowadzi bohaterów rozwiązanie zagadki? Czy jeszcze spotkają się w pół drogi? Czy zdołają stworzyć jeszcze rodzinę?

Światło w oknach

Zastanawialiście się spacerując wieczorem w wielkim mieście, co kryje się za świecącymi, maleńkimi kwadracikami? Kwadracikami, które są oknami. Oknami na świat. Ja myślę o tym nie raz. Zastanawiam się kim są ludzie. Co robią i jakie są ich plany. Częściej jednak myślę o tym, czy są szczęśliwi w tych blokach, w tych domach, za tymi nocnymi świetlikami. Magdalena Majcher idealnie trafiła więc z serią Pogodnego Osiedla w moje gusta.  W cyklu pokazuje rzeczywistość, różną, odmienną rzeczywistość. Rzeczywistość, która skonstruowana została przez tych, co się za tymi oknami ukrywają. Tym razem poszła o krok dalej. To nie sielankowa historia, jak to zresztą u Majcher. To dom, w którym jeden z partnerów obciążony jest niewiarygodnym obowiązkiem. Drugi natomiast żyje całkiem wygodnie. Problem społeczny pokazany w tej części dotyczy niesprawiedliwego podziału obowiązków. Coś z czym spotykamy się na co dzień. Problem ten nabiera znaczenia dodatkowo, gdy w domu jest niepełnosprawne dziecko.

Bardzo podoba mi się podjęta w powieści kwestia macierzyństwa. Czytałam o tym nie raz, przyznaję. Nie mam jednak nigdy tego dosyć. Niby o tym wiem, że nie każdy musi być super matką, że matka też ma prawo zawalczyć o siebie i realizować swoje marzenia, hobby. Niby wiem, a jednak jak o tym czytam czuję się wytłumaczona, czuję się ponownie zracjonalizowana, że chociaż wieczory chcę by były tylko moje. No, może moje i książek.

Książkę czyta się rewelacyjne. Zawsze chwaliłam styl Magdaleny Majcher. Tak jest i tym razem. Zakończenie mnie bardzo zaskoczyło. Spodziewałam się czegoś innego. To potwierdza kunszt pisarski autorki. Bądź co bądź przeczytałam już dziesięć książek, a jednak potrafiła mnie zaskoczyć. I to mi się niezmiernie podoba.

Moja ocena: 8/10

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU PASCAL.

„Dziewczyna z fotografii” Anna Olszewska

DZIEWCZYNA Z FOTOGRAFII

  • Autor:ANNA OLSZEWSKA
  • Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:376
  • Data premiery: 13.04.2021r.

Wydawnictwo Zysk i Spółka również zasypało nas kwietniowymi premierami.  Ja właśnie skończyłam czytać trzecią z nich. Tym razem to „Dziewczyna z fotografii” od @Anna Olszewska – strona autorska. Przyznaję nie czytałam jej pierwszej powieści „Moja irlandzka piosenka”. Ktoś czytał? Podobała się?

W białych baletkach wychylona W powietrzu uniesiona nóżka” – „Laleczka z saskiej porcelany” Magdalena Fronczewska

Okładka książki od razu skojarzyła mi się z tym tekstem. Postać wydaje się taka krucha, nieprawdziwa i delikatna. Jak ta baletnica z saskiej porcelany. Nataszę Bernadotte poznajemy w trakcie lotu z Warszawy do Paryża. Do miasta jej ojca, do miasta jej babki. Wraca z bliznami. Wieloma bliznami. Jako baletnica Teatru Wielkiego uległa wypadkowi. Wypadkowi, który nie pozwala jej już tańczyć. W trakcie podróży poznaje Lukę Stoiana. Lukę, którego zaintrygowała.

Dziewczyna z samolotu. Zdystansowana, zawsze na odległość. Skrzywdzona przez los, ciągle przeżywająca stratę przedwczesną rodziców. Dla której taniec się skończył i to nie tylko ten na scenie.

Natasza w Paryżu zamierza uporządkować mieszkanie po rodzicach, by je sprzedać. Dziwnym trafem odnajduje w nim urodzinową zagadkę. Zagadkę w jaką bawiła się ze swoimi rodzicami. Musi dowiedzieć się, co ją czeka na końcu zabawy, jaki „złoty Graal”. Kluczy, rozwiązując łamigłówki w zakątkach Paryża. Kolejny krok prowadzi ją do ulubionej restauracji jej ojca. Ponownie spotyka Lukę, dla którego staje się dziewczyną z fotografii. Dziewczyną, której Luka robi zdjęcia w najbardziej intymnych momentach. Nie tylko Luca potrafi uchwycić jej piękno. Prezentem urodzinowym okazuje jest sesja zdjęciowa u Philippe Sorel, sławnego paryskiego fotografa. Dla Philippe Natasza staje się dziewczyną z fotografii. Dziewczyną, która ma zapewnić mu zwycięstwo w konkursie fotograficznym.

Dziewczyna z fotografii. Prowadzona ręką artysty fotografa. Raz naturalna, raz sztuczna. Raz zwyciężczyni, raz przegrana. Raz porywająca tłum na ulicach Paryża, raz wzbudzająca litość. Raz modelka  Philippe, raz Luki.

Czy Natasza jest dziewczyną z samolotu czy dziewczyną z fotografii? Niby to ta sama osoba, a jednak całkowicie różna.

I śniła że dla niego tańczy A on ukradkiem bije brawo” – „Laleczka z saskiej porcelany”

Magdalena Fronczewska

Motyw baletnicy tańczącej dla ukochanego pojawił się również w tej powieści. Słusznie więc patrząc na okładkę powieści od razu pomyślałam o tej piosence. Autorka bardzo dobrze odzwierciedliła skomplikowane relacje, które wiążą Philippe i Lukę, Philippe i Marie, Philippe i Nataszę, a także Lukę i Marie oraz Lukę i Nataszę. Relacje między modelkami, a ich fotografami, między kobietami a mężczyznami. Relacje, które krzywdzą i które niosą szczęście. Relacje, które ciągną w dół oraz te, które pozwalają wzrastać i się nadal rozwijać.

Ta książka to studium utraconego sensu życia. Sensu, które wydaje się nie do odzyskania. Nigdy! Postać Luki mnie zachwyciła. Dojrzały, borykający się z własnymi problemami i stratami współczesny mężczyzna. Z jednej strony nieidealny, z drugiej jak najbardziej odpowiedni. Fabułę wzbogacił motyw siostry Luki i jej rodziny, szczególnie siostrzenicy Jasminy, z którą Luka jest wyjątkowo związany. Jasminy, której osoba okaże się kluczowa.

A to wszystko z Paryżem w tle. Nie mogło być lepiej!

Książkę mimo ważnych i głębokich treści czyta się bardzo lekko. Skonstruowana jest z rozdziałów zatytułowanych imionami głównych bohaterów; Nataszy i Luki. Oczywiście jest też prolog, który wprowadza nas w opowiadaną historię oraz epilog. Uwielbiam takie zaglądanie zza firanki, co się zadziało potem i co było wcześniej.

Nie potrafiłam przyzwyczaić się do zdrobnienia imienia Natasza i to jedyny minus tej powieści. Autorka użyła Szasza. Ja Nataszę kojarzę z takimi zdrobnieniami jak: Nataszka, Natka, Natusia, Natunia, Nata, Nati. Szasza kojarzyła mi się nieodmiennie z inną literacką postacią Saszą Załuską z serii Cztery żywioły Katarzyny Bondy. Momentami kompletnie nie wiedziałam o kim mowa.

Bardzo dobry styl z nietypową fabułą oraz inteligentnymi i skomplikowanymi postaciami. To recepta na świetną książkę. Polecam!

Moja ocena: 9/10

Za możliwość zapoznania się z lekturą bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka.

„Trogirskie wakacje” Hanna Dikta

TROGIRSKIE WAKACJE

  • Autor:HANNA DIKTA
  • Wydawnictwo:ZYSK I S-KA
  • Liczba stron:296
  • Data premiery:13.04.2021r.

@Hanna Dikta – strona autorska to śląska pisarka z Piekar Śląskich, mego rodzinnego miasta. Tym bardziej nie mogłam się doczekać, aż zapoznam się z jej najnowszą powieścią od Wydawnictwa Zysk i S-ka, która premierę miała 13 kwietnia. Autorka dobrze przyjętych „We troje” (2016), „To nie może być prawda” (2018) oraz „Dwie kobiety” (2019). Czy podzielę zachwyt innych czytelników?

Trogir – Mała Wenecja

Olga wraca do Trogiru. Do chorwackiego miasteczka gdzie spędziła ubiegłoroczne wakacje ze swoją jedyną córką, Natalią.

Białe elewacje, maleńkie okna z okiennicami i gęste, soczyście fioletowe i purpurowe bugenwille zdobiące budynki…”.

To nie są typowe wakacje. Sama Olga „Inaczej wyobrażała sobie tę ostatnią noc. Przecież nazajutrz zamierzała się zabić”. Jej plan spalił na panewce, gdy Olga poznaje Stanisława. Nie byle jakiego Stanisława, Stanisława Wokulskiego. Sześćdziesięcioletniego mężczyznę również pooranego przez życie. Rozwodnika, który jakiś czas temu przeżył śmierć swego dziecka. Budującą się relację wzbogaca śledztwo, które Olga postanawia rozpocząć po spotkaniu Martina, młodego Chorwata, z którym Natalia spędziła kilka ostatnich wieczorów. To rozmowa z nim rzuca nowe światło na wydarzenia, po których Olga do chwili obecnej nosi żałobę.  

Same dobre opinie

Okazuje się, że pisarka z mego rodzinnego miasta jest bardzo utalentowana. Same dobre opinie! Moja też jest taka. Książka bardzo dobrze napisana. Obserwujemy Olgę, matkę w żałobie. Matka „Z jednej strony dorosła, można nawet powiedzieć dojrzała kobieta, a z drugiej młoda dziewczyna. Taka mieszanka, egzotyczna. Intrygująca. Zagadkowa”. Matka, która chce przypominać własną straconą córkę. Przez wiele lat rozdarta między córką opuszczoną przez ojca w dzieciństwie, która doznała krzywdy porzucenia a partnerem, o wiele młodszym Igorem, który „(…) zawsze był na drugim miejscu”. Śledzimy rodzący się związek między Wokulskim a Izabelą….eee przepraszam, a Olgą. Tak mnie zmylił ten zabieg literacki autorki. Oboje po przejściach, oboje dojrzali, oboje potrafią odnaleźć u siebie nawzajem to coś, za czym tęsknią. Tylko czy to będzie trwać wiecznie, czy ten czas pozostanie na zawsze?

Obserwujemy również córkę. Patrzymy na nią oczami jej matki, Olgi. Widzimy Natalię jako małą dziewczynkę, buntującą się nastolatkę i dorosłą kobietę. Kobietę, która po ostatnich wspólnych wakacjach z matką znika. Zniknięcie poprzedzają chwile ciszy, samotnych chwil w jej własnym pokoju, oglądane na laptopie filmy lub słuchana muzyka w łóżku. Czy Olga mogła przewidzieć co się stanie? Czy mogła temu zapobiec? W jaki sposób ma teraz odpokutować zaniechanie, brak reakcji, tą przestrzeń której nie wypełniła w życiu córki swoją upierdliwą obecnością? Obecnością, która może zatrzymałaby Natalię. Zatrzymałaby na zawsze.

Z wszystkich bohaterów najmniej polubiłam jednak Natalię. Z jednej strony inteligentna kobieta, wydaje się silna, zdolna i zdecydowana. Mająca wspaniałą relację z własną matką. Chodząca z nią do kina, nawet tańcząca na dyskotece. Z drugiej strony, w sytuacji napięcia, trudnych przeżyć odrzucająca jedyną osobę, która kochała ją ponad życie, która oddała jej wszystko. Nie walcząca, poddająca się jak tchórz. Taka dychotomia. Taki dualizm postaci. Nie potrafię się do niej ustosunkować pozytywnie. To samo z osobą Martina. Młodego chłopaka, który spędzał z Natalią czas. Tchórzliwy, lękliwy, niemęski, nieodpowiedzialny. Dlaczego nie zareagował wcześniej, od razu?

Jest to książka o rozpaczy, o tęsknocie. Jest to książka o wspomnieniach, o rozliczeniu własnego życia, rozliczeniu tego czego się nie zrobiło, czego się nie wykonało, co się odpuściło. Jest to książka o życiu. Życiu z samym sobą. Życiu, które w jednym momencie może stać się całkowicie inne. To od nas tylko zależy.

Polecam Wam tę książkę.

cdn…..

Moja ocena: 7/10

Za możliwość zrecenzowania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i Spółka. 

„Barwy Mazur” Małgorzata Manelska

BARWY MAZUR

  • Autor:MAŁGORZATA MANELSKA
  • Wydawnictwo: WasPos
  • Seria: ZAPACH MAZUR. TOM 2
  • Liczba stron: 358
  • Data premiery:19.03.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 03.06.2019r.
  • Moja ocena:7/10

Na szczęście dla mnie, drugi tom cyklu Zapachu Mazur także doczekał się w tym roku wznowienia. Gdyby nie to, nie zaczytałabym się w historię Julki, Gertrudy, Elzy, Krzysztofa, Anny, Wernera i innych mieszkańców mazurskich Barwin. A tak, spędziłam cudownie czas rozkoszując się lekcją historii od środka. Historii z perspektywy Gertrudy, historii z perspektywy Anny, którym dane „przyszło żyć w świecie nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka”. Recenzja pierwszej części cyklu już na blogu. Teraz kolej na drugą część.

Kiedy wrócą ptaki do mazurskich gniazd” – „Wróćmy na jeziora” Czerwone Gitary

Zastanawiałam się, co będzie, jak wrócę w tą mazurską rzeczywistość, jak te ptaki do mazurskich gniazd.  Napiszę krótko, to co zastałam najlepiej opisuje cytat:

(…) życie może wyglądać inaczej, bardziej kolorowo. Trzeba tylko znaleźć dobrych ludzi i otoczyć się nimi jak niewidzialną nicią wzajemnych relacji. Dając skrawek serca innym, nietrudno to serce otrzymać w zamian. Inne, ale tak samo gorące i dobre. Te wszystkie serca, relacje, przyjaźnie trzeba pielęgnować i dbać o nie, żeby przynosiły radość i ukojenie dnia codziennego, powszechnych udręk, kłopotów i rozterek”.

I o tych sercach, przyjaźniach, nowych i odbudowanych więziach jest ta książka.

Tym razem życie Julki na Mazurach toczy się swoim utartym rytmem. Trwa w związku z Krzysztofem, spędza jak najwięcej czasu z Trudą, wiekową babcią jej byłego męża. Od czasu do czasu odgrywa kluczową rolę w odbudowywaniu relacji w rodzinie, dawno temu zwaśnionej. Poznajemy historię byłego męża Julki, Artura. Małgorzata Manelska opowiada jego dziedzictwo, kreśląc przed nami losy jego matki i losy jego ojca. Wraz z Julką i Trudą odwiedzamy Hamburg, w którym mieszka siostra Gertrudy, Anna. Obowiązki urzędniczki gminnej popychają zaś Julkę w stronę domostwa siostry męża Trudy, Helgi Skowronkowej. Ile wydarzeń, ile wrażeń smutnych i szczęśliwych opisuje autorka w drugiej części cyklu Zapach Mazur? Bez liku. Wierzcie mi, bez liku.  Małgorzata Manelska jest wierna sprawdzonej strukturze. Książka pisana jest w trzeciej osobie. Skonstruowana jest z kolejno ponumerowanych rozdziałów. Tym razem autorka rzuciła koło ratunkowe swoim czytelnikom, dodatkowo zamieszczając przy rozdziałach podtytuły. Stąd wiemy, gdzie i kiedy dzieje się akcja. Czy to wydarzenia współczesne, czy wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat, z okresu wojny i jej końca, gdy Mazury były częścią Prus Wschodnich? Orientujemy się bez problemu. Nie tylko ptaki powracają do mazurskich gniazd, ja także z chęcią powróciłam do zawiłych losów mieszkańców Mazur.  

Zostań tu, noc śpi w szuwarach, pieśni słucha las” – „Wróćmy na jeziora” Czerwone Gitary

Rzadko zdarza mi się czytać dwie kolejne książki tego samego cyklu z rzędu. Udało mi się tym razem. Nie żałuję. Po zakończeniu „Zapachu Mazur” płynnie przeszłam do śledzenia dalszych losów głównych bohaterek. W tej części autorka rozszerzyła trochę koncepcję. Spogląda na losy wojenne i powojenne oczami nie tylko Gertrudy Skrockiej, lecz również jej siostry Anny zakochanej w niemieckim żołnierzu, któremu zawdzięcza życie. Gdzieniegdzie fabułę ubarwiły koleje losów Elzy. Szczególnie warta uwagi była jej podróż w kierunku Zalewu Wiślańskiego wraz z pozostałą ludnością cywilną uciekającą przed Armią Czerwoną naciągającą z drugiej strony. Elzie ucieczka się nie udała. A jak skończyła się dla innych jej uczestników, to dowiecie się z książki. Bardzo dobrym zabiegiem było wprowadzenie do fabuły Helgi i Augusta Skowronków. Siostry męża Gertrudy i jej męża. Dzięki stuletnim staruszkom poznałam mowę mazurską. Dialogi w tej formie są nieocenione. Dialekt ten żadnego mi nie przypomina. Ani to śląski, ani góralski, ani kaszubski. Jest to mowa już w większości archaiczna, mimo, że od 2015 lokalne środowiska próbują rozpowszechniać ją wśród Mazurów. Rzut okiem na wikipedię i dowiedziałam się, że „Gwara mazurska, była używana na terenie Prus Książęcych przez polskich osadników (chłopów i szlachtę) głównie z terenu północnego Mazowsza (którzy zasiedlili ten teren od XIV w.), aż do końca XVIII w. kształtowała się pod wpływem literackiego języka polskiego, który był praktycznie jedynym językiem oświaty i literatury religijnej aż do lat 30. XIX w. W gwarze mazurskiej tamtego okresu istniały nieliczne zapożyczenia (głównie leksykalne) z języka pruskiego i języka niemieckiego i dlatego też zalicza się ją do tzw. nowszych dialektów mieszanych” (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Gwara_mazurska ). Trudno rozeznać znaczenie słów w tej gwarze bez przypisów, które dla mnie okazały się nieocenione. To jest dodatkowa wartość tej części. Dość, że autorka skutecznie opisuje barwy Mazur, to jeszcze wprowadza nas w tajniki dialektu mazurskiego, o którym istnieniu nawet nie miałam pojęcia.

To część głównie o kobietach. A ja o kobietach uwielbiam czytać. Dlatego książkę przeczytałam w kilka godzin. I nie był to czas zmarnowany, o nie! Kobiety w tej części są zmotywowane, młode. Starają się ułożyć sobie życie po trudnych wojennych doświadczeniach. Mimo, że nie zapominają, starają się być ponad to, co im się przytrafiło. Ponad wszystkie krzywdy. One po prostu chcą kochać i być kochane. Chcą tworzyć nowy świat, wiedząc, że bez nowych rodzin tego nie uczynią. Życie musi toczyć się dalej. Koło życia musi trwać. Ktoś musi umrzeć, by ktoś mógł się urodzić.  To „przedwojenne egzemplarze”, które swoim życiem dały świadectwo wiary, mocnego kręgosłupa moralnego, patriotycznej pamięci narodowej, a także przywiązania do ziemi. Nieważne czy ziemi niemieckiej, czy polskiej. Ich ziemi, mazurskiej.

Jeśli pragniecie zanurzyć się w historię Trudy, Elzy czy Anny obfitą we wstrząsające dzieje wypełnione niesprawiedliwymi zbrodniami na wysiedleńcach, lecz ciekawie opowiedzianą przez same zainteresowane, nie zastanawiajcie się, łapcie za książkę. Nie odkładajcie decyzji na później. Pamiętajcie, „później” może nie nadejść. Na trzecią część, która ma się ukazać w roku 2021 czekam z niecierpliwością.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WasPos.

„Zapach Mazur” Małgorzata Manelska

ZAPACH MAZUR

  • Autor:MAŁGORZATA MANELSKA
  • Wydawnictwo: WasPos
  • Seria: ZAPACH MAZUR. TOM 1
  • Liczba stron: 400
  • Data premiery:19.03.2021r.
  • Data pierwszego polskiego wydania: 31.05.2018r.
  • Moja ocena:7/10

„(…) niespodzianki, bywają niespodziewane! (…) Czasem układają nasze rozsypane życie w całość, ale też czasem zupełnie je rozpraszają”.

„Zapach Mazur” Małgorzata Manelska

Są takie książki, w których akcja i fabuła jest kwestią drugoplanową. Ważną, ale nie najważniejszą. Liczy się sama przyjemność czytania. I ta książka taką okazała się dla mnie.  Dzięki drugiemu wydaniu „Zapachu Mazur” Małgorzaty Manelskiej Wydawnictwa WasPos, prawie poczułam jak pachną Mazury, te współczesne i te sprzed siedemdziesięciu lat.

(…) na Mazury, gdzie wiatr zimny wieje” – Fragment tekstu piosenki żeglarskiej „Na Mazury”

Małgorzata Manelska zabrała mnie w mazurską podróż kreując losy Julianny. Kobiety po przejściach, samotnej rozwódki, pracownicy urzędu miejskiego. Julkę obserwowałam oczami narratora. Książka pisana jest w trzeciej osobie liczby pojedynczej. Już na początku dowiedziałam się, że główna bohaterka została porzucona przez męża Artura, który po wyjeździe do pracy w Holandii ułożył tam sobie życie na nowo. Julka dotychczas samotnie wychowująca syna – Maćka w pewnym momencie oddała syna pod opiekę jego ojca licząc, że kontakt z nim pozwoli mu na ułożenie sobie dobrego życia, przełamanie złej nastoletniej passy. Nie mając żadnych relacji z byłym mężem została poproszona o zatroszczenie się o jego babcię, Gertrudę Skrocką, z którą nigdy nie miała kontaktu i nie wiedziała o jej istnieniu. Wiedziona poczuciem obowiązku Julka udaje się do Barwin, mazurskiej wsi, w której mieszka dziewięćdziesięcioletnia babcia, z pochodzenia Niemka. Szybko pomiędzy dwoma samotnymi kobietami rodzi się przyjaźń i silna więź. Dzięki tej więzi Julka odkrywa tajemnice rodzinne i zawiłe losy Gertrudy oraz jej przyjaciół, mieszkańców ówczesnych Prus Wschodnich. Oprócz pokręconych losów wojennych i powojennych, Julka odkrywa coś jeszcze. Odkrywa siebie w nowym miejscu, w Barwinach, gdzie zmuszona była zacząć wszystko od nowa. Czy nowe przyjaźnie ubarwią jej samotne życie? Jak odnajdzie się „miastowa” w rzeczywistości polskiej, mazurskiej wsi? Czy czas naprawdę leczy rany? Czy ze znajomości z Wojtkiem lub Krzysztofem zrodzi się coś poważnego? Czy po latach samotności Julka odnajdzie miłość? Ciiii….tego Wam nie zdradzę.

(…) Hej, Mazury, jak wy cudne!…” – Fragment tekstu piosenki żeglarskiej „Mazury”

Faktycznie, Mazury opisane piórem Małgorzaty Manelskiej są naprawdę piękne. Czytając kolejne strony powieści prawie widziałam leśne runo w mazurskich lasach, słuchałam ryków jeleni w okresie godowym, patrzyłam na lazur jezior. Oczami wyobraźni widziałam topografię wsi Barwiny, ze szczególną czcią przyglądałam się zagrodzie Gertrudy. Bohaterki są dwie. Jest Julka, której życie toczy się współcześnie. Tak naprawdę, nie wiemy kiedy. Autorka tego nie zdradza. Dzięki użytemu sformułowaniu w stosunku do czasoprzestrzeni wojny „siedemdziesiąt lat” domniemuję, że teraźniejszość to lata po dwutysięcznym piętnastym roku. Nic w życiu Julki nie jest takie samo po poznaniu Gertrudy. Najpierw traci mieszkanie, o które upomniał się jej były mąż (Dlaczego!? Dlaczego o nie nie walczyła, tylko oddała je bez walki?!), potem rozpoczyna życie na nowo w zapomnianej mazurskiej wsi, wśród jej mieszkańców. Drugą bohaterką jest Gertruda. Silna, niezmordowana, wytrwała następczyni mieszkańców Prus Wschodnich, Niemka, która snując swą opowieść przenosi nas w lata wojennej zawieruchy. Przenosi nas do czasów, gdy za swastykę ginęli Niemcy, w tym jej bracia. Przenosi nas do czasów, gdy na polskich i niemieckich wsiach zostawały zwykle kobiety. Przenosi nas do czasów, gdzie Niemcom na roli pomagali polscy przymusowi robotnicy. Przenosi nas do czasów, gdzie rosyjskojęzyczni wyzwoleńcy przechodzili przez Polskę jak szarańcza, niszcząc wszystko i wszystkich, których spotkali po drodze. Przenosi nas do czasów, gdzie ojciec wolał zabić swoją rodzinę, niż zostawić ją na pastwę wyzwalających nas Rosjan. Przenosi nas wreszcie do czasów, gdzie kobiety młode i stare, kilkuletnie dziewczynki uciekając przed gwałtami i bezsensowną śmiercią przebywały w lasach, ziemiankach wydrążonych na polach lub w jeziorach po pas zanurzone w wodzie. Przenosi nas wreszcie do czasów, w których przeżyła, w których inni też przeżyli tworząc nową historię, powojenną historię. Czasem równie skomplikowaną. Nieraz słyszałam „Ruscy byli gorsi od Niemców”. Nie mogłam tego zrozumieć, tak samo jak i autorka wychowana na „Czterech pancernych i psie”. Z relacji wszystkich, którzy przeżyli czy na Mazurach, czy na Mazowszu, czy na Śląsku przemarsz Armii Czerwonej, jawił się tylko jeden obraz. Obraz bezlitosnych, zapijaczonych, agresywnych, grabiących wszystko Rosjan, przed którymi trzeba było się uchronić. Przed którymi trzeba było uciekać. I o tych też jest ta książka. O tych, który byli źli – najeźdźcach i o tych, którzy byli jeszcze gorsi – naszych wyzwoleńcach. Niezwykle podoba mi się więź Gertrudy i Julki. Nie wnuczki, przecież Julka rozwiodła się z jej wnukiem dawno temu, ale kobiety, z którą przypadkiem zetknął ją los. Taka sama więź została przez autorkę opisana pomiędzy Gertrudą a jej przyjaciółką z młodości Elzą. To przyjaźń na całe życie. Przyjaźń zrodzona w czasach pokoju, która przeszła niezwykłą próbę w czasie wojny i przetrwała siedemdziesiąt lat po niej. Przyjaźń, którą nie spotykamy na co dzień. Przyjaźń, którą trzeba wyszarpywać z naszej codzienności pazurami, poświęcając jej jak najwięcej czasu. Bo przyjaźń sama o siebie nie zadba. I o tym też jest ta książka. Spodziewałam się większych emocji w relacji Julki z jej aktualnym adoratorem. Mężczyzną honorowym, delikatnym, oddanym i pracowitym. Wydawało mi się, że dodanie większego romantyzmu do tej rodzącej się relacji, ubogaci i rozhuśta fabułę wpuszczając w nią więcej promieni słonecznych. Fabułę momentami smutną i przygnębiającą, jednak bardzo dojrzałą.  Tego mi tylko brakowało.

Nie znalazłam w powieści luk, niedociągnięć, niedopowiedzeń. Każdy wątek został należycie opisany i rozwinięty. Każdy zapach kompleksowo opisany. Dzięki temu ta książka jest taka prawdziwa. Dzięki temu ta historia jest taka prawdziwa. Dzięki temu bohaterowie dają się lubić. Nawet ci wiejscy pijaczkowie, przystający przy sklepie wiejskim. A to jest ogromna wartość prozy!

Na marginesie, mam nieodparte wrażenie, że ostatnimi czasy poznaję tylko zdolne polskie autorki. Skąd one się biorą? Matka, żona, pracująca z niepełnosprawnymi dziećmi a przede wszystkim kobieta. Bardzo zdolna i nowo poznana przeze mnie kobieta, pisarka – Małgorzata Manelska. Proszę pozwolić się przywitać. To wielki zaszczyt. Dzień dobry Pani Małgorzato!

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU WasPos.

„Nie spadłam z nieba” Weronika Wierzchowska

NIE SPADŁAM Z NIEBA

  • Autor: WERONIKA WIERZCHOWSKA
  • Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI I S-KA
  • Liczba stron:384
  • Data premiery:23.03.2021r.
  • Moja ocena:7/10

 Chciałam Wam dzisiaj pokazać kolejną książkę z gatunku obyczajowych, która zwróciła moją uwagę cudowną, nastrojową okładką i opisem. Nie znałam wcześniej autorki. „Nie spadłam z nieba” to zatem moja pierwsza książka autorki, ale już teraz mogę powiedzieć, że na pewno nie ostatnia. Weronika Wierzchowska urodziła się i mieszkała w mieście, gdy pracowała w wielkiej korporacji jako chemiczka. Przerwała karierę i wyprowadziła się na wieś, gdzie wymyśla żele, kremy i serum odmładzające, poświęca czas córce, gotowaniu i książkom. Tworzy opowieści o kobietach, i tych żyjących w dawnych czasach, i tych współczesnych.

Iza młoda dentystka żyje podporządkowana rodzicom i mężowi, w pewnym momencie jednak postanawia zmienić swoje życie. Ucieka przed wielkomiejskim zgiełkiem, byłym mężem i próbującym sterować jej życiem rodzicami i wyprowadza się do odziedziczonego po babci domu w prowincjonalnym miasteczku.. Planuje założyć tam przychodnię stomatologiczną. Jednak małe miasteczko wcale nie jest tak ospałe, jak się Izie wydawało, a jego włodarze mają swoje plany, a obecność kobiety najwyraźniej nie jest komuś na rękę i za wszelką cenę próbuje ją stąd wykurzyć. Ktoś kradnie jej na przykład fotel dentystyczny z całym oprzyrządowaniem. Na dodatek nagle w domu pojawia się jej ekscentryczny dziadek, który zniknął przed kilkunastu laty i został uznany za zmarłego. Na skutek zbiegu okoliczności Iza poznaje członków miejscowej trupy teatralnej, przyłącza się do nich i z ich pomocą postanawia rozprawić się z miejscowymi układami, a także rozwiązaniem zagadki komu i dlaczego zależy na pozbyciu się stąd Izy i jej dziadka?

Książkę czyta się rewelacyjnie, lekki, przyjemny styl sprawia, że błyskawicznie czytamy stronę za stroną. Muszę powiedzieć, że powieść ta była dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie jest to typowa opowieść obyczajowa o zaczynaniu życia na nowo w nowym miejscu. Oczywiście ten motyw pełni tu ważną rolę, ale został znacznie ubogacony. Mamy więc sporo elementów humorystycznych, błyskotliwe dialogi, sam tytuł i jego nawiązanie do akcji również jest wyrazem poczucia humoru autorki, a wprowadzone przez nią dodatkowe wątki są śmieszne i zapewniają czytelnikowi rozrywkę i pozwalają oderwać się od rzeczywistości. Sam pomysł miejscowej trupy teatralnej, które przygotowuje przedstawienia dla dzieci jest ciekawy, a jeszcze ich przerysowane kostiumy i fantastyczne opisy autorki sprawiają, że uśmiech praktycznie nie schodzi czytelnikowi z twarzy. Także wykreowani bohaterowie są bardzo ciekawi. Mamy tu cała plejadę oryginalnych postaci. Szalony staruszek, dentysta maminsynek, jego ojciec szczwany lis, matka rządząca twardą ręką, wróżka o puszystych kształtach, miejscowy kombinator-biznesmen, szemrany rzezimieszek Czesio, jego chłopcy od brudnej roboty, przedszkolanka Asia o zaskakująco szerokich horyzontach, kumple marynarze. Postaci jest sporo i wszyscy są niezwykle barwi i w fantastyczny sposób opisani. Z tą książką nie sposób się nudzić. Gwarantuję, że zapewni Wam szereg niezapomnianych chwil, a po jej zakończeniu będziecie wprost tryskać dobrym humorem. Ja sama z niecierpliwością czekam na kolejną książkę autorki.

 Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU PRÓSZYŃSKI I S-KA.

„Pensjonat na Kaczym Wzgórzu” Paulina Kozłowska

PENSJONAT NA KACZYM WZGÓRZU

  • Autor:PAULINA KOZŁOWSKA
  • Wydawnictwo:REPLIKA
  • Liczba stron: 395
  • Data premiery: 23.02.2021r.
  • Moja ocena: 8/10

Ostatnio najbardziej pozytywnie nastawiają mnie do życia powieści obyczajowe, zwłaszcza takie o zaczynaniu życia od nowa w innym miejscu. Kiedy więc usłyszałam o debiucie Pauliny Kozłowskiej „Pensjonat na Kaczym Wzgórzu” wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Dodatkowo zauroczyła mnie ta klimatyczna okładka. Czy jestem zadowolona z lektury?

Trzydziestoletnia Łucja remontuje dom odziedziczony po babci i otwiera w nim „Pensjonat na Kaczym Wzgórzu”, oazę spokoju i miejsce, gdzie poturbowane przez miłość kobiety mogą przemyśleć swoje życie, odpocząć od mężczyzn i zabrać siły. Niespodziewanie okazuje się, że tuż obok znany biznesmen planuje otworzyć Samotnię – oazę męskiej rozpusty. Dwa miejsca o tak różnym przeznaczeniu tuż obok siebie. Czy to nie brzmi jak przepis na katastrofę? Tym bardziej, że Robert Sęp, właściciel sąsiedniego domu działa ja Łucję jak przysłowiowa płachta na byka, wyzwala w niej najgorsze emocje. Mężczyzna również ma dość pyskatej sąsiadki. Wzajemna niechęć jednak przemienia się w wzajemnie przyciąganie i fascynację. Jak dalej rozwinie się ten swoisty galimatias?

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i szybko. Błyskotliwe dialogi, świetne spostrzeżenia, humor oraz oryginalne postacie sprawiają, że trudno się od jej kart oderwać. Na wyróżnienie zasługuje fakt, że w żadnym wypadku nie jest to cukierkowa powieść obyczajowa. Narracja jest trzecioosobowa, prowadzona na zmianę z punktu widzenia Roberta i Łucji. Styl i sposób opowiadania dostosowany jest doskonale do osoby, z punktu widzenia której prowadzona jest narracja. Tak więc rozdziały dotyczące Roberta mają bezpośredni, trochę szorstki styl, zawierający wulgaryzmy i męski sposób postrzegania świata. Rozdziały dotyczące Łucji są inne, bardziej spokojne, wyważone, chociaż kobieta jest zdecydowanie temperamentna i charakterna, co widać. Wszyscy przedstawieni w książce bohaterowie są oryginalni i ciekawi. Główna bohaterka Łucja to miła i sympatyczna trzydziestolatka. Długo żyła pod dyktando rodziców i ukochanego, w końcu jego zdrada przelała czarę goryczy i Łucja zdecydowała się przeprowadzić do zrujnowanego, odziedziczonego po babci domu w malowniczej okolicy. Zdeterminowana podejmuje się jego remontu i postanawia tam stworzyć zaciszną przystań, gdzie doświadczone przez los i mężczyzn kobiety będą mogły odzyskać równowagę, skupić się na sobie, nabrać sił. Pensjonat staje się azylem dla kolejnych kobiet i sposobem na życie Łucji. Nie przejmuje się zbytnio w tym, że we wsi pensjonat odwiedzany przez same kobiety jest wytykany palcami i wyśmiewany. Skupia się na pomocy kobietom i własnym życiu do czasu, aż tego spokoju nie zakłóca Robert Sęp. Reprezentuje typ mężczyzn, którzy Łucję irytują. Przystojnym, bogaty, pewny siebie, gbur i bawidamek. Postanawia w sąsiedztwie stworzyć miejsce męskiej rozpusty i nie przejmuje się tym, że zakłóca plany Łucji. Początkowa niechęć między tą dwójką przybiera z czasem na sile, prowadząc prawie do otwartej wojny. Między tą dwójką aż iskrzy. I chociaż Łucja – wygadana, o pełnym kształtach, z burzą ciemnych kręconych włosów nie reprezentuje typu kobiet, na które do tej pory Robert zwracał uwagę, nie potrafi wybić jej sobie z głowy. Książka pełna jest fantastycznego poczucia humoru, jest humor sytuacyjny, zabawne scenki rodzajowe, dowcipne, pełne ironii dialogi. Opisywane przez autorkę scenki i rozmowy powodowały, że uśmiech nie schodził mi z ust i bardzo polubiłam wszystkich bohaterów. Bowiem każda opisana w powieści postać jest niebanalna, przestawiona w sposób zwracający uwagę i intrygujący. Tak więc bardzo polubiłam Kacpra Struzika, który z zahukanego, trzymającego się z boku stażysty przeobraził się w przedsiębiorczego, młodego mężczyznę o ironicznym podejściu do życia. Bardzo polubiłam też dziewczyny, które gościły w pensjonacie Łucji – Karolina, Paulina, Jagoda i Agnieszka to nietuzinkowe kobiety, które mają odwagę być sobą i mimo trudnych przejść i rozczarowań starają się być szczęśliwe i odnaleźć swoją drogę w życiu. Najfajniejsze bowiem w tej książce jest to, że mimo pozornie lekkiej treści i humory dotyka bardzo istotnych kwestii, takich jak poszukiwanie swojego miejsca w życiu, odbudowa swojego życia po zdradzie czy innych trudnych przeżyciach, przemoc domowa, przyjaźń i solidarność kobiet… Mogłabym jeszcze tak wymieniać, ale myślę, że najlepiej będzie, jak sami przeczytacie. Ja na Kaczym Wzgórzu bawiłam się świetnie i z niecierpliwością czekam na zapowiedziany ciąg dalszy.

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję WYDAWNICTWU REPLIKA

.